jasiek666
30.06.04, 16:21
HARLEM
Zespół Harlem najpierw bardzo długo i przeciągle witał się z publicznością,
po czym odegrał pierwszy utwór. Po utworze pierwszym zespół powitał się z
publicznością po raz drugi, najwyraźniej zapominając o tym, iż zdążył to
uczynić już przed poprzednim utworem. Po utworze trzecim nie było już
powitania, ale być może dlatego, ze tym razem dla odmiany zespól zapomniał o
samej konieczności przywitania się. Po jednym z kolejnych utworów wokalista
oświadczył, iż nie będzie już dużo gadał, bo jest już mało czasu i pewnie
niebawem każą mu zejść ze sceny. Niestety ten niewątpliwy głos rozsądku
spotkał się z całkowitym niezrozumieniem ze strony organizatorów, którzy
zespołowi Harlem pozwolili zabawiać publiczność ich wiejsko / knajpiarną
odmianą bluesa jeszcze przez jakieś pół godziny. Trwałoby to pewnie o wiele
dłużej, gdyby nie to, ze zespołowi Harlem wreszcie odłączono prąd. Bo dość
nagłe zakończenie ich występu wyglądało właśnie tak jakby ktoś rozsądny
wreszcie odłączył odpowiednie kabelki. Po chwili słychać było jak jeden z
technicznych pyta przez mikrofon drugiego, czy teraz jest dobrze. Tak, teraz
było już o wiele lepiej.
Warto odnotować, ze zespół Harlem został entuzjastycznie przyjęty przez
osoby stojące pod sceną. Konkretnie przez dwie, nawalone do nieprzytomności i
podrygujące radośnie w rytm Harlemowskich dźwięków. Przypuszczam ze poziom
alkoholu w ich krwi wywołałby u nich równie entuzjastyczne podrygiwania np. w
rytm przemówienień sejmowych Zbigniewa Kuźmiuka.
POGADANKA NA TEMAT TECHNIK RATOWNICTWA
W charakterze drugiego rozgrzewacza wystąpił pan ze służb ratownictwa czy
czegoś tam podobnego, który postanowił opowiedzieć publice o technikach
ratowania życia i o wielu innych istotnych w jego opinii dla ludzi
oczekujących na koncert Deep Purple sprawach. Pieprzył całkowicie bez sensu i
straszliwie przynudzał, ale jego szoł i tak był o niebo lepszy od tego co
zaprezentowała przed chwilą grupa Harlem. Nawet mimo tego, iż nie zaśpiewał
żadnej piosenki. A być moze właśnie dlatego.
ACID DRINKERS
Zespół Acid Drinkers miał ułatwione zadanie, gdyż na tle swych poprzedników
mógł zaprezentować się jedynie lepiej. Na początek poleciały utwory z
czasów "Infernal Connection" – "joker" i "drug dealer". Niestety już w chwilę
potem zespół poświęcił się całkowicie zniechecaniu publiki do siebie poprzez
odgrywanie utworów z okresu po rzeczonej "infernal connection". Na powrót
przyjemnie zrobiło się dopiero podczas "Poplin twist" i nawet takie
sobie "pump up the plastic heart" i "high proof cosmic milk" nie popsuły
nienajgorszego w sumie wrażenia. Wrażenie popsuło dopiero absolutnie
tragicznie wykonane "Ride the lightning" Metallicy.
DEEP PURPLE
No i wreszcie na scenę wkroczyli przeżywający dwudziestą czwartą młodość
muzycy Deep Purple. Na początek poleciała pewna bananowa piosenka , po czym
z uwagi na przypadające właśnie tego dnia 123 urodziny Iana Paice`a, panowie
odegrali mu (całkowicie z resztą niepodchwycone przez publikę) "hepi bersdej
tuju". Potem mieliśmy "Woman from tokyo" i ponownie song o bananach, po
którym z kolei odegrano "Strange kind of woman". Następnie za sprawą Steve
Morse usłyszeliśmy cudowny popis onanizmu gitarowego , przechodzącego
następnie w onanizm klawiszowy oraz w usiłowanie gwałtu na polskim hymnie i
na Fryderyku Chopinie. Być może Chopin zaintrygował muzykow Deep Purple
faktem, iż gdyby jeszcze żył to miałby teraz dokładnie tyle samo lat co oni.
Trzeba tez zespół pochwalić za znajomość geografii współczesnego świata, bo
przecież zamiast mazurka dąbrowskiego równie dobrze na stadionie legii mogli
byśmy usłyszeć np. fragment znanej melodii Aleksandra Wasyliewicza
Aleksandrowa.
Co by jednak nie mówić, to absolutnie nie dawało się zauważyć, iż średnia
wieku w zespole wynosi około 143 lat a suma lat przeżytych łącznie przez
wszystkich jego członków zbliża się znacząco do roku mojego urodzenia.
Wspaniale wykonane "Knockin on your back door" , "Perfect Strangers" czy
energetyczne "Space truckin" i "Lazy" sprawialy wrazenie jakby na scenie
znajdowali się młodzi, pełni werwy muzycy a nie stateczni panowie majacy już
przeciez swoje lata. Zgredziarsko i sztywaniacko zabrzmialo jedynie "When a
blind man cries", ale utwór ten na tle choćby "Perfect Strangers" czy "Space
Truckin" po prostu nie mógł wypaść inaczej. Z resztą niewykluczone ze
panowie zagrali go na wyraźne zalecenie geriatry, w celu zregrenerowania sił.
Po około 70 minutach koncertu i po świetnie wykonanym "Smoke on the water"
usłyszeliśmy od zespolu "Gud baj Polend, jor grejt" co oczywiście oznaczało
rozpoczęcie tradycyjnej koncertowej zabawy pod nazwą "Jak będziecie
odpowiednio glosno skandowac i klaskać, to być może my wyjdziemy na scene raz
jeszcze". Swoja drogą ciekawe, co by się stalo, gdyby na skutek zbyt długiego
przeciągania owej zabawy po powrocie na scenę oczom muzyków ukazał się
absolutnie pusty stadion. Tym razem zabawa nie trwała jednak długo, bo już po
paru minutach Gillan obwieścił publice "piosenke z 1968 roku" i na stadionie
rozbrzmiał wspaniale odegrany "Hush". Jako kolejny bis usłyszeliśmy zaś
klasyczny "Black Night". A raczej wariację na temat tego utworu trwającą
mniej więcej od 15 do 20 minut. Tak na marginesie, to chyba dobrze, ze w
charakterze ostatniego utworu na bis zespół nie wykonał np. "Child in time",
gdyż wtedy koncert mógłby zakończyć się dopiero następnego dnia rano.
Podsumowując: był to świetny, choć nieco za krótki koncert a forma zespołu i
dobór utworów absolutnie bez zarzutu. Szkoda tylko, ze do doskonałej formy
zespołu nie zawsze dostosowywała sięi tak niespecjalnie liczna publika – w
jednym z miejsc z których znajdowałem się podczas koncertu najbardziej
żywiołową reakcją publiczności było rytmiczne podnoszenie prawej stopy o
jakieś 15 milimetrów ku górze i następne powolne jej opuszczanie z powrotem
na murawę stadionu.