Gość: Lechu
IP: *.core.lanet.net.pl
06.05.06, 11:53
Niektórzy regionaliści z terenu Dolnego Śląska lansują pogląd, że II wojna
światowa spowodowała wysiedlenie z regionów podkarkonoskich po obu stronach
granicy niemieckich górali karkonoskich, przez co zanikła jakaś rzekomo
istniejąca tam góralska kultura ludowa. Nie można jednak zgodzić się z takim
przedstawieniem sprawy. Dla Niemców Śląsk przez całe wieki był zahukaną
prowincją nękaną ustawicznie przez wojny i migracje ludności, które
uniemożliwiały wytworzenie się w regioniach górskich Sudetów takich ludowych
tradycji jak na przykład u podnóża Tatr. Uniemożliwiała to niejednorodność
narodowa, duże zróżnicowanie grup etnicznych, wyznaniowych i społecznych.
W regionie karkonoskim osiedlali się m.in. czescy protestanci, Tyrolczycy i
różne grupy ludnościowe szukające spokoju i schronienia przed religijną
nietolerancją, a w późniejszych okresach po prostu pracy. Nie zawsze ich
nadzieje w nowej "ojczyżnie" się spełniały. Ciągłe wojny przetaczające się
przez te tereny i związana z nimi budowa fortyfikacji oraz intensywny rozwój
różnorakich gałęzi przemysłu wykorzystujących bogactwa naturalne Sudetów,
działalność leczniczo-uzdrowiskowa i silne wpływy kulturowe "z zewnątrz" oraz
wiele innych czynników nie sprzyjało tworzeniu się tu odrębnej kultury
góralskiej, której w innych krajach przejawem były jednolite stroje ludowe,
muzyka, taniec, zwyczaje obrzędowe, budownictwo itp..
W pewnych okresach Polska, a zwłaszcza jej sąsiednia dzielnica - Wielkopolska
była dla mieszkańców Śląska niedoścignioną oazą spokoju, tolerancji i
dostatku. To szczególnie w okresie wojen husyckich, a później podczas wojny
30-letniej czy wojen śląskich ludność emigrowała ze Śląska i osiedlała się w
sąsiedniej Wielkopolsce. Tu zakładali wsie i nowe miasta, gdzie mogli
gospodarować na swoim, bezpiecznie wyznawać własną religię, budować własne
świątynie i odprawiać nabożeństwa. W ich miejsce na Śląsk przybywali nowi
uchodźcy, m.in. zakładając kościoły ucieczkowe, ale nie było im dane zaznać
dłużej spokoju...
Ci przybysze, którzy osiedli w Wielkopolsce, nie musieli dzielić losu takich
wyznawców jak na Śląsku, np. schwenkfeldystów, których wszystkie małżeństwa
zawarte w duchu schwenkfeldyzmu uznawano za nieważne, a także zakazano
małżeństw mieszanych z luteranami. Osoby odmawiające wykonywania zakazów były
torturowane i stawiane pod pręgierzem. Okna ich domów zabijano deskami i
szukano zakazanych książek z modlitwami i pism. Tych najbardziej opornych
karano więzieniem. Wypuszczano ich kiedy byli już załamani fizycznie i
duchowo, wysyłano ich nawet na galery. Wydano także zakaz chowania zmarłych w
święconej ziemi, czyli odmówiono pochówku w duchu chrześcijańskim co
dotychczas dotykało tylko kryminalistów i samobójców. Wywędrowali do
Saksonii, ale i tu nie zaznali zbyt długo spokoju. Ostatecznie wyemigrowali
do Ameryki Północnej...
Jak wyglądał autentyczny "góralski" folklor w najbardziej górskim regionie
Sudetów oddaje znany fragment wrażeń Mieczysława Orłowicza z jego wycieczki w
Karkonosze na początku XX w.:
"Myliłby się ten, kto idąc w Karkonosze spodziewał się, że zazna tu spokoju.
Bynajmniej. Były to góry najbardziej hałaśliwe, jakie widziałem w życiu.
(...) Zanim doszło się do schroniska ukrytego przeważnie w lesie, dodawały
ducha do dalszego marszu napisy w rodzaju: "jeszcze 10 minut do najbliższego
pilznera" - jeśli działo się to po stronie austriackiej - i
odwrotnie: "jeszcze 10 minut do najbliższego piwa bawarskiego", o ile
chodziło o stronę niemiecką. (...) Połowa Niemców przychodziła tu na całe
niedziele, żeby wykrzyczeć się do spuchnięcia gardła, wypić po kilkanaście
halb piwa, o ile możliwości prosto z lodowni i zjeść po kilka par parówek,
albo po kilka porcji gulaszu. Niewielki procent Niemców, chcąc zaimponować
przechodniom mijanym na trasie wycieczki swoim obyciem z górami, wdziewał na
niedzielne wędrówki kostiumy tyrolskie, które tygodniami chowane były w
szafie jako przeznaczone do wdziewania na bale kostiumowe czy maskowe w
Berlinie lub Dreźnie. Ludzie szanujący obyczaje górali w sposobie noszenia
tego ubioru, który zostawiał dużą lukę między krótkimi skórzanymi spodenkami
a wełnianymi sztylpami na łydkach, odsłaniając nagie kolana. Część wszakże
nie mogła znieść nagości prawdopodobnie ze względu na ochronę kolan, które
lada wiaterek narażał na reumatyzm i wciągała na kolana kalesony, stające się
z każdą godziną bardziej brudne, tak że pod koniec dnia robiły wrażenie
bardzo nieestetyczne. Owe brudne kalesony stały się niemal symbolem
berlińczyka w tyrolskim kostiumie w Karkonoszach". M. Orłowicz: "Moje
wspomnienia turystyczne", Ossolineum Wrocław 1970, str. 520-521.
Tak więc twierdzenie, że kłamstwem jest jakakolwiek mowa o polskich góralach
karkonoskich jest o tyle prawdziwe, że takim samym kłamstwem jest twierdzenie
o istnieniu jakichś niemieckich górali karkonoskich. Ci niemieccy "górale" w
obcych tu strojach bawarskich przed 1945 r. byli tak samo wyrazem obcego
elementu kulturowego, jak polscy górale w kapeluszach z muszelkami i
spodniach z parzenicą, fotografujący się w Karpaczu z przyjeżdżającymi tu po
1945 r. polskimi kuracjuszami. Polska ludność zamieszkująca obecnie Sudety to
w znakomitej większości potomkowie przesiedleńców po II wojnie światowej. Ta
ludność jest wypadkową podobnej zbieraniny emigrantów z różnych stron, tak
jak większość mieszkańców tych ziem przed wojną.
Faktem jest, że do 1945 r. były to ziemie zamieszkałe głównie przez Niemców i
Czechów, ale kiedy ktoś twierdzi o istnieniu rzekomych górali karkonoskich,
to przecież mówiąc o składzie ludnościowym regionu nie można pominąć
przedstawionego wyżej zarysu historii dużych ruchów migracyjnych ludności i
znacznego udziału w tym składzie m.in. Serbołużyczan, Żydów i innych
narodowości.
Przykładowo w budownictwie XIX i XX wiecznym, a więc na długo przed 1945 r.
dominowała na tym terenie mieszanina różnych stylów jak łużycki, tyrolski,
norwesko-szwajcarski, niemiecki uzdrowiskowy, secesja, eklektyzm itd. Użycie
dla niektórych obiektów z tej mieszaniny terminu "styl sudecki" razi po
prostu sztucznością. Bo przecież już od przełomu XVIII i XIX w. Europa
oszalała na punkcie turystyki i romantycznego krajobrazu, a Karkonosze
nadawały się do tego wprost znakomicie. Dlatego u podnóża tych gór
powstawały "jak grzyby po deszczu" letnie rezydencje rodów magnackich z całej
niemal Europy. Zjeżdżała do Kotliny Jeleniogórskiej pruska arystokracja wraz
z dworem królewskim na czele. Pod Karkonoszami budowano różne zespoły
pałacowo czy zamkowo-parkowe z amfiteatrami, sztucznymi ruinami itp. Czy to
miało coś wspólnego z góralszczyzną? Odpowiem: zdecydowanie nie!
Na początku XIX wieku zaczęto w górach budować schroniska, które też nie
miały zupełnie nic wspólnego z jakimś rzekomo rodzimym stylem góralskim, jak
np. obecna "Szwajcarka" w Rudawach Janowickich czy nie istniejące już Prinz
Heinrich Baude nad Wielkim Stawem. To nie miało absolutnie nic wspólnego z
autentyczną góralszczyzną.
Również w budownictwie sakralnym regionu nie da się wskazać wyraźnych cech
jakiejś typowo karkonoskiej góralszczyzny. Jeden z unikalnych w regionie
drewnianych kościołów to "Wang" przeniesiony z Norwegii, reprezentujący styl
skandynawski, inne kościoły to murowane: m.in. gotyk, barok, eklektyzm itp.,
a więc style ogólnie panujące w Europie.
pttpoz.republika.pl/kostel.jpg
Fotografia przedstawia barokowy kościółek w Dolní Malé Úpě, wybudowany dla
miejscowych osadników z wydanego w 1779 r. polecenia cesarza austriackiego i
króla czeskiego Józefa II. Przy kościele zachował się jeden z najładniejszych
kompleksów architektury górskiej (styl austriacki) w Karkonoszach oraz
zabytkowy cmentarz ze współczesnymi i starymi grobami oraz grobowcem z XIX