Samael w wigilię Wszystkich Świętych

01.11.04, 00:17
Tak jakoś śmiesznie się złożyło.

Na koncert szedłem z lekko mieszanymi uczuciami - "Reign of Light" mnie nie
powaliła (ani też nie odrzuciła, podobnie jak inny tegoroczny powrót - "The
Art Of Dying" Death Angel; kolejna seria), poza tym wrocławska W-Z-ka to
beznadziejny lokal. No ale dotarłem na miejsce.

Przed Vorphem i kompanią grały dwa supporty. Najpierw jakiś anonimowy polski
zespół, którego jedynie ostatni kawałek udało mi się usłyszeć, więc się nie
wypowiem. Później - Niemcy z Flowing Tears. Nie znam żadnej ich płyty. To, co
zaprezentowali to, wnosząc z tych bodaj 6 utworów, wydaje się być całkiem
przyzwoitym metalem gotyckim, może niewiele wnoszących, ale niezłym.
Najmocniejszym punktem zespołu jest wokalistka. Niestety, do Samaela pasują
jak pięść do nosa, toteż odzew widowni był raczej średni. Może poza wzywaniem
wokalistki do okazania drugorzędowych cech płciowych i nie tylko. Zażywna
pani wymogła na jednym z wrzeszczących spod sceny wejście na nią i kooperację
podczas jednego z utworów, skutkiem czego zrobiło się dość wesoło i w sumie
Flowing Tears pożegnano brawami, acz niezbyt rzęsistymi. Mieli jednak
szczęście, że nie zagrali ze dwu kawałków więcej.

Poza wszystkim, dwa zespoły grajace przed headlinerem to jednak lekkie
nieporozumienie, ten drugi wystawiany jest na pożarcie publiki głodnej
głównego dania - na które jak się okazało trzeba było czekać bite dwie
godziny. Publika owa na tej alternatywnej sumie wieczornej zgromadziła się
całkiem licznie.

O 21 w końcu objawił się Samael. Od samego początku ujawniła się fatalna
cecha W-Z-ki. Klub ma denną akustykę. Supporty mają o tyle dobrze, że na sali
jest mniej ludu, więc brzmią w miarę selektywnie. Dźwięk emitowany przez
headlinera jest jednak absorbowany przez ludzką matę izolacyjną. Skutkiem
czego słychać beat, wokalistę, ale smaczki giną w ścianie dźwięku. Dlatego
utwory brzmiały dość podobnie. Ofiarą tego stanu rzeczy padły szczególnie
dość bogate melodycznie kawałki z ostatniej płyty.

No ale dość narzekania. Jak można się było spodziewać, rdzeń koncertu
stanowił materiał z "Reign of Light". Mniej więcej w środku Samael zafundował
nam wycieczkę do piekła - zabrzmiały "Black Trip" i "Baphomets Throne" (te
bardziej surowe numery dużo lepiej zniosły przygodę z akustyką). Należy
powiedzieć słowo o oprawie wizualnej - była zawodowa; waliły dymy,
zsynchronizowane z muzyką światła, na telebimach pojawiały się obrazki
ilustrujące utwory. Przy "On Earth" - można zgadnąć, co. Podobnie w
przypadku "Baphomets Throne". W sumie, mimo rzeczonej akustyki było bardzo
dobrze, publika szalała itp. Część regularną zakończył mocny akcent - "The
Ones Who Came Before" z ekumenicznym przekazem na telebimie (Jezus, Maryja,
Baphomet, masońska piramida). Niestety, trwała ona tylko godzinę. Później
panowie łaskawie wyszli na bisa - 3 utwory - 1 z nowej płyty, "The Cross" i
na sam koniec "My Saviour". Drugi bis, mimo skandowania "Samael" chyba nie
nastąpił, po 5 minutach oczekiwania wybyłem.

Jako się rzekło, dobry koncert, mimo przeciwności materii. Trochę za krótki -
1h 20 min (ale przy tak napiętej trasie...). Nie doczekałem się np. "Tribes
of Cain" czy "Winter Solstice". Ale nie można podobno mieć wszystkiego.
    • humbak Re: Samael w wigilię Wszystkich Świętych 01.11.04, 12:04
      No to ja mam pytanie w związku z organizacją. Czy u nas bywają dobrze zorganizowane koncerty?
      • dreaded88 Re: Samael w wigilię Wszystkich Świętych 02.11.04, 01:21
        Niezły pod tym względem był The Gathering w tym samym miejscu, wiosną ub. roku.

        Co rozumiesz przez dobrą organizację
        • humbak Re: Samael w wigilię Wszystkich Świętych 02.11.04, 12:44
          Nagłośnienie, dobre dopasowanie sali do ilości ludziów itp.
    • jasiek666 Samael na dzień przed wigilią wigilii Wszystkch Św 02.11.04, 14:28
      FLOWING TEARS
      Około 18.00 na scenie pojawiło się Flowing Tears, czyli tzw. "gotycki metal"
      rodem z niemieckiego Saarbrucken. Po wejściu zespołu na deski okazało się, iż
      mniej więcej połowę sceny wypełnia tłustawa wokalistka, zasłaniając całkowicie
      nie tylko perkusistę ale i zestaw perkusyjny, oraz zostawiając dla dwóch panów
      z gitarami w rękach nieznaczną już tylko ilość miejsca na scenie. Być może stąd
      brał się nieschodzący przez cały koncert z twarzy gitarzystów wyraz
      przytłoczenia i autentycznego przerażenia, co w połączeniu z przypominającym
      sińce pod oczami mejkapem obydwu panów budziło wyrazy jak najszczerszego dla
      nich współczucia. Po scenicznych ruchach wokalistki można zaś było wnioskować,
      iż jej niespełnionym marzeniem byłoby tańczenie przy rurze w jednym z
      teutońskich nightclubów. Niespełnionym, gdyż wątpię aby w RFN produkowano rury
      o tak wielkiej wytrzymałości. Biorąc jednak pod uwagę korzyści płynące z
      ewentualnego poświecenia się wokalistki całkowicie swej drugiej, ukrytej pasji
      (równałoby się to rezygnacji ze śpiewania ) naukowcy zajmujący się
      wytrzymałością materiałów powinni jak najszybciej wziąć się do roboty.

      Sam występ zespołu Flowing Tears wyglądał na próbę bicia rekordu Guinnessa w
      długości koncertu jaki można zbudować na powtarzanych do znudzenia 2-3 riffach
      gitarowych i 2-3 akordach na klawiszach. W piątek w Proximie okazało się, ze 45
      minut. Jestem jednak pełen obaw, iż na koncertach w Katowicach i Wrocławiu
      warszawski rekord mógł zostać pobity.

      Po pierwszym utworze wokalistka przywitała się z publiką specjalnie na tą
      okazję przygotowanym powitaniem w języku polskim – "Jak leci, Warsiawa ?"
      Niestety publiczność nie odwzajemniła się wokalistce specjalnie na tą okazję
      przygotowaną i adekwatną do poziomu artystycznego zespołu odpowiedzią w języku
      niemieckim, czyli formułką: "Ch..owo, Saarbrucken" w wersji
      teutońskojęzycznej.


      SAMAEL

      Po przydługim oczekiwaniu wreszcie przyszedł czas na Samaela. Na
      szczęście "czas" nie oznaczało tym razem, jak podczas pamiętnej Metalmanii 97,
      pięciu minut i około 30 sekund, po których panowie zeszli ze sceny "na skutek
      problemów technicznych", ale dobre półtorej godziny żywiołowego i dynamicznego
      koncertu.

      Na pierwszym planie prezentował się publice ubrany w czarne powłóczyste szaty
      Vorph, któremu zupełnie nieoczekiwanie odrosły włosy na głowie i wykiełkowała
      niewielkich rozmiarów bródka, dzięki czemu wyglądał nieco jak James Hetfield
      na którego ktoś po pijaku założył dla żartu sutannę. Gdzieś tam z tyłu
      odbywała się zaś "prezentacja multimedialna" polegająca na wyświetlaniu na
      rozpiętym z tyłu sceny prześcieradle różnych wzorków, szlaczków i rysunków.
      Sorry, ale pomimo wszelkich starań wyglądało to dość żałośnie i robiło
      wrażenie, jakby ktoś starał się na siłę uatrakcyjnić występ Samael dodatkowymi
      efektami wizualnymi, jednak dysponował ograniczonym budżetem (prześcieradło
      było rozmiarów średniej wielkości tekturowego pudła po telewizorze). Następnym
      razem proponuję po prostu zatrudnić kobietę z brodą, karła i cielę z dwoma
      głowami celem rytmicznego poruszania się po scenie. Będzie znacznie ciekawiej
      a być może nawet i taniej.

      Koncert z grubsza rzecz biorąc polegał na tym, że zespół starał się przekonać
      publikę do swoich nowych utworów, zapodając prawie nieustannie kawałki z "Reign
      of light" i "Eternal", zaś publika próbowała przekonać zespół do jego starych
      utworów, nieustannie żądając kawałków z "Blood Ritual" i "Ceremony of the
      opposites" . Podczas owej wojny nerwów zespół skapitulował tylko raz i zagrał
      aż 2 utwory z "Ceremony" pod rząd – "Black Trip" i "Baphomet`s throne". Poza
      tym koncert wypełniły głównie utwory z dwóch ostatnich, dodajmy ze
      niepowalających muzycznie płyt ("On earth", "Reigh of light", "the
      Cross", "Tepelapth", "Nautilus&Zeppelin"), uatrakcyjniane tu i ówdzie utworami
      z ostatniego naprawdę wielkiego dzieła Samael – "Passage". Na sam początek
      poleciały świetne "Rain" i "Shining kingdom", gdzieś po środku doskonałe "the
      ones who came before" i "jupiterian vibe" a na koniec rozwalające "My
      saviour". Dobór repertuaru pozostawał więc wiele do życzenia (gdzie "into the
      pentagram" ? "to our martyrs" ? "after the sepulture" ?). Brzmienie jednak i
      wykonanie absolutnie bez zarzutu. Nawet słabe kawałki z dwóch ostatnich płyt
      zabrzmiały bardzo solidnie i wręcz powalająco. Zabrakło natomiast porządnego
      bisowania (panowie nie wiedzą ze nad Wisłą bisuje się co najmniej 2 razy ?)
      przez co koncert był odrobinę za krótki.




      • dreaded88 Re: Samael na dzień przed wigilią wigilii Wszystk 02.11.04, 23:45
        jasiek666 napisał:

        > FLOWING TEARS
        > Około 18.00 na scenie pojawiło się Flowing Tears, czyli tzw. "gotycki metal"
        > rodem z niemieckiego Saarbrucken. Po wejściu zespołu na deski okazało się,

        > mniej więcej połowę sceny wypełnia tłustawa wokalistka, zasłaniając
        całkowicie
        >
        > nie tylko perkusistę ale i zestaw perkusyjny, oraz zostawiając dla dwóch
        panów
        > z gitarami w rękach nieznaczną już tylko ilość miejsca na scenie. Być może
        stąd
        >
        > brał się nieschodzący przez cały koncert z twarzy gitarzystów wyraz
        > przytłoczenia i autentycznego przerażenia, co w połączeniu z przypominającym
        > sińce pod oczami mejkapem obydwu panów budziło wyrazy jak najszczerszego dla
        > nich współczucia. Po scenicznych ruchach wokalistki można zaś było
        wnioskować,
        > iż jej niespełnionym marzeniem byłoby tańczenie przy rurze w jednym z
        > teutońskich nightclubów. Niespełnionym, gdyż wątpię aby w RFN produkowano
        rury
        >
        > o tak wielkiej wytrzymałości. Biorąc jednak pod uwagę korzyści płynące z
        > ewentualnego poświecenia się wokalistki całkowicie swej drugiej, ukrytej
        pasji
        >
        > (równałoby się to rezygnacji ze śpiewania ) naukowcy zajmujący się
        > wytrzymałością materiałów powinni jak najszybciej wziąć się do roboty.

        Zaiste, pani wokalistka lubi pląsać.


        > Sam występ zespołu Flowing Tears wyglądał na próbę bicia rekordu Guinnessa w
        > długości koncertu jaki można zbudować na powtarzanych do znudzenia 2-3
        riffach
        > gitarowych i 2-3 akordach na klawiszach. W piątek w Proximie okazało się, ze
        45
        >
        > minut. Jestem jednak pełen obaw, iż na koncertach w Katowicach i Wrocławiu
        > warszawski rekord mógł zostać pobity.

        U nas raczej nie więcej niż 30 minut.


        > SAMAEL
        >
        > Po przydługim oczekiwaniu wreszcie przyszedł czas na Samaela. Na
        > szczęście "czas" nie oznaczało tym razem, jak podczas pamiętnej Metalmanii
        97,
        > pięciu minut i około 30 sekund, po których panowie zeszli ze sceny "na skutek
        > problemów technicznych", ale dobre półtorej godziny żywiołowego i
        dynamicznego
        >
        > koncertu.
        >
        > Na pierwszym planie prezentował się publice ubrany w czarne powłóczyste szaty
        > Vorph, któremu zupełnie nieoczekiwanie odrosły włosy na głowie i wykiełkowała
        > niewielkich rozmiarów bródka, dzięki czemu wyglądał nieco jak James Hetfield
        > na którego ktoś po pijaku założył dla żartu sutannę.

        U nas był odziany w jakieś czerwone giezło, najwyraźniej na żadnej plebanii nie
        chciano już o tej porze wypożyczyć sutanny.

        > Gdzieś tam z tyłu
        > odbywała się zaś "prezentacja multimedialna" polegająca na wyświetlaniu na
        > rozpiętym z tyłu sceny prześcieradle różnych wzorków, szlaczków i rysunków.
        > Sorry, ale pomimo wszelkich starań wyglądało to dość żałośnie i robiło
        > wrażenie, jakby ktoś starał się na siłę uatrakcyjnić występ Samael
        dodatkowymi
        > efektami wizualnymi, jednak dysponował ograniczonym budżetem (prześcieradło
        > było rozmiarów średniej wielkości tekturowego pudła po telewizorze).

        Poziom cywilizacji i kultury technicznej we Wrocławiu zawsze był wyższy niż w
        Azji Zachodniej i tak pozostało - my mamy dwa ekrany.


        > Koncert z grubsza rzecz biorąc polegał na tym, że zespół starał się przekonać
        > publikę do swoich nowych utworów, zapodając prawie nieustannie kawałki
        z "Reign
        >
        > of light" i "Eternal", zaś publika próbowała przekonać zespół do jego starych
        > utworów, nieustannie żądając kawałków z "Blood Ritual" i "Ceremony of the
        > opposites" . Podczas owej wojny nerwów zespół skapitulował tylko raz i zagrał
        > aż 2 utwory z "Ceremony" pod rząd – "Black Trip" i "Baphomet`s throne". P
        > oza
        > tym koncert wypełniły głównie utwory z dwóch ostatnich, dodajmy ze
        > niepowalających muzycznie płyt ("On earth", "Reigh of light", "the
        > Cross", "Tepelapth", "Nautilus&Zeppelin"), uatrakcyjniane tu i ówdzie
        utworami
        > z ostatniego naprawdę wielkiego dzieła Samael – "Passage". Na sam począte
        > k
        > poleciały świetne "Rain" i "Shining kingdom", gdzieś po środku doskonałe "the
        > ones who came before" i "jupiterian vibe" a na koniec rozwalające "My
        > saviour". Dobór repertuaru pozostawał więc wiele do życzenia (gdzie "into
        the
        > pentagram" ? "to our martyrs" ? "after the sepulture" ?). Brzmienie jednak i
        > wykonanie absolutnie bez zarzutu. Nawet słabe kawałki z dwóch ostatnich płyt
        > zabrzmiały bardzo solidnie i wręcz powalająco. Zabrakło natomiast porządnego
        > bisowania (panowie nie wiedzą ze nad Wisłą bisuje się co najmniej 2 razy ?)
        > przez co koncert był odrobinę za krótki.

        Program oczywiście bliźniaczo podobny, najwidoczniej Samael stara się odciąć od
        przeszłości.
Pełna wersja