nowy Beirut - nieziemskie doświadczenie...

IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 29.09.07, 19:47
Ich nowa płyta jest po prostu powalająca!

Gość ma głos niemal jak Antony, ale kompozycje miliard razy lepsze...

Ach, ekscytuję się, ale posłuchajcie chociaż tego ( choć to kawałek
poprzedniej Epki), ale mjuzik genialny, a obrazek palce lizać:

www.youtube.com/watch?v=kjeh6P4sRfw
    • Gość: Aśka Re: nowy Beirut - nieziemskie doświadczenie... IP: *.aster.pl 29.09.07, 19:52
      Koleś jest nieziemski, byli na tegorocznej Malcie w Poznaniu i
      absolutnie mnie zaczarowalismile
      • kamil.g Re: nowy Beirut - nieziemskie doświadczenie... 10.10.07, 22:16
        Condon&Beirut są świetni, ale Antony&the Johnsons są nie z tego świata. Howgh.
    • freerock Re: nowy Beirut - nieziemskie doświadczenie... 10.10.07, 22:26
      Własnie miałem dodac nowy watek na ten temat... Swietna płyta. Pozdrawiam i
      Polecam.
    • theagata Re: nowy Beirut - nieziemskie doświadczenie... 13.10.07, 11:22
      słucham od kilku godzin, najpierw pomyślałam że nic takiego, że
      tylko poprzednia płyta była powalająca
      a teraz ta muzyka przeniosła mnie z powrotem do uroczego miejsca we
      Francji...
      te dźwięki kojarzą mi się z karuzelą w Carcassonne big_grin
      • Gość: label Re: nowy Beirut - nieziemskie doświadczenie... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.10.07, 00:33
        nantes... i nie trzeba mi wiecej smile
        • exman Re: nowy Beirut - nieziemskie doświadczenie... 15.10.07, 07:06
          Owszem. Niczego sobie. Rozjaśnia jesień.
          • kamil.g Re: nowy Beirut - nieziemskie doświadczenie... 29.10.07, 22:01
            Pierwszy Beirut był meszapem ostatecznym: projekt o bliskowschodniej nazwie
            nagrywa płytę radziecką w tytule, a cygańsko-aszkenazyjską w treści, zaś
            poszczególne piosenki przywołują klasyczną Mitteleuropę (Prenzlauer Berg,
            Bratysława, Wrocław); do tego trochę lo-fi elektroniki i wokal jak z bel canto.
            Wszystko to sugerowało niezwykle ambitne założenie, niemal Tolkienowskie (z
            zachowaniem proporcji): skonstruowanie fikcyjnej muzycznej tradycji, zmyślenie
            Europy według Zacha Condona.

            Szczerze mówiąc, miałem nadzieję, że "The Flying Club Cup" pójdzie w stronę
            folkotroniki (à la "Scenic World" i "After The Curtain" z debiutu), takiego
            Savath & Savalas z bałkańskim wykopem. Tymczasem jest wręcz przeciwnie: Condon
            wskoczył głęboko w klasykę popu.

            Niby wyjściowy klimat jest podobny, ale efekt – diametralnie inny. Pompatyczne
            momentami aranżacje obciążają całość niemiłosiernie i na ich tle młodziankowy
            głos Condona brzmi wręcz irytująco. Tym większy, tak na boku, szacun dla Sufjana
            Stevensa, który ze swego „anielskiego” wokalu i imponujących instrumentacji
            potrafi przyrządzić dania lekkie, urokliwe i poruszające zarazem.

            Siłą Gulag Orkestar była pewna chropawość; trochę to przypominało kiepski
            teatrzyk objazdowy czy cyrkową scenografię, autentyczne właśnie przez swą
            nieudolność (w przypadku Beirutu zamierzoną). The Flying… jest miły, gładki i
            nużąco jednostajny.

            Utwierdziłem się w tym za pomocą okrutnego eksperymentu na swojej mamie: choć
            ubóstwia wczute rzeczy (od Cesarii Evory po Antony’ego), całej płyty nie
            zdzierżyła (singiel tak, ale tyle to można, jak mawia klasyk, gołą dupą na
            żyletce przesiedzieć).
Inne wątki na temat:
Pełna wersja