dreaded88
01.11.04, 00:17
Tak jakoś śmiesznie się złożyło.
Na koncert szedłem z lekko mieszanymi uczuciami - "Reign of Light" mnie nie
powaliła (ani też nie odrzuciła, podobnie jak inny tegoroczny powrót - "The
Art Of Dying" Death Angel; kolejna seria), poza tym wrocławska W-Z-ka to
beznadziejny lokal. No ale dotarłem na miejsce.
Przed Vorphem i kompanią grały dwa supporty. Najpierw jakiś anonimowy polski
zespół, którego jedynie ostatni kawałek udało mi się usłyszeć, więc się nie
wypowiem. Później - Niemcy z Flowing Tears. Nie znam żadnej ich płyty. To, co
zaprezentowali to, wnosząc z tych bodaj 6 utworów, wydaje się być całkiem
przyzwoitym metalem gotyckim, może niewiele wnoszących, ale niezłym.
Najmocniejszym punktem zespołu jest wokalistka. Niestety, do Samaela pasują
jak pięść do nosa, toteż odzew widowni był raczej średni. Może poza wzywaniem
wokalistki do okazania drugorzędowych cech płciowych i nie tylko. Zażywna
pani wymogła na jednym z wrzeszczących spod sceny wejście na nią i kooperację
podczas jednego z utworów, skutkiem czego zrobiło się dość wesoło i w sumie
Flowing Tears pożegnano brawami, acz niezbyt rzęsistymi. Mieli jednak
szczęście, że nie zagrali ze dwu kawałków więcej.
Poza wszystkim, dwa zespoły grajace przed headlinerem to jednak lekkie
nieporozumienie, ten drugi wystawiany jest na pożarcie publiki głodnej
głównego dania - na które jak się okazało trzeba było czekać bite dwie
godziny. Publika owa na tej alternatywnej sumie wieczornej zgromadziła się
całkiem licznie.
O 21 w końcu objawił się Samael. Od samego początku ujawniła się fatalna
cecha W-Z-ki. Klub ma denną akustykę. Supporty mają o tyle dobrze, że na sali
jest mniej ludu, więc brzmią w miarę selektywnie. Dźwięk emitowany przez
headlinera jest jednak absorbowany przez ludzką matę izolacyjną. Skutkiem
czego słychać beat, wokalistę, ale smaczki giną w ścianie dźwięku. Dlatego
utwory brzmiały dość podobnie. Ofiarą tego stanu rzeczy padły szczególnie
dość bogate melodycznie kawałki z ostatniej płyty.
No ale dość narzekania. Jak można się było spodziewać, rdzeń koncertu
stanowił materiał z "Reign of Light". Mniej więcej w środku Samael zafundował
nam wycieczkę do piekła - zabrzmiały "Black Trip" i "Baphomets Throne" (te
bardziej surowe numery dużo lepiej zniosły przygodę z akustyką). Należy
powiedzieć słowo o oprawie wizualnej - była zawodowa; waliły dymy,
zsynchronizowane z muzyką światła, na telebimach pojawiały się obrazki
ilustrujące utwory. Przy "On Earth" - można zgadnąć, co. Podobnie w
przypadku "Baphomets Throne". W sumie, mimo rzeczonej akustyki było bardzo
dobrze, publika szalała itp. Część regularną zakończył mocny akcent - "The
Ones Who Came Before" z ekumenicznym przekazem na telebimie (Jezus, Maryja,
Baphomet, masońska piramida). Niestety, trwała ona tylko godzinę. Później
panowie łaskawie wyszli na bisa - 3 utwory - 1 z nowej płyty, "The Cross" i
na sam koniec "My Saviour". Drugi bis, mimo skandowania "Samael" chyba nie
nastąpił, po 5 minutach oczekiwania wybyłem.
Jako się rzekło, dobry koncert, mimo przeciwności materii. Trochę za krótki -
1h 20 min (ale przy tak napiętej trasie...). Nie doczekałem się np. "Tribes
of Cain" czy "Winter Solstice". Ale nie można podobno mieć wszystkiego.