Gość: aimarek
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
16.10.03, 00:37
Powiedzmy to sobie otwarcie - Wrensów można pokochać, nawet nie znając ich
muzyki. Wystarcza ich biografia. Ci czterej przyjaciele, zamieszkujący
przedmieścia New Jersey, odrzucili zakusy wielkich labeli po sukcesie
wydanego w 1996 roku albumu "Secaucus". Mieli wtedy świat u stóp, ale wybrali
własną, jak się miało okazać, ciężką, kamienistą drogę. Outsiderzy z wyboru.
Przez następne lata niemal zupełnie odeszli w zapomnienie. Ten stał się
alkoholikiem, tego rzuciła kobieta, temu umarł ktoś bliski, a tamtego wylali
z roboty. Proza życia. I właśnie o tym jest ta płyta. Pracowali nad nią przez
dłuuuugie cztery lata...
Wrens nie mają aspiracji, żeby ratować wszechświat, ale i tak są dla mnie
bohaterami. Ktoś mnie wyśmieje, że wpadam w takie hemingłejowskie tony, ale
tych trzynaście smutnych piosenek chwyciło mnie tak jak nic od bardzo dawna.
Na tej płycie nie ma ściemy. Nie ma tu ani miligrama wazeliny. Zero
pozerstwa. Są za to szczere, chwilami wręcz ekshibicjonistyczne (ale
spokojnie, nie biegają tu żadne golasy) wyznania steranych życiem ludzi,
którzy zdobyli się na jeszcze jeden zryw, jeszcze jeden akt woli twórczej.
Słuchajcie i jeśli Was to nie ruszy, to nawet nie ważcie się do tego
przyznać ! Ummm... :[
P.S. To co napisałem powyżej brzmi jak tekst z materiałów promocyjnych. Chyba
nie zrobiłem Wrensom najlepszej reklamy, ale olejcie to. Płytę naprawdę
TRZEBA poznać.