ilhan
21.10.03, 12:35
Relacja będzie pewnie mocno chaotyczna, więc proszę o wybaczenie z góry
Sama hala - Tempodron - znakomita, robi wrażenie, słychać wszystko idealnie,
obiekt jest bardzo ładny, same plusy, uważam. Mieści 3500 ludzi, czy coś koło
tego. Wczoraj był komplet, z tego co widziałem.
Pod sceną podczas występu gwiazdy wieczoru zapanował niewiarygodny wręcz
kocioł, nagle natarły masy szaleńców, które wcześniej kompletnie zignorowały
support. Szturm tej bandy bezmyślnych idiotów, którzy tratowali wszystko co
stało na ich drodze, spowodował że wycofaliśmy się z Madee nieco wyżej, jako
że byliśmy bardziej zainteresowani tym, co działo się na scenie i tym, co
płynęło z głośników, niż walką o przeżycie przez następne półtorej godziny. I
o ile na dole panował nieustanny młyn, to na górze było niesamowicie ospale.
Panowie i panie siedzieli na krzesełkach, popijali piwo, palili papierosy,
nie reagowali na kolejne utwory prawie wcale, nie mówiąc o śpiewaniu tekstów
czy jakimkolwiek ruchu w reakcji na muzykę, nic z tych rzeczy. Nuda, panie.
Ale wróćmy do początku. Supportem byli The Coral. Albo... jeszcze wcześniej.
Całość nagrywała MTV, a zapowiadał wszystko Ray Cokes (MTV Most Wanted!). Coś
rewelacyjnego i tak niesamowicie przyjemnie zaskakującego, że nie do wiary.
Ray zapowiedział, że teraz wystąpi pierwsza z "two fuckin' great english
bands" i na scenę wkroczyło sześciu młodych liverpoolczyków. Publika nie
znała tego zespołu. W każdym razie jej zachowanie nie wskazywało na to. My
szaleliśmy. Na początek "Bill McCai" i już po minucie pomyślałem że warto
było tyle przejechać i wydać tyle pieniędzy, żeby to zobaczyć. A potem
jeszcze m.in. "I Remember When", "Waiting For The
Heartaches", "Leizah", "Don't Think You're The First", "Skeleton
Key", "Dreaming Of You", w międzyczasie dwa nowe utwory, mocno psychodeliczne
i odjeżdżające, na koniec "Secret Kiss" i znów coś nowego, gdzie na końcu tak
maksymalnie zwariowali, że myślałem przez chwilę że jestem na koncercie The
Jesus and Mary Chain. Kapitalny występ, poza tym że zabrakło dwóch
absolutnych pewniaków - "Pass It On" i "Goodbye" na koniec. James Skelly to
jest niesamowity gość, naprawdę, tańczy z mikrofonem jak Ian Brown, zaręczam,
nie wiem skąd mu się to wzięło, ale jest to niezwykłe, i niezwykle śmieszne.
Ogólnie ich koncert był, jak dla mnie (bo nie dla wszystkich), porywający,
brakowało mi słów, odbierało mi oddech, mnóstwo niezwykłych przeżyć. Brawo.
Ci gówniarze mają po 21 lat, posłuchajcie jak oni grają (na żywo wcale nie
gorzej!). Wielki potencjał. To jest wyjątkowy zespół. A być może i można
nazwać go wielkim. Nie wiem, może. Niektórzy się skrzywią na te słowa, ale ja
wiem swoje
A potem BLUR. Znów zapowiedź Raya Cokesa. Wkroczyli na scenę i Damon Albarn
zaczął swój show który trwał przez następne... dwie godziny chyba, czy coś
koło tego. Przechadza się niby niewinnie po scenie, drapie po głowie, jakby
zupełnie nie wiedział o co chodzi - a cała żeńska część Tempodromu
zgromadzona w okolicach sceny piszczy, wreszczy, jęczy, mdleje prawie. Ech,
cwaniak z niego lepszy

Zaczęli od "Ambulance", jedno z najlepszych na
świetnym "Think Tank". Wersje tych niespecjalnie przecież gitarowych utworów
z ostatniej płyty były akurat tutaj naprawdę ostre i hałaśliwe. Bez Coxona of
course, ale Simon Tong (ex-The Verve) radził sobie w porządku. I wspierał go
Damon. Nie wiem czy więcej grał na gitarze czy leżał z nią na ziemi. Ale
widowisko było przednie. Wrócę do setlisty - potem było "Beetlebum" (bez
Grahama, ale wyszło kapitalnie!). A następnie nadciągnął wspomniany wyżej
dziki tłum na "Girls and Boys", staraliśmy się przeżyć, ale generalnie
zwyciężyła chęć obejrzenia i wysłuchania koncertu, a nie ciągłe obawy o to
czy ktoś zaraz nie wybije mi zęba albo nie złamie nosa. "Badhead" był jak
zwykle przepiękny. Dalej już niespecjalnie pamiętam kolejność. Niedługo potem
bylo "Good Song" i chyba "Gene by Gene", cudowne i magiczne "Out Of
Time". "Tender", oczywiście kapitalnie, Alex z kontrabasem i w ogóle,
aczkolwiek szkoda wielka że Niemcy nie skumali, że po właściwym odegraniu
piosenki zespół sugeruje jeszcze odśpiewanie "oh my baby" itd. a capella. I
to wyszło marnie. Tym bardziej że większość nie była w stanie rytmicznie
zaklaskać. Ech... Pierwszym kulminacyjnym momentem była "trylogia": "Song
2", "To The End" i "End Of A Century". Zapomniałem o bożym świecie,
szaleństwo, zdzieranie gardła, wszystko po kolei. Nie wiem jak ci ludzie
naokoło nas mogli sobie spokojnie siedzieć i popijać piwo z kamienną twarzą
podczas gdy Damon wyśpiewywał "end of a century, ooooooh, it's nothing
special, ooooooh". No przecież to było tak nieprawdopodobnie maksymalnie
porywające, że coś takie to naprawdę niewiarygodna sprawa. Nie rozumiem tych
Niemców, im chyba za dobrze jest z tymi koncertami i całą resztą.
Nadeszło "Battery In Your Leg" i przyznam, że rozkleiłem się jak nigdy
wcześniej ani nigdy później tego wieczora. Szczęka opadła mi rekordowo nisko,
w oczach zrobiło się mokro, nie wiedziałem już coś się dzieje. Dobiło
mnie "The Universal", kolejny z listy. Jedyny z "Great Escape" numer, ale
jaki i jak zagrany i jak to wszystko zabrzmiało... To był chyba koniec tej
właściwej części, a może nie, nie pamiętam już, setlisty poszukam później
(swoją drogą tą właściwą kartkę z zapisem utworów zdobyła koleżanka Caramel
<pozdr.> która uczestniczyła w naszej wycieczce, nie wiadomo czy bardziej
gratulować czy zazdrościć...

).
Bisów było pięć. Najpierw "For Tomorrow", dużo la la la, śpiewania, radości.
Uwielbiam ten utwór. I wypadł świetnie. "Strange News", z płyty "Blur", był
jedynym fragmentem którego nie rozpoznałem, kiepsko znam ten album, a tej
piosenki zespół nie wykonywał wiele lat, wznowił ją na poprzednim koncercie w
Amsterdamie. No i fajnie. "On The Way To The Club" połączone z dziwną krótką
wersją "Me White Noise", ba, przechodzące w nią! Wszystko bardzo hałaśliwe i
gitarowe, a przecież normalnie nie da się tego powiedzieć o tych utworach. No
i finał. Wielki, wielki finał. Najpierw minuta szaleństwa w "We've Got A File
On You". A potem "This Is A Low", tradycyjnie zamykający. Dotarło do mnie że
Blur to naprawdę jest jeden z największych zespołów świata w tej chwili i że
właśnie byłem świadkiem czegoś nadzwyczajnego. Byłem w tym roku na dwóch
wielkich koncertach - na tym i na R.E.M., ale nie potrafię powiedzieć który
zrobił na mnie większe wrażenie. To jest chyba jeden z nielicznych rankingów
jakich nie jestem w stanie ułożyć

Oba były niezwykłe.
Mam nadzieję że wkrótce MTV zrobi użytek z tych taśm i pokaże jak najwięcej z
tego absolutnie magicznego wieczoru. Wówczas gorąco polecam obejrzenie tego
wydarzenia.
Ufff... Pozdrawiam