vulture
04.04.04, 11:45
O tym panu mowa jest niejako „przy okazji” mówienia o King Crimson. Zasłużył
się on jako oficjalny członek zespołu, który nie tylko napisał teksty na
pierwsze płyty grupy, ale także wymyślił jego nazwę. Gdy współpraca Sinfielda
i Frippa dobiegła końca (po nagraniu albumu „Islands”

, ten pierwszy zajął
się rejestracją materiału na album solowy. Pomogli mu w tym między innymi
muzycy znani już z poprzednich bądź następnych wcieleń King Crimson: Greg
Lake, John Wetton, Keith Tippett, Boz Burrell, Mel Collins, Ian Wallace,
Robin Miller oraz cała masa innych instrumentalistów.
Album „Still” ukazał się w 1973 roku. Nie wiem, jak odebrano go wówczas, ale
słuchany dziś, ponad trzydzieści lat od wydania, robi wrażenie remanentu
postcrimsonowego. Niektóre kompozycje rezonują z wydanymi na albumach King
Crimson („The Night People” nawiązuje w niby-jazzowym chaosie do improwizacji
z „21st Century Schizoid Man”, a utrzymane w stylistyce C&W „Will It Be You”
przypomina nieco „Ladies Of The Road”, podczas gdy „Wholefood Boogie” to
prawie repryza „Cat Food”

. Inne - mimo epickiego rozmachu – ciążą ku
stylistyce prostej, popularnej pod koniec lat siedemdziesiątych („A House Of
Hopes And Dreams” lub popowe mimo zniekształconego na crimsonowski wzór
śpiewu „Wholefood Boogie”

. Nie da się odmówić tym utworom uroku czy swoistej
magii, ale słuchanie całości daje pojęcie o tym, dlaczego drogi Sinfielda i
Frippa się rozeszły. Podczas gdy Sinfield pisał po prostu piosenki, Fripp
nagrywał awangardowe „Larks’ Tongues In Aspic”. Sinfield ciążył ku
przeszłości, a Fripp poszukiwał nowych brzmień i w pewnym momencie współpraca
musiała dobiec ku końcowi. Gdyby na album Sinfielda dołożyć nieco frippowej
gitary, to może brzmiałoby to jako kolejna płyta King Crimson, ale odebrana
zostałaby jako krok wstecz. Nie obyło się też bez nawiązań do muzyki
klasycznej (Vivaldi w „The Song Of The Sea Goat”

.
Na albumie „Still” dominuje śpiew. Poza wyjątkami (wspaniały Greg Lake
w „Still”

śpiewa przede wszystkim sam Sinfield. Nie ma może jakichś
specjalnych warunków, ale umiejętnie „sprzedaje” swoją tekstową baśniowość,
odpowiednio operując głosem. Miejscami, przykro to napisać, nieco
przynudza... Sam Sinfield mówił, że chciał pisać piosenki, co w latach
późniejszych czasem realizował (głównie zajął się działalnością producencką),
ale już z mniej udanym efektem i raczej z mniej szlachetnymi przesłankami. W
latach siedemdziesiątych nazwisko Sinfielda pojawiło się m.in. na płytach
Emerson Lake & Palmer i PFM, potem było już nieco gorzej.
Album „Still” wydano też jako remaster (dwa dodatkowe utwory) pod
tytułem „Stillusion”.