m2w7
26.01.09, 15:06
Byliśmy z rodziną i znajomymi na kinowej transmisji opery "Orfeusz i Eurydyka"
Glucka. Nie jest to moja ulubiona opera, z pobieżnej jej znajomości wynikało,
że długo czekać będę na ulubiona arię. Ale nic to. Zebrane wcześniej
informacje mówiły o nowatorskiej choreografii i kostiumach, że w ogóle ach!
Ale może recenzenci popadli w zachwyt bo tak wypada? Co da się wymyśleć
nowego? No i nareszczie początek. Wprowadzenie dyrygenta (Levine'a), potem
choreografa rozbudzają zainteresowanie. W trakcie uwertury obserwujemy
dyrygenta- rozradowany, podśpiewujący pod nosem a nie skała bez mimiki (jak
np. Solti w "Traviacie" z Gheorghiu). I widzimy scenę- członkowie baletu,
ubrani jak przechodnie na ulicy, chór, którego każdy
członek ubrany inaczej (postaci z różnych epok historycznych, Indianin,
kosmonauta). Zabawny Amor- pani w różowej bluzeczce, rybaczkach i trampkach
(ale z doczepionymi skrzydłami), piękna Eurydyka ubrana w suknie balową czy
też ślubną, Orfeusz (grany przez mezzosopranistkę Stephanie Blythe), ubrany na
czarno, z gitarą akustyczna zamiast liry. I znakomity śpiew. Oklaski-
zasłużone, owacja na stojąco- też. Znakomite wykonanie, znakomity wieczór. Z
niecierpliwością czekamy na kolejne transmisje.