jasiek666
26.11.03, 09:24
Co powstanie z połączenia flaków z olejem oraz przesłodzonych landrynek ?
Odpowiedź nasuwa się sama: zjawisko medyczne występujące pod nazwą torsji
bądź wymiotów. Okazuje się jednak, ze na to pytanie istnieje tez i inna
odpowiedź: płyta „A Natural disaster” zespołu Anathema. Bo zaiste wydaje się,
ze najnowsze dokonanie Anathemy zostało zbudowane na bazie dwóch połączonych
ze sobą elementów: przerażającej wręcz nudy i nie dającej się znieść
cukierkowatości. Tak więc i nikogo dziwic nie powinno, ze po wysłuchaniu „A
natural disaster” wspomnianej powyzej przypadlości nabawić się nietrudno.
Nie, to bynajmniej nie brak wrażliwości z mojej strony. Bo i kwestia czy i w
jakim stopniu jestem wrażliwy jest tutaj bez znaczenia. To raczej brak
jakiejkolwiek cywilnej odwagi u braci Cavanagh, odwagi, aby stwierdzić, ze
OK., nagraliśmy kilka niesamowitych płyt ale obecnie nie mamy już żadnych
ciekawych pomysłów i może już czas zakończyć działalność. Odwagi by
stwierdzić, ze kiedyś potrafiliśmy grać z werwą, z charakterem, ale
zdziadzieliśmy, kompletnie uszło z nas powietrze i nie mamy już nic do
zaoferowania. Czy tez by stwierdzić, ze kiedyś dawaliśmy porywające i
energiczne koncerty (eh, ta Metalmania 97...) ale teraz pogrywamy w jakims
akustycznym turne na którym publiczność nie powinna klaskać zbyt głośno bo to
rozprasza nas, muzyków.
Nie, ta płyta nie jest piękna. Jest prostacka, minimalistyczna i zagrana z
graniczącym wręcz z bezczelnością przekonaniem, ze możemy nagrać byle co, np.
kilka całkowicie dowolnych akordów na gitarze, nałożonych na dźwięk dowolnie
wybranych klawiszy w syntezatorze, a publika uzna to za przepiękne i
klimatyczne, tylko dlatego, ze w utworach tych nic się nie dzieje i trwają po
ładnych kilka minut.
A przechodząc do plytowych szczegółów: wiec co my tutaj mamy: „Closer”
odśpiewany głosem przesterowanym w dokładnie taki sposób, jaki możemy
usłyszeć w początkowych dźwiękach przeboju „ajem a polisz bojfriend” artysty
muńka staszczyka. „Childhood dream” na który składają się odgłosy
zarejestrowane najprawdopodobniej w osiedlowym przedszkolu w porze
leżakowania, na które ktoś nałożył chaotyczne brzdąkanie w struny, wykonane
przypuszczalnie również przez abiturientów owego przedszkola. „Are you
there?” które wydaje się pytaniem zadanym do słuchających owego utworu, czy
są jeszcze przy odtwarzaczach czy tez posnęli z zafascynowania najnowsza
ofertą Anathemy. „A natural disaster” w którym próby postawienia jakiejś
niewiasty za mikrofonem kończą się wokalną katastrofą właśnie. „Violence”
który z przemocą ma tyle wspólnego, co niedzielne orędzia papieża. Jedynym
utworem z całej płyty jako tako broniacym się jest „Puled under...”, z tego
prostego względu ze najbardziej przypomina dokonania Anathemy z
okresu „Alternative 4” czy tez nawet „Eternity”.
Ogólnie to choć Tiamat wydając „Prey” wysoko wyznaczył poziom zenady w tym
roku, to zdaje się, ze Anathemie ów poziom udało się, jeżeli jeszcze nie
przeskoczyć, to na pewno co najmniej wyrównac.