vulture
08.04.04, 20:20
Tak, to ta płyta, którą Rick nagrał między wtorkiem a piątkiem

)) A teraz
na poważnie. Ten album, wydany w 1988 roku, jest ciekawą płytą w dorobku
Wakemana, ponieważ starał się na „Time Machine” wypracować estetykę, która
pogodziłaby stare zapędy progresywne z ówcześnie panującą stylistyką lat
osiemdziesiątych. Czy mu się to udało? Moim zdaniem tak – już na samym
początku słyszymy „Custer’s Last Stand”, plasujący się gdzieś między
dokonaniami Alana Parsonsa czy Mike & Mechanics, ale potraktowany z nieco
większym rozmachem. Wyraźnie zaznaczone typowo piosenkowe zwrotki i refren
(wspaniale śpiewa tu Roy Wood), a pomiędzy nimi popisy Wakemana na
syntezatorach. Bardzo dobry wstęp. Nie gorzej jest w nieco wolniejszym „Ocean
City” (w tym utworze śpiewa John Parr), najzwyklejszej i typowej dla lat
osiemdziesiątych piosence. Zaryzykuję stwierdzenie, że gdyby płyty nie
firmował niemodny i kojarzący się z poprzednią dekadą Wakeman, tylko nowy,
anonimowy artysta, któryś z tych utworów mógłby być wybrany na singiel i
odnieść sukces na listach przebojów (tymczasem Polydor w ogóle zrezygnował z
publikacji tego albumu i ostatecznie ukazał się on nakładem President
Records). „Angel Of Time”, z racji klawesynowego wstępu, sięga w wakemanowską
przeszłość (wszyscy fani Yes znają „The Madrigal”

, ale zaraz potem przeradza
się w utwór bliższy raczej dokonaniom Ultravox niz Yes. W środku słychać
wokalizy Tracey Ackerman, sesyjnej wokalistki, która ostatnio zarabia, robiąc
chórki w Metro Music (Cher, Enrique Iglesias itp). Dynamiczny i przebojowy
jest też „Slaveman”, w którym śpiewa Ashley Holt, ale moim faworytem na tej
płycie jest „Ice”, jeden z chyba najlepszych utworów pop, napisanych przez
Wakemana. Karkołomny wstęp i fanfarowe podchody, a do tego rewelacyjny głos
Ackerman, wyśpiewujący trudną, ale urzekającą melodię. Ackerman pojawia się
jeszcze w nasępnym, najdłuższym na płycie i chyba najbardziej skomplikowanym
formalnie „Open Up Your Eyes”, w którym przez parę minut Wakeman bawi się
różnymi brzmieniami, by przejść do zupełnie innego tematu, śpiewanego właśnie
przez Ackerman. Gdy kończy się jej rola, znów pierwsze skrzypce przejmuje
Rick i powraca do motywu z początku utworu, wzbogacając go o ciekawą solówkę.
Jedyny utwór instrumentalny na płycie, to dość zmyłkowo
zatytułowany „Elizabethan Rock”, oparty na motywie syntezatora, udającego
ludzkie głosy. Z rockiem ma on niewiele wspólnego, ale brzmi całkiem zabawnie
i przestrzennie, chociaż można mu zarzucić kiczowate brzmienie, ale w końcu
to 1988 rok i wtedy większość wykonawców eksperymentowała z różnymi dziwnymi
wynalazkami... „Make Me A Woman” (znów śpiewa Ashley Holt) to chyba najmniej
interesujący muzycznie kawałek tej płyty – taka ballada w stylu niby Joe
Cockera czy nawet Raya Charlesa, ale jakoś nie pasująca do niczego na płycie.
Album zamyka ośmioipółminutowa kompozycja „Rock Age”, w której ponownie
słychać Johna Parra, ale niestety rytm jest za bardzo dyskotekowy, ciążący
już bardziej ku estetyce melodii z seriali telewizyjnych, a nie połączeniu
talentu progrockowca ze współczesną modą. Jednak nie psuje to całości płyty,
którą polecam wielbicielom nieco śmiesznych teraz brzmień lat
osiemdziesiątych oraz, po prostu, ładnych piosenek.