Dawid Bovie - najlepsze CD waszym zdaniem

IP: 195.41.66.* 04.01.02, 09:00
Jakie plyty DB sa waszym zdaniem najlepsze i dlaczego.

Moj prywatny ranking zaczyna sie od Tonight, potem Let Dance i Scary Monstres
ale szczerze mowiac nigdy nie slyszalem w calosci innych. Lubie raczej
ostrzejsze i gitarowe, ciezkie brzmienie. Co z DB da sie polecic?



pzdrw
    • fixed Re: Dawid Bovie - najlepsze CD waszym zdaniem 04.01.02, 09:38
      Widzę, że gustujesz we wczesnym db, lecz musisz przesłuchać OUTSIDE - naprawdę
      dobra płyta, po serii srednio udanych...
      Późniejsze jak na razie nie zbliżyły się do OUTSIDE...a co będzie, czas pokaże
      • Gość: soso Re: Dawid Bovie - najlepsze CD waszym zdaniem IP: 195.41.66.* 04.01.02, 09:55
        Co to za rodzaj muzyki, fixed? DB jest raczej eklektyczny smile a outside nie
        znam.

        • fixed Re: Dawid Bovie - najlepsze CD waszym zdaniem 04.01.02, 13:24
          Jak wiesz Hours jest balladowa, trochę przypomina starego Bowiego, z
          akustycznymi gitarami, wcześniejsza earthling jest wynikiem fascynacji techno.
          Jest dużo gitar, ale też i typowych elektronicznych dźwięków. Outside natomiast
          jest concept albumem, miały byc jeszcze jakies części, lecz nie sprzedawał się
          w tylu egzemplarzach, co choćby Let`s dance smile

          A co to za rodzaj muzyki? Chyba rock, lecz jest pianino, przesterowane gitary,
          głos. Najlepiej sam oceń, dla mnie jedna z najlepszych, jesli nie najlepsza
          płyta Bowiego...
    • mojalewastopa Re: Dawid Bovie - najlepsze CD waszym zdaniem 04.01.02, 14:01
      Ja mam i lubie Low i Heroes, a w/g Lestera Bangsa najlepsza plyta Bowiego jest Station To Station
      • Gość: juraw Re: Dawid Bovie - najlepsze CD waszym zdaniem IP: 193.150.166.* 15.01.02, 15:51
        outside i earthing znać trzeba koniecznie. Bowie z lat 80-tych był milutki, ale daleki od genialności. Znacznie
        ciekawszy był jako Ziggy
        • Gość: soso Re: Dawid Bovie - najlepsze CD waszym zdaniem IP: *.njl.dk 15.01.02, 17:41
          Nie sadze, ze DB byl milutki w latach 80-ch. On chyba pokazal jak mozna lepiej
          zrobic to, co w tym czasie bylo kanonem. 'Let Dance' czy 'Tonight' maja
          rewelacyjne brzmienie do dzis i wlasnie za takie postawienie na piedestal
          lekkiej muzuki, dodanie jej smaku, za to mozna cenic DB w tym czasie. Na
          dodatek to daje sie latwo sluchac mimo calej wirtuozerii muzykow i studia.

          Czy nic nie mowi tytul 'Let dance'? Dla mnie to wlasnie sugestia DB, ze jest to
          i do tanczenia i do sluchania z uwaga. Bo warto posluchac.
          • Gość: cc Re: Dawid Bovie - najlepsze CD waszym zdaniem IP: *.bydgoszcz.cvx.ppp.tpnet.pl 15.01.02, 18:03
            OUTSIDE - oryginalny concept album na miarę końca XX wieku
            Jeśli lubisz ostrzejsze gitarowe brzmienia, posłuchaj pierwszej płyty TIN
            MACHINE, szczególnie polecam kawałek UNDER THE GOD.
            Na każdej jego płycie jest kilka perełek, nawet na EARTHLING czy NEVER LET ME
            DOWN, której krytycy nie poważają.
            Dobra jest też LET'S DANCE, ale brzmi nieco archaicznie.
            Inne ciekawe IMHO, to STATION TO STATION, LOW i THE RISE AND FALL OF ZIGGY
            STARDUST (pozdrawiamwink
    • Gość: TK Space Oddity IP: *.clinika.pl 16.01.02, 18:14
      Swego czasu (2 lata temu) na jedna z list dyskusyjnych po wielkim
      odkryciu i zachwycie nad wcezsnymi plytami Davida Bowie napisalem
      kilka recenzji - moze nimi zachece kogos nastepnego po posluchania
      wczesnego Bowiego
      -----

      Nie wiem na czym to polega, ale sa na swiecie takie utwory,
      przy ktorych tworzeniu musialo nastapic cos w rodzaju objawienia.
      W przypadku Space Oddity - Dawida Bowie, natchnienie z pewnoscia
      przywedrowalo z kosmosu. Utwor ten opowiada o podrozy w przestrzen
      kosmiczna majora Toma. Po czesci zainspirowany zostal ladowaniem
      Amerykanow na ksiezycu a po czesci Odyseja Kosmiczna S. Kubricka.
      Wiele wydarzylo sie w muzyce w 1969 roku, a druga plyta Bowiego na
      pewno jest jednym z tych waznych wydarzen. W koncu Bowie wygral
      niedawno przeprowadzony plebiscyt na artyste o najwiekszym wplywie
      na innych muzykow. Szkoda tylko ze w Polsce 'wczesny' Bowie jest tak
      niedoceniany.

      Mi oczy otowrzyl godzinny przeglad videoclipow na 3Sat, ktory
      przypadkiem udalo mi sie zobaczyc pare tygodni temu. Wsrod nich byl
      utwor Space Oddity. Jeden z wiekszych hitow Bowiego. Niby to wstyd
      nie znac tego utworu - ale ja naprawde uslyszalem go wtedy po raz
      pierwszy. I zostalem zdruzgotany jego magia! Jakze przepieknie
      jest on zaaranzowany. Silne bicie gitary akustycznej skrzyzowane
      z delikatnym plynacym melotronem - zagral na nim sam Rick Wakeman.
      Linia wokalna, ktora wgryza sie w glowe juz przy pierwszym sluchaniu
      i nie opuszcza jej przez dlugie godziny. Do tego utowr jest swietnie
      zroznicowany dynamicznie a zakonczony psychodelicznym pozegnaniem z
      majorem Tomem, ktory na zawsze pozostanie w bezmiarze kosmosu.

      Nastepny na plycie (Unwashed and Somewhat Slighty Dazed) juz troche
      sprowadza nas na ziemie. Nie jest juz tak piekny jak poprzedni, duzo
      bardziej halasuje w uszach rockowa werwa. Jednak nie dajmy sie zmylic,
      nie pozostaniemy na ziemi juz ani chwili dluzej. Potraktujmy pierwszy
      na plycie - tytulowy Space Oddity jako genialna muzycznie opowiesc
      o kims innym - o majorze Tomie, ktory zostal w przestworzach na zawsze.
      Natomiast od drugiego utworu to my wyruszamy w kosmiczna podroz.
      Slighty Dazed dobrze rozgral silniki. Nastepny po nim to delikatna
      ballada (Lettet To Hermione) na gitare akustyczna i flet. Delikatnie
      wzbijamy sie w niebo, rozkladamy skrzydla i niczym albatros nieruchomo
      zawisamy pod niebosklonem. Tylko 2 minuty. Pora opuscic ziemska
      atmosfere. Dziewieciominutowy Cygnet Commitet jak najbardziej temu
      sluzy. W warstwie tekstowej jest to utowr zaangazowany spolecznie
      zgodnie z hippisowskimi idealami owczesnego Bowiego. Natomiast muzycznie
      to kolejne po tytulowym mistrzostwo na tej plycie. Znow pelno zmian
      dynamiki, spiew niesamowicie dramatyczny, rockowy patos - po prostu
      to co lubie najbardziej!! Dalej mamy zywy 'Janine' oraz kolejna
      bardzo fajna delikanta ballade 'An Occasional Dream'. Nastepny na
      plycie (Wild Eyed Boy From Freecloud) to znow to co lubie najbardziej!
      Zagrany na gitare akustyczna i orkiestre!!! I znow dramatyczny spiew.
      Troche przypomina mi charakter Days Of Future Passed - Moody Blues.
      Zostaly jeszcze dwa utowry: God Knows I'm Good - taka troche nastrojem
      Dylanowska piosenka oraz konczacy plyte Memory Of A Free Festival.
      Gdyby ten ostatni utowr byl na poziomie Cygnet Commitet to cala
      plyta bylaby genialna. Jednak jest on troche nijaki. Z pewnoscia
      mial byc patetyczny i jako wspomnienie hippisowskiego festiwalu
      w Beckenham dramatycznie zamykac plyte. Jednak nie wyszlo, tego
      utowru trzeba troche na sile dosluchac, szkoda. Wchodzi wiec plyta
      troche nierowna.

      Na okladce plyty jaka mam, twarz Bowiego wyglada nie lepiej niz
      Nick Cave na From Her To Eternity. Beznamietnie wpatrzony w jakis
      punkt poza kadrem, ze zmierzwionymi wlosami robi wrazenie zupelnie
      odlaczonego od swiata, zamroczonego narkotykami. Natomiat zdjecia
      wewnatrz okladki odkrywaja nam Bowiego juz jako czlowieka o wielu
      twarzach - niejako przyzwyczaja nas juz do tego ze w przyszlosci
      bedzie zmienial sie diametralnie co kilka plyt. Rozpoznawac bedziemy
      go mogli glownie po nierownych srednicach zrenic wink

      Na Space Oddity Bowie jest hippisem. Muzyka jest bogato aranzowana
      na przemian dramatyczna i zwiewna.... Ale juz niedlugo Bowie spotka
      na swej drodze gitarzyste Micka Ronsona i razem z nim nagra The Man
      Who Sold The World, zdecydowanie bardziej rockowa

      Tomek
    • Gość: TK The Man Who Sold The World IP: *.clinika.pl 16.01.02, 18:16
      "Nie oczekiwalem sukcesu komercyjnego. Liczylem jednak na to
      ze dzieki tym piosenkom zaistnieje jako artysta. Przezylem
      ogromne rozczarowanie. Wydawalo mi sie ze dluzej tego nie
      zniose. Na cale tygodnie zapadlem sie w siebie..."

      Tak David Bowie mowil o porazce jaka odniosla plyta Space Oddity.
      W efekcie, gdy 'doszedl do siebie' razem z gitarzysta Mikiem
      Ronsonem (z ktorym nagral potem 5 kolejnych plyt) przystapil
      do kolejnej proby namieszania w swiecie muzycznym. W listopadzie
      1970 roku ukazala sie plyta The Man Who Sold The World. I jest
      to pozycja duzo ostrzejsza od poprzedniczki. W TR napisali ze
      obie plyty dziela lata swietlne. Niezupelnie sie zgodze. Faktycznie
      jest to plyta inna, dojrzalsza, spojniejsza i glosniejsza, ale
      nie sa to lata swietlne - a po prostu zmiana do przodu - o dwa
      kroki - ale siedmiomilowe wink

      Jako pierwsze do naszych uszu dochodzi gitarowe sprzezenie. Tak
      zaczyna sie osmiominutowy 'Width Of A Circle' najblizsze skojarzenie
      jakie przychodzi mi do glowy to Cream. Solidna porcja hard-rocka
      z gitara wykrecajaca solowki niczym fuzja Claptona z Hendrixem.
      Nastepny na plycie to moj ulubiony 'All The Madmen' blisko szesc
      minut melodyjnego hardrockowego pieszczenia uszu. Z miesista gra
      sekcji rytmicznej z dramatycznym spiewem Bowiego, ze zmianami
      dynamiki: od samej gitary akustycznej po gwaltowne uderzenia calej
      sekcji, z drapieznie zaaranzowanymi flecikami, z kilkoma sekundami
      mowionymi w srodku i kolejnym atakiem sekcji... Takie skrzyzowanie
      wczesnego Black Sabbath z balladami King Crimson z pierwszych plyt!
      Rewelacja! Gdy konczy sie dlugim wyciszeniem, bardzo czesto cofam
      go do poczatku, czasem robie to kilka razy zanim przystapie do
      sluchania nastepnego 'Black Country Rock' - ktory jest troche nijaki,
      choc zamyslem bylo aby powstal pastisz T.Rex Tak wiec trzy minuty
      trzeba przetrzymac. Ale warto. Kolejny 'After All' to najspokojnieszy
      fragment plyty. Przepiekna ballada. Drugi 100%-owy punkt plyty.
      To taka niepokojaca piosenka, niby bardzo spokojna, z fajna linia
      wokalna, a jednak ma sobie cos rostrzesionego, rozdygotanego,
      niepokojacego... z tego stanu wytraca nas 'Running Gun Blues'
      ktory baardzo kojarzy mi sie ze sposobem spiewu Lee Jacksona
      z The Nice a samo brzminie gitary ma tez cos z O'Lista z tego
      samego zespolu... a i sama kompozycja przypomina chyba Tantalizing
      Magie z pierwszej plyty The Nice. Nastepny to 'Savior Machine'
      znow hard-rock z elementami patosu. Kolejny z moich ulubionych
      z tej plyty. 'She Shook Me Cold' jest jeszcze glosniejszy zahacza
      o Led Zeppelin i Black Sabbath. Kolejny to tytulowy 'The Man Who
      Sold The World' oparty na powtarzaniej w kolko melodii gitary
      znanej chyba wszystkim z coveru Nirvany. Nirvana nagrala go chyba
      na albumie Unplugged. Dosyc czesto wtedy slyszalem go w radio.
      W wykonaniu Bowiego jest duzo bardziej klarowny i wesoly.
      Na zakonczenie zaspiewany z duzym przejeciem 'The Supermen' -
      ale w sumie nie nadzyczajny.

      W podsumowaniu: znow otrzymyjemy plyte bardzo ciekawa, znow
      troche nierowna, ale widac na niej na jak wiele stac Bowiego
      i ze juz niebawem zademonstruje nam jeszcze wiecej. Tego mozna
      byc pewnym.

      Na okladce Bowie lezy na sofie ubrany w sukienke, na ramionach
      klada sie dlugie wlosy a przed nim, na podlodze lezy rozsypana
      talia kart. Ta okladka wywolala ponoc przed laty spory skandal
      obyczajowy, ze niby to zbyt jawna demonstracja swojej sklonnosci
      do przebieranek w damskie ciuszki. W efekcie przyniosla mu
      rozglos, ktory przyczynil sie do wzrostu sprzedarzy plyt.

      Jezeli chodzi o to jaka twarz (maske?) w sensie muzycznym
      przyjal na tej plycie Dawid Bowie to najtrafniej odpowiedziec,
      ze z hippisa ze Space Oddity przeistoczyl sie w rockmana spod
      znaku Led Zeppelin, Hendrixa i Cream. Na jak dlugo?? Przeciez
      nie bylby soba gdyby nie odslonil nam kolejnego, innego oblicza
      na nastepnej plycie Hunky Dory...

      Tomek
    • Gość: TK Hunky Dory IP: *.clinika.pl 16.01.02, 18:18
      Ze zdjec na okladce wynika, ze w okresie nagrywania plyty 'Hunky
      Dory' David Bowie mial najdluzsze wlosy w calym swoim zyciu. Jednak
      zrezygnowal z sukienek (jak na okladce poprzedniej plyty) i zamienil
      je na szalowe, najszersze jakie widzialem spodnie dzwony. Nie jest
      juz szokujacym transwestyta, lecz pieknym mlodziencem wzorowo
      nasladujacym Doriana Graya. Mlodziencem eleganckim, figlarnie
      trzymajacym w rozchylonych ustach fifke z tlacym sie papierosem.
      Wydaje mi sie ze nawet pasowalby na dziewczyne Bonda. Gdyby z ust
      Dawida Bowie wyszly slowa 'Oh James!' - daje slowo, ze brzmialyby
      zaskakujaco autentycznie.

      'Hunky Dory' to jedna z moich ulubionych plyt Bowiego. Bo ja zawsze
      lubilem ladne piosenki. A taka wlasciwie jest ta plyta. Najbardziej
      akustyczna ze wszystkich jakie znam. Glownymi instrumentami sa gitara
      akustyczna i pianino - znow przepieknie zagral na nim Rick Wakeman.
      Od czasu do czasu w tle przeplyna jakies smyki, jakas trabka....
      w ogole muzyka przeplywa wokol sluchacza i lagodnie unosi go swym
      nurtem. Napisano w TR ze to najbardziej optymistyczna plyta Bowiego,
      i trudno sie z tym nie zgodzic. Ze wszystkich jakie znam, ta wydaje
      sie najbardziej radosna. Ale radosna nie rowna sie slodka. Nic bardziej
      mylnego. Chociaz trudno to wytlumaczyc.... no chyba zebym zaczal
      'tanczyc o architekturze' wink

      Jako calosc 'Hunky Dory' przypomina mi troche Jethro Tull, ale
      raczej te akustyczne utowry Jethro Tull, troche tez ma w sobie
      z Too Old To R'n'R... troche Cohena z czasow Songs Of Love & Hate.
      Jak zwykle troche gitarowego Hammilla (ale to takie moje zboczenie
      ze we wszystkim co mi sie podoba slysze Hammilla) Z drugiej strony
      jest na tej plycie tez cos musicalowego, nawet knajpianego, ale
      nie za wiele.

      Pierwsze co rzuca sie na uszy juz w pierwszym utworze 'Changes'
      to przejrzystosc i lekkosc brzmienia. Zarowno 'Changes' jak i
      nastepne dwa 'Oh! You Pretty Thing' oraz 'Eight Line Poem' na
      pierwszy plan przebija sie fortepian Wakemana. Do tego dodac
      gdzieniegdzie wplecione partie smyczkow, radosnie grajaca reszte
      instrumentow i urzekajace melodie wyspiewywane przez Bowiego
      i zapowiada nam sie taka troche knajpiana plyta.
      Jednak od czwartego na plycie 'Life On Mars?' zaczyna dziac sie
      cos jeszcze... wejscia orkiestry sa juz troche mocniejsze,
      spiew Bowiego tez staje sie nieco bardziej dynamiczny, no i sama
      kompozycja jest najprzedniejszej marki. Doskonale piekna piosenka.
      Nastepny to znow troche zbyt lekki 'Kooks' - badz jak pisze TR -
      w stylu Neila Younga - ale nie zmiena to faktu ze bardzo fajny.
      Sluchajac plyty ktorys juz raz, zaczynam zauwazac, ze wlasnie
      taka ta plyta ma byc, nie ma byc dramatyczna, ma byc radosna.
      I to chyba wielka sztuka zrobic taka plyte. Ktora zamiast dawac
      katharsis poprzez wedrowki po ciemnych zakamarkach duszy po
      prostu stara sie nas ukolysac. Taki tez jest 'Quicksand' (chwilami
      brzmiacy niczym z 'Fools Mate' Hammilla). Albo 'Fill Your Heart'.
      Sporo ozywienia wnosi kolejny na plycie 'Andy Warchol' nagrany jako
      hold dla tego artysty. Zaczyna sie dziwnymi elektronocznymi
      dzwiekami by chwile potem zaatakowac mocnym biciem na gitarze
      akustycznej. Ciekawe czy David Bowie rozmyslal o tym, ze dwadziescia
      kilka lat pozniej zagra role samego Warchola w filmie 'Basquiat'?
      'A Song For Bob Dylan' to kolejny hold dla wielkiego artysty.
      Bowie swietnie nasladuje tu glos Dylana. Przedostatnim nagraniem
      na 'Hunky Dory' jest 'Queen Bitch' wedlug TR przypominajacy klimatem
      'White Light/White Heat' Velvet Underground. W ten sposob dochodzimy
      do konczacego plyte 'The Bewlay Brothers'. To zdecydowanie utwor
      najwazniejszy na tej plycie. Jedyny odbiegajacy klimatem od reszty.
      Utwor o chorym psychicznie bracie Davida. Utwor faktycznie smutny.
      Patrzac na niego z perspektywy samobojstwa popelnionego przez brata
      Davida 14 lat pozniej - wstrzasajacy - ale piszac go, Bowie nie
      mogl przewidziec tego co sie stanie.

      "To poczatek wspinaczki na szczyt i strach przed bolesnym upadkiem"
      Tym zdaniem Bowie opisal 'Hunky Dory' 20 lat pozniej. Jednak czy
      mial ku temu rzeczywiste obawy? W koncu juz wtedy nosil w sobie
      pomysl przeobrazenia sie w Ziggiego Stardusta - gwiazde rocka,
      ktora przybywa z kosmosu zeby ratowac ziemie przed zaglada.....

      Tomek
    • Gość: TK The Rise & Fall Of Ziggy Stardust IP: *.clinika.pl 16.01.02, 18:20
      Ledwie kilka miesiecy po wydaniu 'Hunky Dory' swiatlo dzienne
      ujrzala kolejna plyta Dawida Bowie - 'The Rise And Fall Of Ziggy
      Stardust and Spiders From Mars'. To Be Played At Maximum Volume
      glosi napis na tylnej stronie okladki. I cos w tym jest, bo im
      glosniej jej slucham tym mocniej na mnie oddzialuje...

      Przystepujac do sluchania tej plyty po raz piewrwszy robilem to
      ze sporym bagazem wczesniej przeczytanych recenzji, noszac w glowie
      wizje dziela doskonalego, absolutnego kanonu, ktory powinien sie
      podobac nawet gdyby sie nie podobal. W koncu 'Ziggy' zostal uznany
      w TR jedna ze 100 plyt ktore wstrzanely polskim rockiem, a takze
      wpakowany do 10 najwazniejszych plyt glam rockowych. To ostatnie
      wzbudziloby we mnie jednie poblazliwy usmieszek, gdyby nie fakt,
      ze tej samej dziesiatce znalazlo sie moje ukochane 'For Your Pleasure'
      Roxy Music. Chyba musze zrewidowac pojecie glam rocka. Dla mnie
      to raczej taka muzyczka z przymruzeniem oka, jak Gary Glitter, czy
      T-Rex, cos przy czym mozna fajnie pobawic sie na imprezie tanecznej.
      Ale gdy ktos uznaje za najwieksze plyty glam rockowe wlasnie owo
      Roxy Music czy Ziggiego to to jest nurt w muzyce calkiem do rzeczy.

      W kazdym razie patrzac na glupkowata fryzyrke Bowiego a la polowa
      lat 60 i niebieski kombinezon rozpiety na klacie moglem spodziewac sie
      najgorszego. Jednak czytajac, ze 'Ziggy to nieziemska, profetyczna
      i biseksualne istota, gwiazdor z kosmosu i samotny artysta' moglem
      pomyslec ze caly ten image to tylko prowokacja kryjaca pod soba
      wspaniala i wzruszajaca muzyke.

      Trudno mi sensownie okreslic jaka muzyka kryje sie na 'Ziggim
      Starduscie'. Na pewno duzo glosniejsza, duzo ostrzejsza niz na
      poprzednim albumie 'Hunky Dory' Jednak ani troche nie tracaca
      melodyjnosci. 11 utworow uladajacych sie w koncept album o tym
      jak przybysz z kosmosu uratowal Ziemie przed nieuchronna zaglada.
      Rozpoczyna plyte natchniony 'Five Years' przywolujacy troche
      nastroj 'Hunky Dory' ze smyczkami w tle, z fortepianem. Po nim
      mamy troche Bolanowski 'Soul Love' z fajnym saksofonem Bowiego
      oraz 'Moonage Daydream' - jeden z najwiekszych odlotow na tej
      plycie. W koncowej fazie Ronson gra na gitarze niczym Hackett
      w swych najostrzejszych czasach. Trudno dalej pisac o kazdym
      utworze z osobna. Po prostu kazdy ma swoje miejsce i kazdy jest
      integralna czescia tej muzycznej opowiesci. Poprzez swietne
      'Starman' 'Lady Stardust' 'Star' 'Ziggy Stardust' przeplecione
      ciut slabszymi 'It Aint Easy' 'Hang Onto Yourself' i 'Suffragette
      City' dochodzimy do wielkiego finalu: "Rock 'N' Roll Suicide"
      Zaczyna sie spokojnie niczym zwyczajna balladka, biciem gitary
      niemal identycznym jak na 'I Once Wrote Some Poems' z Fools Mate
      Hammilla. Po kolei dolaczaja sie nastepne instrumenty, glos
      Bowiego staje sie z kazdym wersem coraz bardziej dramatyczny,
      rozdygotany, niespokojny, w koncu Bowie zaczyna krzyczec, coraz
      glosniej, muzyka staje sie coraz bardziej patetyczna w samej
      koncowce wchodzi krociutkie solo na gitarze elektrycznej
      i z towarzyszeniem smyczkow efektownie koncza utowr i zarazem
      plyte. Gem set i mecz. David Bowie stworzyl plyte genialna.

      "Nie bylem zaskoczony ze Ziggy przyniosl mi sukces. Stworzylem
      przeciez wiarygodna, choc plastikowa gwiazde rocka - lepsza niz
      wiekszosc produktow przemyslu rozrywkowego z The Monkees na czele"

      Tak powiedzial Bowie po latach od sukcesu Ziggiego. Osiagnal ta
      plyta szczyt. Jednak cena jaka zaplacil bylo absolutne zintegrowanie
      sie w oczach publicznosci z kreowana przez siebie istota. Aby
      uwolnic sie od wizerunku Ziggiego w 1973 roku wycienczony dlugimi
      trasami koncertowymi zapowiedzial ze to jego ostatni koncert.
      Potem wylumaczyl ze chodzilo mu o ostatni koncert Ziggiego Stardusta
      a nie Davida Bowie. Na rynku byla juz wtedy kolejna studyjna plyta
      Bowiego - 'Aladdin Sane' Ale czy kolejny raz udalo sie Bowiemu
      zmienic artystyczny wizerunek?

      Tomek

    • Gość: TK Alladin Sane IP: *.clinika.pl 16.01.02, 18:21
      Coz moze zrobic arysta po nagraniu plyty doskonalej? Albo zupelnie
      zmienic oblicze i nagrac plyte kompletnie inna od poprzedniczki, albo
      skopiowac samego siebie, zrobic plyte w podobnym stylu, ale gorsza.
      W przypadku Davida Bowie, slynnego rockowego kameleona, wydawac sie
      moglo, ze zmiana wizerunku nie bedzie wielkim problemem, w koncu do
      tej pory robil to na kazdej kolejnej plycie. Jak wiec prezentuje sie
      nastepca wielkiego Ziggiego Stardusta, niejaki Aladdin Sane?

      Po ukazaniu sie plyty 'Aladdin Sane' Bowie tlumaczyl ze Aladdin
      nie jest postacia tak wyrazista jak Ziggy. Aladdin jest bardziej
      efemeryczny. Jest zaprzeczeniem indywidualizmu. Bedac jednostka
      identyfikuje sie jednoczesnie z kazda sytuacja, z ktora sie styka.
      Gdyby jednak odsunac te filozoficzne dywagacje na bok, a zostawic
      sama muzyke, okazaloby sie, ze Aladdin tak wiele od Ziggiego sie
      nie rozni, chociaz zgodzic sie musze, ze jest mniej wyrazisty,
      ale tym razem w sensie stricte muzycznym. Mowiac najprosciej jak
      mozna - ta plyta w porownianiu z porzednia jest duzo slabsza.
      I w sumie moglbym ja porzadnie zjechac, ze zabraklo na niej nieco
      odwagi pojcia do przodu. I nawet z taka mysla przystapilem do
      pisania tej recenzji, ale wlaczywszy ja sobie jako tlo do pisania
      spodobala mi sie troche bardziej niz przy poprzednich sluchaniach.
      To, na co zwrocilem uwage, to troche bardziej finezyjne, jazzowe
      i klasyczne potraktowanie pianina. Z poczatku nie przebijalo sie
      ono dosc wyraznie spod brudnego i surowego brzmienia calej plyty.
      Jednak zwrociwszy na nie uwage dodaje ono tym motorycznym, czesto
      halasliwym nagraniom bardziej subtelnego uroku.

      Plyta zaczyna sie od bardzo glosnego gitarowo-fortepianowego
      rock and rolla 'Watch That Man' Troche przypomina mi The Rolling
      Stones. I chyba nie bez powodu, bo dalej znajdziemy cover jednej
      z ich piosenek. Nie jest to jednak halas przyjazny dla moich uszu,
      dlatego czesto zdarza mi sie zaczynac sluchanie Aladdina od drugiego
      utworu, tytulowego 'Aladdin Sane'. To tutaj wlasnie pianino zostalo
      przez Garsona potraktowane w sposob czysto jazzowy. Ostatnie trzy
      minuty to karkolomna improwizacja na przemian pianina i saksofonu na
      tle monotonnej linii basu i perkusji. Po niej nastepuje nijaka
      stylizowana na lata 60 balladka 'Drive In Saturday'. Kolejne dwa
      nagrania: 'Panic In Detroid' oraz 'Cracked Actor' to znow glosna,
      brudna gitara przede wszystkim. Fajnie robi sie przy nastepnym 'Time'.
      Rozpoczyna sie niczym jakas z piesni Jacquea Brela by po minucie
      zabrzmiec zupelnie jak Queen z czasow Bohemiam Rapsody. Nastepny
      'The Prettiest Star' najlatwiej okreslic mianem przyjemnego fragmencika,
      nic wiecej. Po nim mamy wspomniana przerobke Stonesow 'Lets Spend The
      Night Together' oraz 'The Jean Genie'. Oba brzmia dosyc topornie
      i ciezko. Za to koncowka Aladdina - 'Lady Grinning Soul' to rewelacja.
      Zupelnie nie pasuje do tej plyty. Zaczyna sie fortepianem podobnie jak
      Locomotive Breath - Jethro Tull, lecz nie nastepuje po nim rockowy
      riff, lecz pelne patosu rozwiniecie, z delikatnym spiewem Bowiego,
      z pieknym solem gitary na koniec. Mozna by sluchac tego utowru
      bez konca...

      Jednak jako calosc plyta rozczarowuje. Brak na niej pieknych i lekkich
      aranzacji (no moze poza konczacym plyte Lady Grinning Soul) jak chocby
      na kazdej jednej piosence z Hunky Dory. No dobrze, moglby ktos rzec,
      ze przeciez plyta nie musi byc lekka zeby unosic. A i owszem, moze
      byc duzo ciezsza, tak jak chocby The Man Who Sold The World, ale wtedy
      tez i silnik musi miec relatywnie wieksza moc. Na Aladdinie karoseria
      sprawia wrazenie solidnej konstrukcji.... ale wewnatrz klekocze silnik
      od maluszka. Trzy naprawde udane utwory to za malo na dobra plyte.

      Tomek
      • Gość: mtq Re: Hot Space IP: *.krakow.sdi.tpnet.pl 16.01.02, 19:28

        > zabrzmiec zupelnie jak Queen z czasow Bohemiam Rapsody. Nastepny

        Jeśli już mowa o Queen, to posłuchajcie 'Under Pressure' - duet Queen i DB.
    • Gość: TK Pin Ups IP: *.clinika.pl 16.01.02, 18:23
      Jeszcze w tym samym roku, w ktorym ukazala sie plyta 'Aladdin Sane'
      David Bowie wydal jeszcze jedna produkcje o tytule 'Pin Ups'. Ale nie
      ma na niej ani jednej jego kompozycji. Jest to plyta z przerobkami
      cudzych utowrow z lat 64 - 67. Jak sam Bowie o niej mowi - zawiera
      wylacznie piosenki, ktore w mlodosci ogladal na zywo w klubie Marquee.
      Tak ponoc wygladal wtedy Londyn...

      Widac jakas tendencje u artystow, ze po paru latach kariery,
      kiedy nie maja pomyslu na jej dlalsze poprowadzenie - nagrywaja plyte
      z przerobkami (vide Songs From The Wood - Fisha) I plyta owa jest
      pewnego rodzaju ostatnim aktem przed zmiana stylu (najczesciej na
      gorsze). Po 'Pin Ups' Bowie nagral jeszcze doskonala plyte 'Diamond
      Dogs - dopiero potem na krotki (na szczescie) czas uderzyl w strone
      muzyko soulowej.

      Wracajac do samej muzyki na Pin Ups - musze przyznac, ze z 12 jakie
      tam sa - znalem jedynie jeden - "See Emily Play" - Pink Floyd. Pozostale
      to przerobki takich grup jak: The Yardbirds, Them, The Who, The Kinks,
      The Pretty Thing, The Merseybeats... Dwoch ostatnich w oglole nie znam.
      Brzmienie na tej plycie jest raczej surowe, podobnie jak na Aladdinie,
      takze brak kunsztownych aranzacji, spiew Bowiego bez zaagazowania...
      Mi ta plyta nie moze sie podobac. Jest to pozycja dla oddanego fana,
      ktory i tak raczej sie nia nie zachwyci, ale po porstu 'moze posluchac'
      Takim fanem jestem ledwie od paru tygodni.

      Jest jednak cos na tej plycie co sprawia duzo radosci. Wspomniana
      wersja 'See Emily Play'. Swietna przerobka z jazz-rockowa improwizacja
      pod koniec. Naprawde bardzo fajna rzecz.

      Jako calosc ta plyta absolutnie nic nie wnosi. No i zupelnie nie
      porywa przy sluchaniu. Jest to juz druga z rzedu plyta Bowiego na
      ktorej slychac wyrazny kryzys. Zupelnie nie rozumiem w jaki sposob
      udalo mu sie wykrzesac tyle sily tworczej, zeby juz za pare miesiecy
      nagrac tak dobra plyte jak 'Diamond Dogs'....

      -----

      Tomek,
      to tyle, bo o Diamond Dogs juz mi sie chcialo pisac i nie napisalem
      • Gość: soso do TK IP: 195.41.66.* 17.01.02, 08:05
        Dzieki wielkie. Wstyd powiedziec, ze nie znam tych plyt jakkolwiek to co znam z
        DB jest dla mnie przede wszystkim dobrze brzmiace a coz wazniejszego w muzyce :-
        )

        Tak mi sie nasunelo czytajac ze chetnie przeczytalbym o tym, co znam i mam wiec
        Scary Monstres, Let's Dance i Tonight.

        Dla mnie np. Let Dance jest przede wszystkim doskonalej jakosci muzyka do
        sluchania. Pierwsze wrazenie to 8 przebojow ale jak sie slucha dokladnie to
        odkrywa sie cala finezje i strukture, ktora powoduje, ze jest to dobre
        niezaleznie od banalu tekstu czy melodii. Pierwsze 3 kawalki sa tak bardzo
        znane: Modern Love, China Girl i Let's Dance ze wydaje sie, ze dalej nie moze
        byc lepiej. Ale to nieprawda. Az do konca kazdy utworek da sie zarowno
        zatanczyc jak i mozna sie m nim zasluchac skupiajac sie tylko na muzyce. Plyta
        na pewno bardzo gitarowa, z dobrym basem i perkusja no i deciaki niczego sobie.

        Co sadzicie o tych 3 plytach i czy da sie sklecic jakas wieksza recenzje?

        soso
        • Gość: TK Re: do TK IP: *.clinika.pl 17.01.02, 11:46
          Witaj!

          > Tak mi sie nasunelo czytajac ze chetnie przeczytalbym o tym, co znam i mam
          > wiec Scary Monstres, Let's Dance i Tonight.

          Akurat z tych trzech plyt mam tylko Scary Monsters, kolejne dwie znam
          jedynie z przebojow, jakie sie na nich znalazly.

          Generalnie analizujac cala tworczosc Bowiego trzeba zauwazyc, ze ten
          czlowiek, nazywany nie bez kozery kameleonem rocka, wielkrotnie i to
          czesto diametralnie zmienial styl. Te plyty ktore wczoraj dokladnie
          opisalem sa w stylistyce najbardziej rockowej, zahaczajacej o rock
          progresywny, o wczesna psychodelie, o glam rock. Pod koniec lat 70
          Bowie zaczal grac muzyke bardzo dziwna, niepokojaca, depresyjna nawet,
          wtedy do nagral trylogie z Brianem Eno: Low-Heroes-Lodger, z ktorych
          dwie pierwsze to arcydziela. Realizacja na nich tez byla perfekcyjna.

          Scaty Monsters to jakby odpowiedz Bowiego na nurt poczatku lat 80
          czyli new romantic: Ultravox, Duran-Duran itp. Scary Monsters baaardzo
          mi sie podoba bo udalo mu sie polaczyc nowe brzmienie, mnostwo
          elementow tanecznych z wrodzona muzczna inteligencja jego wlasnej
          osoby. Kolejne dwie: Tonight i Let's Dance, to plyty juz stricte
          taneczne, bardzo slabo oceniane obecnie przez krytykow, choc robiace
          furore wsrod sluchaczy. Te kilka hitow: China Girl czy Let's Dance
          uczylily z Davida Bowiego muzyka bardzo popularnego w latach 80-tych
          co bylo nie lada sztuka dla artysty majacego za soba juz dlugie lata
          kariery. Uczynily z niego tez najbogatszego muzyka na swiecie, co David
          swietnie wykorzystal, bo obecnie nagrywa plyty absolutnie nie pod
          publiczke, tylko moze pozwolic sobie na pelna niezaleznosc artystyczna.
          Dlatego powstaly plyty Outside i Earthling - plyty odniosly sukces,
          choc byly bardzo ryzykownym posunieciem. I cieszy mnie to ogromnie,
          ze gosc sie po prostu nie starzeje - przynajmniej duchem.

          Tomek
          • Gość: soso a co sadzicie o Black Tie White Noise IP: 195.41.66.* 18.02.02, 14:49
            ?
            • Gość: teddy Re: a co sadzicie o Black Tie White Noise IP: 62.233.138.* 18.02.02, 20:57
              Gość portalu: soso napisał(a):

              > ?

              Najlepsza z lat 90-tych. A tak w ogóle najbardziej lubię LOW. Podoba mi się też
              EARTHLING.
            • Gość: TK Re: a co sadzicie o Black Tie White Noise IP: *.clinika.pl 20.02.02, 16:30
              Jak dwa lata temu sobie kupilem, tak ze dwa razy posluchalem. Nie oczarowala
              mnie, i polozylem na polke na przyszlosc smile Wiec naprawde trudno mi sie
              wypowiedziec.

              TK
              • Gość: soso do TK IP: 195.41.66.* 22.02.02, 10:08
                TK, wspolplemincu z rodziny Bowie,

                Wlasnie kupilem na wyprzedazy i warta kazdej zlotowki (w przeliczeniu 12 zl :-
                )). Ale rozumiem dobrze to odlozenie na polke. Trudno jest znalezc klucz do tej
                plytki. Pierwsze 2 sluchania szly opornie. Potem coraz lepiej. Tak wiec radze
                odkurzyc. Wydjaje mi sie, ze generalnie konstrukcja i kolejnosc utworow na tej
                plycie jest nieco nieszczesliwa. Poczatek to takie niby nastrojowe granie,
                krajobrazy jak z Afryki, saksofon, trabka ale do tego o zgrozo sciana dzwieku i
                ogolnie pomieszanie z poplataniem. Trudno to trawic bo nie wiadomo czy jest to
                ciezka muzyka czy nastrojowe jam'owanie. Osobiscie przyjmuje ta druga
                mozliwosc.
                No i potem zaczyna sie dziac. Od numeru 'Don't let me down & down' jest juz
                dobre brzmienie, zaslony spadaja i granie klarowne. Super trabki i saksofony a
                takze stopa parkusji na pierwszym planie dobrze robi. Mala zmiana w
                okolicy 'Wedding song'. Robi sie bardziej skocznie i tak do konca. Mysle, ze
                jest to kawal dobrej muzyczki i mozna dac sie uniesc nastrojom. Czy te
                rozpalone sloncem deciaki na okladce niczego nie sugeruja? Dla mnie sa bardzo
                trafna podpowiedzia, jak ugryzc ta plyte. Bardzo dobre brzmienie.

                Ciekawe, ze nie znalazlem kompletnie zadnego podczepienia do 'Let's
                dance', 'Tonight' czy 'Scary Monstres'. Gdyby nie nalepka to mozna by
                przypuszczac, ze to zupelnie z innej polki smile.

                Tak wiec, moze sprobujesz raz jeszcze?
                pzdrw

                soso

    • Gość: olo Re: Dawid Bovie - najlepsze CD waszym zdaniem IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 23.02.02, 19:30
      trafił mi się klubowy CD z koncertów DB z lat 1996-1997. Czad i pełne
      szaleństwo, zwłaszcza w takich kawałkach jak LITTLE WONDER, PALLAS ATHENA,czy
      THE HEARTS FILTHY LESSON.
    • Gość: kim liu Re: Dawid Bovie - najlepsze CD waszym zdaniem IP: *.zipnet.com.pl 26.02.02, 11:39
      Najlepsza jast outside
      • Gość: mb Re: Dawid Bovie - najlepsze CD waszym zdaniem IP: *.kato.gazeta.pl 28.02.02, 12:24
        OUTSIDE
Inne wątki na temat:
Pełna wersja