Dodaj do ulubionych

Nie uszlachetnia...

24.04.10, 10:35
Ksiądz Tischner,niedługo przed śmiercią powiedzał o cierpieniu:
"Nie uszlachetnia.To miłość zbawia, nie cierpienie. Miłość
zbawia pomimo cierpienia."

Obserwuję siebie samą w tym procesie żałoby i tak jak na samym
początku uważałam,że cierpienie nie uszlachetnia,tak teraz rok i
prawie miesiąc później,nadal twierdzę,że NIE USZLACHETNIA.Wręcz
przeciwnie.Widziłam,co cierpienie uczyniło z moim ukochanym
mężczyzną-doprowadzając Go w końcu do śmierci.Widzę,co robi ze
mną.Nie jestem lepsza.Nie jestem wrażliwsza.Nie jestem bardziej
współczująca.Nic z tego.Skamieniałam,zobojętniałam,zrobiłam się
zimna i oschła.Ból innych o tyle mnie obchodzi,że gdy widzę że inni
też cierpią, czuję się mniej osamotniona we własnej rozpaczy.Stałam
się egocentryczką,choc nigdy nią nie byłam-teraz ja i moja rozpacz
to centrum Wszechświata.Mam czasem potrzebę wszystko wydrwic.Wyśmiac
wszelkie wartości złym,pogardliwym śmiechem.Stałam się
cyniczna.Toksyczna.Spaliłam się na popiół w tym cierpieniu i każdy
kto podejdzie za blisko ubrudzi sobie ręce popiołem.



Obserwuj wątek
    • agawyzga Re: Nie uszlachetnia... 24.04.10, 11:28
      Droga Tilo wyobraź sobie,ze ja po pół roku od śmierci córki czuje się coraz
      gorzej i mam bardzo podobne odczucia do Ciebie...myślałam,że czas leczy rany a
      to nie prawda...jak czytam twój wpis, to jak bym słyszała moje myśli,żale i
      wyrzuty...zrobiłam się zupełnie nie czuła na innych...a mój dramat tak mnie
      pogrąża że wciąż chce mi się wyć na ten cały podły świat.No bo gdzie ten
      piękny i cudowny świat skoro nie ma w nim mojej młodej pięknej chcącej tak
      bardzo żyć 19-letniej Madzi...??? No gdzie mam szukać tego piękna...?
      Agnieszka-mama Madzi
      • dorrita79 Re: Nie uszlachetnia... 24.04.10, 12:26
        Dla mnie pół roku czy rok, to wcale nie jest długo okres od śmierci bliskiej
        osoby. Ja dopiero po roku od tragedii zaczęłam się tak naprawdę pogrążać w bólu,
        cierpieniu, tęsknocie, poczuciu bezsensu życia. Też stałam się egoistką i
        egocentryczką zapatrzoną w siebie i swoje cierpienie. Musiałam dosięgnąć dna,
        swojego dna, swojej niechęci do życia, bólu istnienia, wewnętrznego krzyku
        rozpaczy i braku nadziei by się odbić zacząć się podnosić.Mój proces podnoszenia
        rozpoczął się po 2 latach od tragedii. Bardzo powoli, małymi kroczkami.....po to
        bym teraz mogła stać twardo na ziemi.
        Dlatego rozumiem Was bardzo dobrze. Niestety jest to długi proces. Wielu z nas
        brakuje cierpliwości, bo chcielibyśmy by JUŻ było lepiej, a tu nie da się.
        Wszystko ma swoje miejsce i czas; i ból, smutek, cierpienie, rozgoryczenie.... i
        nadzieja, wiara w lepsze jutro. Nie da się przeskoczyć tego trudnego czasu. Ale
        można wyjść na prostą (jestem tego przykładem)....choć ta prosta już nie będzie
        taka jak przed śmiercią bliskiej osoby, za to będzie inna (co nie znaczy gorsza).

        Absolutnie nie czuję się uszlachetniona, bo wiele wad charakteru ujrzało światło
        dzienne po tragedii: egoizm, egocentryzm, zazdrość, zawiść (wcześniej zupełnie
        obce mi uczucie), pycha, obojętność na innych zawładnęły mną całkowicie. Teraz
        muszę wkładać w to wiele własnej pracy nad sobą, aby wszystko powróciło do
        równowagi. Ale wiem, że da się.

        Przytulam mocno
        Dora
        www.pomocpostracie.pl
        • agawyzga Re: Nie uszlachetnia... 24.04.10, 12:38
          Dorotko wiesz co jest w w tym najtrudniejsze? że w pracy wymagają ode mnie,ze przecież już czas na "normalność" jak ktoś mi powiedział... przecież opadły już emocje....co najmniej jakbym miała katar ,który już powinien się skończyć....teraz wiem jak bardzo dopadła mnie samotność w moim otoczeniu gdzie jestem,ludzie nie tyle że mnie nie rozumieją ale najgorsze ,ze nawet nie próbują a ja nie umiem się już odnaleźć wśród tych co cieszą się z życia i maja problemy z których tylko śmiać mi się chce..
          a ten cholerny czas zamiast na lepsze to na gorsze...
          Agnieszka-mama Madzi
          • mala_1984 Re: Nie uszlachetnia... 24.04.10, 12:55
            Pani Agnieszko... pół roku to przecież tak niewiele. To tak naprawdę bardzo mało
            czasu aby odczuć ulgę po stracie ukochanej osoby. Ja przyjełam strategię nie
            myślenia, wmawiania, że jest dobrze. Zapewne jest to zła metoda, bo działa tylko
            doraźnie, na chwilę, ale dla mnie innego wyjścia nie ma. Pewnie dlatego czasem
            mam takie dni, gdy to do mnie wszystko wraca i czuję się jakbym była chora
            psychicznie! Płaczę i użalam się wtedy nad sobą niesamowicie. W tym tygodniu
            codziennie śniła mi się mama, CODZIENNIE. Była chora... Mimo, że bolało jak się
            budziłam, to jednak chcę aby przychodziła w snach, bo to nasz jedyny kontakt...
            Otoczenie niestety nie zrozumie tego bólu. Mówią o normalności z troski, chcą
            pomóc nie zdają sobie sprawy, że takie słowa tylko ranią... Każdy z nas ma
            większe i mniejsze problemy. Chociaż tak jak Tilia napisała jak widzimy, że inni
            cierpią to czujemy się mniej osamotnieni we własnym cierpieniu... Coś w tym
            jest. Bo słowa "Rozumiem co czujesz" z ust kogoś kto nie przeżył straty
            ukochanej osoby tylko drażnią. Ostatnio koleżanka aby mnie pocieszyć powiedziała
            "Jesteś już dużą dziewczynką musisz się otrząsnąć..." Chciała dobrze, a wyszło,
            że poczułam się jak najmniejszy człowiek świata i totalnie zagubiona istota.
          • tilia7 Re: Nie uszlachetnia... 24.04.10, 17:10
            Droga Ago,nikt nas tak naprawdę nie zrozumie w tym bólu.Taka kultura dziwna
            jakaś,że nie ma w niej miejsca na żałobę i ból.No chyba,że media mogą na tym
            krocie zarobić,to wtedy się ogłasza,że wszyscy mamy cierpieć przez
            tydzień,obowiązkowo.Ale nawet w czasie tej żałoby narodowej zdarzało się i to
            nierzadko,że jakiś dziennikarz ze zdziwieniem mówił,że ktoś płakał mówiąc o
            bliskich.A słyszałam w Faktach nawet komentarz,że oficer się "rozkleił".Płacz
            jest be,smutek jest be.Mamy być wszyscy szczupli,szczęśliwi i młodzi,na grypę
            wziąć grypeks,na stres tabletki ziołowe i udawać,że życie jest piękne.Nie wiem
            jak sobie z tym radzić i gdzie znaleźć swoje smutne,ale przyjazne człowiekowi
            miejsce,w tym świecie.
            • annubis74 Re: Nie uszlachetnia... 25.04.10, 19:42
              Ago, Tilio, a ja wcale nie wymagam by ktoś zrozumiał mój ból w takim
              sensie by doznał podobnej straty. Nie wymagam by mówił
              mi : "rozumiem" bo takie słowa zazwyczaj drażnią. Ale chcę by nie
              mówił mi że już czas zdjac czerń, ze powinnam zgłosić się do lekarza
              i wziąć pigułki na poprawę nastroju. Że powinnam cieszyc się
              wiosna... chcę tylko by ktoś uszanował i zrozumiał mój ból. A jeśli
              go na to stać dał mi szansę wygadać się na jedyny bliski mi temat i
              wypłakać się. Miałam nadzieję ze może ta tragedia pod Smoleńskiem
              wstrząsnie ludźmi nie "narodowo" ale właśnie indywidualnie, że
              dostrzega fakt, że ktoś obok nich traci mamę, ojca, męża, żone,
              brata, siostrę, dziecko lub kogoś innego równie bliskiego
              ale tak naprawdę to był wielki narodowy festyn załoby, siedem dni
              chlipania do kamery, najbardziej zbrzydziła mnie Monika Olejnik
              która roniła łzy dwa dni z rzędu. Licytowanie sie kto jest lepszym
              POlakiem, co dobry Polak robić powinien (wg załozenia moich
              studentów przez 7 dni żałoby nie powinien pracować ani studiować,
              tylko płakać - albo wykorzystać czas na wizytę w Galerii Handlowej -
              wiem, to cyniczne, ale mnie też cierpienie nie uszlachetniło. Nie
              mogę też już słuchać bełkotu, ze śmierć jest po coś, ma nam
              przynieść coś dobrego. W moim przypadku śmierć Mamy zaowocowała
              oddalaniem się od siebe (wśród moich najblizszych), moim zapadaniem
              sie w sobie a w rezulatacie kiepskim klimatem mojego małżeństwa.
              Podobnie jak napisała to Tilia, mam ochotę wszystko wykpić,
              wyszydzić, wydrwić. Wykrzyczeć ludziom: G*** wiecie, wy wszyscy z
              waszymi malutkimi g**** sprawkami, duperelami, miniproblemikami, wy
              którzy macie ten komfort że możecie cieszyć się życiem a nie
              rozważać kwestie sensu śmierci, cierpienia na własnej skórze
              • mocnakrysia Re: Nie uszlachetnia... 26.04.10, 16:10
                Każdy czy wcześniej czy póżniej doświadczy cierpienia na własnej skórze i
                zastanowi się nad sensem życia i śmierci. To nie minie nikogo.A że ludzie nas w
                żałobie się boją i unikają , osobiście kilka razy tego doświadczyłam. Nawet od
                własnych dzieci.Mnie również to cierpienie w żaden sposób nie uszlachetnia.
        • tilia7 Re: Nie uszlachetnia... 24.04.10, 12:50
          Ja szczerze mówiąc nie zaliczam się do osób,które chcą,żeby JUŻ było
          lepiej.Wręcz przeciwnie,muszę się zmuszac,żeby robic cokolwiek w tym
          kierunku bo najchętniej całkowicie bym się w tej rozpaczy
          pogrążyła.Przez rok ból był jedyną treścią mojego życia i nie umiem
          go tak po prostu puścic i zając się czymś innym.Czasem mój organizm
          nie wytrzymuje tego i nokautuje całkiem,nie czuję wtedy
          nic,zupełnie.I źle mi z tym wtedy bo mi tego bólu brakuje.
          a jednoczesnie widzę,tak jak napisałam jakie spustoszenie to
          cierpienie zrobiło w moim życiu.

          Zgadzam się,że do równowagi długa droga przede mną.Ale też pewne
          rzeczy są już nie do naprawienia i nie wrócą już na swoje miejsce.To
          cierpienie zmieniło mnie i zmienia.I po prostu chciałam napisac,że w
          cierpieniu nie ma nic dobrego.NIC.
          • agawyzga Re: Nie uszlachetnia... 24.04.10, 17:52
            Niestety Tilo ale masz racje, na tym świecie mało jest zrozumienia, mnie czasem się wydaje,ze znajduje się wśród ludzi jak z kosmosu i nie mogę znaleźć już swojego miejsca,błądzę każdego dnia jak we mgle i szukam ukojenia ale ono nie przychodzi,przychodzi za to codziennie świt,który sprawia że chciałabym się już rano nie obudzić, ale budzę się co rano i choć dobrze wiem,że Madzia by nie chciała takich moich myśli i takiego smutku, ale to jest silniejsze ode mnie....Tilo jak bardzo cie rozumiem, jesteśmy chyba na tym samym etapie żałoby...i chyba nam daleko do spokoju...
            Pozdrawiam cie gorąco
            Agnieszka-mama Madzi
            • tilia7 Re: Nie uszlachetnia... 25.04.10, 11:58
              Tak Ago,do spokoju daleko.Moja psycholog stwierdziła dwa dni temu,że ja dopiero
              teraz -za kilka dni będzie rok i miesiąc - wchodzę w "normalne" etapy żałoby.Że
              to co przezywałam przez ten rok,to był tak intensywny ból,taki amok,że tak
              naprawdę te etapy nie miały jak zaistnieć.I ja się z nią zupełnie zgadzam.
              Mam takie samo uczucie jak Ty-codziennie rano budzę się i pierwsza rzecz jaką
              czuję to rozczarowanie,że znowu się obudziłam,druga to niechęć,że skoro się
              obudziłam to trzeba żyć,trzecia-pełni funkcję pocieszenia - wieczorem znowu
              będzie można się położyć.Niezależnie od tego co faktycznie robię,na pytanie :"co
              robisz?" mogłabym niezmienni odpowiadać to samo:"zabijam czas".
              Również przytulam Cię bardzo mocno
              • bie-tka Re: Nie uszlachetnia... 25.04.10, 14:42
                Tak bardzo jestem z Wami Tilio, Ago... u mnie mineło 443 dni czyli
                rok , 2 miesiace i 20 dni, i ja codziennie budzę sie ze zdziwieniem
                ze żyję, że świeci słońce, że ludzie chodza sobie zadowoleni,
                szczęsliwi, ech... A muszę być "twarda" bo córka zdaje maturę w
                maju. Wspieram ją jak tylko mogę ale jest cięzko , bardzo ciężko.
                Powiedzcie jak u Was z pracą, bo ja nie mam siły pracować cały czas
                mam pod górkę,żyję w innym świecie praca to dla mnie zło konieczne.
                Pozdrawiam i ściskam Was mocno. Ela- mama Adasia.
                • annmaria Re: Nie uszlachetnia... 25.04.10, 20:31
                  Moge napisac ze jestem tu stara. Tu na forum bo trzy lata zaraz. Nie
                  czuje sie uszlachetniona bol byl i jest i pewnie bedzie. Zawsze i do
                  konca do dnia kiedy sie spotkamy. Jednego smierc Ojca mnie nauczyla
                  zeby doceniac kazdy dzien z bliskimi i go glaskac i serce dawac zeby
                  dostrzegac i byc po prostu byc. Smierc Ojca uswiadomila mi co wazne
                  a co zbedne i dzieki nej przez nia wiem co prawdziwy bol i rozpacz.
                  Wiem tez co liczy sie sie w zyciu kolejna lekcja od Taty. Niestety
                  ostatnia. A

                  Dni za dniami mijają przyspieszając wciaz biegu...aż się urwą...Za
                  marzeniem nadąrzyć nie mogą...A pytanie odwieczne CO na tamtym jest
                  brzegu? Pali usta i ludziom i Bogom...
                  • tilia7 Re: Nie uszlachetnia... 25.04.10, 22:01
                    A ja to wiedziałam już wcześniej.Wiedziałam co ważne,wiedziałam,że trzeba
                    okazywać miłość bliskim póki są i póki my jesteśmy.Mnie uszlachetniło i
                    uwrażliwiło szczęście.Teraz,w bólu,ciężki wkładam wysiłek w to,żeby o tym
                    wszystkim nie zapomnieć:(
                    • annmaria Re: Nie uszlachetnia... 25.04.10, 23:58
                      Tillio!
                      Ja tez wiedzialam ze milosc trzeba okazywac i wierz mi robilam to. O
                      czym innym pisze. Jestem mysle dobrym czlowiekiem i kocham calym
                      sercem moich bliskich. Pisze o tym ze inny swiat mi sie ukazal inne
                      priorytety kiedy siedzialam dwa dni oko w oko ze smiercia i
                      odganialam ja reka. I nie odgonilam.



                      Dni za dniami mijają przyspieszając wciaz biegu...aż się urwą...Za
                      marzeniem nadąrzyć nie mogą...A pytanie odwieczne CO na tamtym jest
                      brzegu? Pali usta i ludziom i Bogom...
                • tilia7 Re: Nie uszlachetnia... 25.04.10, 22:11
                  Elu,dla mnie obecnie każde działanie jest złem koniecznym.To co czuję,że
                  chciałabym robić,to stać nad grobem i patrzeć w płonący ogień.Reszta mi tylko
                  przeszkadza.Z drugiej strony fakt,że odpowiadam za swoją jednoosobową firmę na
                  pewno jakoś mnie mobilizuje,wbrew mnie samej zresztą.Ale też dzięki temu,że sama
                  sobie jestem szefem i pracownikiem,nie muszę się chociaż ze swoim bólem szarpać
                  między ludźmi.Ale nie chce mi się nic i czasem naprawdę nie mam siły nawet wstać
                  z łóżka.A życie w "innym świecie" to już norma.Inni mnie widzą,ale mnie tu tak
                  naprawdę nie ma.I wszystkie przyziemne sprawy rozpraszają mnie,denerwują i
                  okropnie męczą.Wykonuje czynności automatycznie,to co jest codziennie
                  powtarzalne jakoś mi idzie,ale każdy drobiazg spoza tego rytmu urasta czasem do
                  rangi problemu nie do ogarnięcia,mimo,że w istocie jest banalny i można go
                  odhaczyć w 5 minut.
                  Uściski ciepłe
    • margolka-and-more Re: Nie uszlachetnia... 25.04.10, 23:45
      A mi teraz żal wszystkich... Patrzę na pochylone łebki w mojej
      klasie, te wciąż wierzące, że wszystko jest dla nich osiągalne i te
      wykrzykujące, że pieprzą taki świat i myślę sobie, jaki ogrom
      cierpienia przed nimi wszystkimi... Cierpienia, które wszystko
      wyrówna, wszystko uczyni mniej ważnym... I nie da się przed tym
      uciec, jak zechce - dopadnie. Koniec świata mnie dopadł w wakacje,
      chciałam, żeby jak najprędzej się skończyły - żeby stanąć choć obok
      świata, w którym największym dramatem jest "bo mi się zepsuła
      prostownica!". Obok świata naiwnego i prostego, gdzie się jeszcze nie
      wie... nic.
      • tilia7 Re: Nie uszlachetnia... 26.04.10, 12:39
        Nie tyle powiedział-co napisał.Nie mógł już mówic,chory na raka
        krtani i w ostatnich swoich dniach porozumiewał się z bliskimi
        pisząc na karteczkach.W jego biografii przeczytałam,że krótko przed
        smiercią podał taką kartkę przyjacielowi-nie wiem komu dokładnie.Na
        kartce były tylko dwa słowa:"Nie uszlachetnia".

        www3.uj.edu.pl/alma/alma/72/01/11.html a to link do strony
        Uniwersytetu Jagiellońskiego,na którym odbyła się dyskusja na ten
        temat.To jako potwierdzenie,że cytatu nie wymyśliłam;)
      • 198-3mk Re: Nie uszlachetnia... 26.04.10, 12:43
        Witam Wszystkich...
        Przeczytałam wszystkie wpisy w tym wątku. Powstrzymywałam się od
        opisania swojego doswiadczenia na temat, czy cierpienie
        uszlachetnia...? Pomimo tego, iż zdaję sobie sprawę z tego, że bedę
        krytycznie oceniona, to ręka aż mnie świerzbi aby napisać.
        Zastanawiam się nad tym, o czym myślicie, mówiąc że was cierpienie
        nie uszlachetniło... Bo w tym cały naszym bólu, zagubieniu,
        beznadziei, nie chodzi chyba o to, aby nagle nad Naszymi głowami
        unosiła się aureola... Nie chodzi o to abysmy unosili się nad
        ziemią...
        W tym roku, w listopadzie minie pięć lat, od kiedy straciłam swojego
        22-letniego syna, po ciężkiej 10-miesięcznej, walce z nowotworem.
        To tak dla przypomnienia.
        Ja z pełną swiadomością, czystym sumieniem, piszę dzisiaj,cierpienie
        mojego syna i moje, zrobiło z nas innych ludzi... Lepszych...
        Wrażliwszych... Otwartych... Odważniejszych... POKORNIEJSZYCH...
        Proszę nie odebrać tego, że stałam się osobą świetą bo daleko mi do
        tego, a i z kościołem jestem teraz na bakier. Z Bogiem nie! Tylko z
        kościołem.
        Marcin, jak to 22 latek, świat należał do Niego... Leżał u jego
        stóp. Wszystko mozna było zaplanować. A przede wszystkim, zawojować
        świat... Choroba spadła jak grom z jasnego nieba, i nagle dotarło do
        Jego świadomości że nie wszystko jest zależne od nas... Nie wszystko
        musi być po naszej myśli. Nie będę opisywać co wtedy czuliśmy, bo
        nie to chcę Wam przekazać. Marcin, w ciągu jednego miesiąca, stał
        się całkiem innym człowiekiem. Zpoważniał, wyciszył się, nabrał
        pokory... Tak. Pokory wobec nieprzewidywalności, jakie niesie
        zycie... Stał się bardzo odpowiedzialny. Mnie powiedział tak;"
        Mamuś, wiem że jest to rak złośliwy, teraz się leczę , i nie
        rozmawiajmy o tym...; To było Jego zyczenie. Cały okres choroby
        byłam z nim, ale o takie sprawy jak recepty, zażywanie leków,
        terminy wizyt w szpitalu, wszystko wzioł na siebie. Prawie się nie
        skarżył... Nigdy mnie nie zapytał dlaczego to On jest chory...
        Kiedy choroba mocno postępowała, zaczoł się ze mną modlić. Każdego
        dnia odmawialiśmy Koronkę do Bożego Miłosierdzia, kiedy byłam zajęta
        w kuchni, a zbliżała się godzina 15-ta, to przypominał mi o
        modlitwie. Większość czasu spedzlismy we dwoje, bo Marcin tak
        chciał... Ostatnie 14 dni Jego życia, to ja czuwałam przy nim w
        szpitalu. Mieliśmy osobna salę, więc bylismy sami... Pierwsze dni,
        widziałam ze się boi, zaczeliśmy rozmawiać o smierci... Każdego dnia
        przyjmował komunię świętą. Mnie nigdy nie powiedział ze nie chce
        umierać... Wręcz prosił już o śmierć... Wiedział że nie wygra z
        chorobą... Był zmęczony walką, ale do końca żartował, uśmiechał się.
        Odchodził tak bardzo spokojnie... Nie wyraywał się śmierci... Nie
        szarpał się... Byliśmy przy nim całą rodziną. Tuliłam Go w
        ramionach, i w pewnej chwili powiedziałam; synu odejdź spokojnie,
        bardzo Cię Kocham ale pozwalam Ci odejść bo tam też Cię kochaja...
        Po tych słowach, po moim gorącym buziaku, mój syn tak pięknie się
        uśmiechnął i odszedł... -(-(-(
        Jego cierpienie wyzwoliło w Nim takie pokłady wiary i odwagi, które
        pozwoliły Mu godnie przejść na drugą stronę... Każdego dnia, proszę
        Boga o łaskę takiej śmierci... Oddałabym wszystko aby tylko mieć
        syna przy sobie, ale nie boję się też powiedzieć że to doświadczenie
        zrobiło z Marcina innego człowieka... Kocham Cię Synku za Wszystko!
        A co ze mną i z moim cierpieniem...? CDN... Beata-mama Marcina.
        • 198-3mk Re: Nie uszlachetnia... 26.04.10, 15:21

          Witam ponownie... Jeśli macie dosyć moich wywodów, nie czytajcie-)

          Cierpienie i Ja...
          W chwili, kiedy dowiedziałam się jaka choroba dopadła mojego syna
          Marcina, świat zawalił mi się na głowe... To uczucie zna pewnie
          kazda mama z tego forum...
          Kiedy minął pierwszy szok, pierwsze przerażenie, zadałam sama sobie
          pytanie; chcesz pomóc synowi przejść tą straszną drogę...? czy
          schowasz głowę w piasek, i to tobię będą musieli pomagać...
          Oczywiście wybrałam tą pierwszą wersję. Nie było mi łatwo. Od 20-
          tego roku życia chorowałam na nerwice lękową. Okropnie bałam się
          śmierci. Nie chodziłam na pogrzeby, jeśli nie musiałam. Nie poszłam
          nawet na pogrzeb naszego wspólnego przyjaciela bojąc się ze coś mi
          się stanie. Musiałam przewartościowac, przekierunkować, całe swoje
          dotychczasowe życie. Szukałam sposobu, jak to zrobić... Gdzie
          znaleść pozytywną energię. Jak pozbyć się lęku... Strachu...
          Przerażenia... Paniki... Szukałam i znalazłam... I w tym miejscu nie
          napisze nic nadzwyczajnego, po prostu znalazłam Boga... Postanowiłam
          zawierzyć Bogu... Napisałam do Niego list. / Kto czytał moją
          książkę, wie o jakim liście piszę/. Powiedziałam Mu w tym liście,
          Bądź Wola Twoja Panie, a głeboko w serduchu myslałam, ale niech ona
          bedzie po mojej myśli...
          Przyszły dla mnie trudne czasy. Czasy nie do ogarniecia ale ja, z
          kazdym dniem stawałam się inna. Każdy dzien powierzałam Bogu,
          prosiłam Go o obecność w moim życiu, prosiłam o opiekę. Przestałam
          się bać. Wszystkie moje objawy związane z nerwicą lękową znikneły.
          Byłam bardzo obciążona. Mąż nie umiał tego udźwignąć, uciekł w
          pracę... Ja nie pracowałam więc wciąż przebywałam z Marcinem. Był to
          dla mnie najcennieszy czas w moim życiu. Starałam się Go wykorzystać
          jak najlepiej. Nie przegapić ani jednej minutki. Byłam dla syna
          opiekunką, pielęgniarką./nawet zstrzyki nauczyłam się bić z morfiny/
          psychologiem. Bardzo duzo rozmawialiśmy. Syn wiedział że zawsze może
          na mnie liczyć. Ja tak jak syn, byłam bardzo pokorna wobec choroby
          Marcina. Nie buntowałam się. Nie obwiniałam innych. Nie traciłam
          swojej energi na złość, była mi potrzebna abym mogła wspierać syna...
          Nie oznacza to ze byłam zimna jak sopel lodu. Płakałam. Wyłam, kiedy
          nikt nie widział ale nadal mówiłam, Bądź Wola Twoja... Kiedy
          dopadało mnie zwątpienie, modliłam się i odzyskiwałam spokój.
          Znajomi, przyjaciele, dziwili się że tak przez to przechodzę... A ja
          robiłam to, z miłości do mojego dziecka. Kiedy syn odchodził, był we
          mnie taki sam spokój jak w nim. Nie płakałam. Służyłam Mu do samego
          końca.Halinka, i wiele matek z tego forum, których dzieci zmarły na
          raka, wiedzą jak jest trudno, kiedy się wie że nasze dziecko
          odejdzie...
          Mój syn zmarł... Jak się zmieniłam...? Pokora... Na pierwszym
          miejscu pokora... Wiem że nic nie jest zależne odemnie. Ja mogę
          planować a życie i tak zrobi po swojemu. Zawsze mówię, jak Bóg da,
          to zrobi to czy tamto, pojadę tam czy tam...Wtedy wszystko mi się
          udaje. Zrobiłam największą rzecz dla mojego syna. Napisałam o nas
          książkę. Wydawnictwo ją wydało, więc pamięć o moim synu nigdy nie
          zaginie bo jest utrwalona na papierze, i wiem że ludzie chętnie ją
          czytają. Udało mi się pokonać samą siebię. Wygrałam ze swoimi
          słabościami, ze swoim strachem. Choć choroba jeszcze wraca ale nie
          jest już tak silna jak była.
          Jednak pomimo tego że straciłam dziecko, wiem że wygrałam los na
          loteri, bo ja mogłam się ze swoim synem porzegnać... Mogłam
          powiedzieć Mu wszystko co chciałam powiedzieć, i bardzo współczuję
          tym rodzicom, których dzeci odeszły nagle... Wiem że On cierpią
          bardziej. Zostałe tyle niedomówień... Niewypowiedzianych słów...
          Myślę więc, że to cierpienia Nas zmienia, ma wpływ na nasze życie,
          wiele zależy od tego, jakie my wyciągniemy wnioski z cierpienia.
          Wiem, ze jesli bym się poddała, zwątpiła, dzisiaj byłabym wrakiem
          człowieka... Nadal tęsknię za synem. Nadal go opłakuję. Ale umiem
          się też śmiać. Cieszyć. Żartować. Bo przecież ja nadal żyję, muszę
          więc jak najepiej wykorzystać czas który jest mi dany.
          To takie moje przemyslenia. Pełno w nich chaosu bo emocje biorą
          góre .kiedy rozdrapuje się rany. Myslę że kiedy człowiek potrafi
          znaleść spokój w sobie, to znajdzie go też wokół siebie ale to
          wymaga dużo pracy... Pracy nad sobą...
          Życzę Wam wszystkim odzyskania spokoju wewnętrznego. Nasze rany
          zostaną do końca życia, ale pozwólmy się im zabliźnić. Uśmiechajmy
          sie do otaczajacych Nas ludzi, a Oni zaczną uśmiechać się do Nas.
          Nie czekajmy na to że to Oni zrobie pierwszy krok. Nie zrobią. Bo
          Oni sie Nas boją. Boją sie Naszego cierpienia... Naszej żałoby...
          Naszego bólu... A życie z bólem też może być piękne, widzę to w
          hospicjum dziecięcym, w którym jestem wolnotariuszką, i tam nadal
          ucze się pokory wobec choroby, wobec cierpienia,wobec śmierci...
          Mój wniosek-cierpienie dało mi coś dobrego dlatego że nie
          pozwoliłam Mu na to, aby mnie zabiło...

          Pozdrawiam Cieplutko. Beata-mama Marcina.
          • tilia7 Re: Nie uszlachetnia...do 198-3mk 26.04.10, 16:03
            Beato,to bardzo piekne co piszesz,mądre i wzruszające.I bardzo
            cenne.Na pewno nikt nie ma dośc Twoich wywodów.Podziwiam Cię,że
            potrafiłaś znaleźc w sobie siłę dla syna i dla siebie samej.Ja piszę
            oczywiście o moich własnych odczuciach,na pewno jest tak,że każdy
            troszeczkę inaczej do tego podchodzi,inaczej przezywa.
            Cierpienie na pewno nas zmienia,na pewno kieruje nasze myśli ku
            innym sprawom niż te,którymi zajmujemy sie zanim cierpienie nas
            dopadnie.To na pewno.Ale cierpienie nie jest dobre.Bywa tylko czasem
            tak- i tobie Beato się udało,że mobilizuje nas ono do walki,że
            wydobywa z nas cechy,które i tak w nas były,tylko nie miały powodu
            wcześniej jakoś w naszym życiu się ujawnic.Przeczytałam bardzo
            uwaznie to co napisałaś.I tak sobie myślę Beato,że to Miłośc do Syna
            dała Ci siłę,żeby przy nim byc,żeby towarzyszyc,wspierac,żeby mimo
            wycia z bólu nie uciec.To Miłośc pokierowała Tobą kiedy pisałaś
            książkę i kiedy zaufałaś Bogu.I nadal Miłośc prowadzi Cię tą trudną
            drogą.Więc podsumuję cytatem,którym rozpoczęłam ten wątek.Tylko
            nacisk tym razem położę na co innego:


            "To miłość zbawia, nie cierpienie. Miłość zbawia pomimo
            cierpienia."

            Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie i dziękuję za piękne refleksje.Byc
            może po kilku latach,ja też spojrzę na to wszystko inaczej,teraz
            jednak czuję tak,jak piszę.Miłośc mnie trzyma przy życiu.Ale
            cierpienie mnie nie uszlachetniło.
            • 198-3mk Re: do Tili ... 26.04.10, 19:32
              Tilko,zgadzam się z Tobą, to miłość do syna, pozwoliła mi walczyć a
              nie uciekać... To strach o syna, moja niemoc, bezsilność, ujawniła
              we mnie, niesamowity potencjał wiary... Dziękuję Ci za ciepłe słowa,
              które do mnie skierowałaś. Moim skromnym zdaniem Ty też Tilio, już
              się zmieniłaś...-)Może tego nie zauważasz ale Twoje wypowiedzi
              różnią się od tych z przed paru miesięcy.
              Ja często podkreślam że każda śmierć jest inna... Niepowtarzalna...
              Tak jak każdy człowiek jest inny i inaczej reaguje na różne
              sytuacje. Nie wiem jak zachowałabym się, gdyby mój syn zginął
              tragicznie... Nie wiem czy umiałabym się pozbierać...
              W mojej sytuacji, mimo wiary w wyzdrowienie Marcina, przygotowywałam
              się też na Jego śmierć. Widziałam co robi z Niego choroba...
              Ten czas pozwolił mi też na to, aby wszystko poukładać sobie w
              sercu, w duszy...Śmierć syna mnie przywaliła do ziemi, ale wiara
              pomogła mi znaleść sens tej straty.
              Wiesz Tilio, od cierpienia gdy sie je tylko widzi, można odwrócić
              oczy, ale gdy się je przeżywa, to nie ma przed nim ucieczki.
              Żałobę każdy przeżywa według swojej miary. Nikomu nie wolno w tej
              kwesti narzucać reguł, zasad. Jest to indywidualne przeżycie danej
              osoby, która musi udźwignąć brzemię swojej żałoby, i tylko od tej
              osoby zależy czy ten okres będzie trwał rok,dwa a może pięć lat...
              Dla mnie jest to temat nie podlegajacy dyskusji, ale uważam też, że
              sami musimy sobie pomóc i na siłe dźwigać się z kolan...

              Ja zakończe taką myślą:
              Nie pozostaje nam nic innego, jak pokochać to co nas spotkało.

              Pozdrawiam Cię Tilio Cieplutko. Beata-mama Marcina.
              • grazyna1965 Re: do Beatki 26.04.10, 22:12
                Beatko, to piękne co napisałaś. Miłość do syna pozwoliła
                Ci ,,walczyć a nnie uciekać". Ja myślę sobie, że my tutaj wszyscy
                tak naprawdę walczymy o siebie dla naszych najbliższych, który
                odeszli. Właściwie to nie wiem czy mogę pisać ,,my" ale będąc na
                forum od 26 miesięcy pozwalam sobie na to. Bo w każdym niemal wątku
                jest rozpacz, ból, tęsknota ale też, a może przede wszystkim,
                ogromna miłość.Zadajemy sobie wciąż pytania, jak zachowaliby sie
                nasi najbliżsi, co powiedzieliby widząc nas, upadających, bez wiary,
                bez nadziei, zdruzgotanych. I tutaj mogę powiedzieć w swoim
                imieniu..ja przepraszam swoje dziecko, że czasami nie walczę o
                siebie bo po prostu nie mam sił. Jestem na dnie rozpaczy. Ale potem
                znów podnoszę się, nie wiedzieć dlaczego. Skąd nagły przypływ sił?
                Myślę, że to przeogromna miłość do mojego dziecka sprawia, że jednak
                znajduję siły na kolejny dzień. I tak dzień po dniu, miesiąc po
                miesiącu. Miłość..to najpiękniejszy dar jaki może człowiek otrzymać.
                Ja otrzymałam. I dziękuję Bogu, że mogłam być matką, że mogłam być
                szczęśliwa, przez 23 lata. Ale już nie jestem i mam ogromny w sobie
                żal i gniew bo odebrano mi wszystko. Bo Patra to więcej niż moje
                życie. Czy mogę być teraz szlachetna, dobra, wrażliwa, lepsza niż
                przedtem??? Absolutnie nie. I nawet nie chcę się starać. Chcę po
                prostu przetrwać każdy kolejny dany mi dzień. Oczywiście, że nie
                chcę aby ktoś przeze mnie płakał, był nieszczęśliwy. Ale to
                wszystko. Tylko na tyle mnie stać.
                Wiesz Beatko? Moje dziecko zginęło nagle, jadąc do domu. Jeszcze
                słyszę Jej głos gdy dzwowni do mnie i mówi, że jest już w Toruniu i
                niedługo będzie w domu i wszystko mi opowie. I oczywiście ,,całuję
                cię mami"... nie dojechała.Już mnie nie pocałowała, nie
                opowiedziała ,,wszystkiego". Może dlatego ja wciąż zachowuję się tak
                jakbym czekała na Nią? Nie wiem Beatko. Nieraz próbuję sobie
                wyobrazić czy moglabym patrzeć na Jej odchodzenie..wiem, to bez
                sensu. Ale zadaję sobie pytanie czy wtedy byłoby mi łatwiej?Nie wiem
                i pewnie nigdy nie dowiem się tego. Z resztą, jakie to ma teraz
                znaczenie? Żadne..Patry nie ma, nie wróci do mnie. Ale ja wciąż
                czekam.I nie potrafię już być szczęśliwa. I nie chcę. Ani
                szlachetna, dobra, wrażliwa, pełna empatii. Chcę tylko przetrwać to
                cholerne życie. Tylko to. Ale jestem pewna, że Patra widząc moją
                codzienną walkę i tak jest ze mnie dumna. Przecież wiedziała, że jak
                coś się Jej stanie to ja umrę. A jednak nie umarłam.A pzecież nie
                jestem tak silna jak niektórym się wydaje. Żyję dla Patry, żyję po
                to żeby Ją kochać, żeby pamiętać o Niej, żeby tęsknić za Nią.
                Pozdrawiam cieplutko.

                Grażyna,mama Patryni


                • tilia7 Re: do Grażynki 26.04.10, 23:20
                  Podpisuję się obiema rękami.Też jestem wdzięczna za miłość jaką dostałam od
                  mojego mężczyzny.A była to miłość naprawdę niezwykła i nauczyła mnie o relacjach
                  z ludźmi więcej niż całe wcześniejsze życie.Dla Niego się staram żyć,przeżyć.I
                  dla bliskich,którzy są tu ze mną-im też,z miłości,nie chcę przysparzać
                  cierpienia.Ale szczęśliwa być już nie umiem i nie chcę.Coś we mnie umarło raz na
                  zawsze.Może wstanę z kolan,może,bo organizm ma więcej siły niż sami byśmy
                  chcieli.Ale to już nie jestem ja.To jest posąg z kamienia.Czasem czuję,że nie
                  jestem niczym innym,jak posągiem nagrobnym:(Pamięć o Nim...tak.To jest
                  ważne.Bardzo.Pamięć i Miłość.
                  Pozdrawiam Cię ciepło
                  • margolka-and-more Re: do Grażynki 27.04.10, 00:18
                    ... siedząc już tam, obok Niej gasnącej, w poczuciu dzikiego absurdu,
                    ignorując własny ból - bo czymże był wobec Jej bólu i lęku - mówiłam,
                    że pewna jest tylko ta chwila, nie ma przeszłości i przyszłości, więc
                    teraz, ten moment - jesteśmy, mniej boli akurat, można nawet się śmiać,
                    za ręce trzymać, reszta nieważne - tak, to jest szczęście. Więc i teraz
                    miewam takie szczęścia. Tyle że żadnej chwili nie powiem "trwaj". Moje
                    prawdziwe szczęście tkwi w przeszłości i w przyszłości. Nie odnajduję
                    sensu cierpienia. Nie tu. Tylko miłość. Tylko miłość. Tylko miłość.
                • 198-3mk Re: do Grażynki 27.04.10, 09:44

                  Grażynko, wierzę w to, że Patrysia każdego dnia jest dumna ze
                  swojej mamy... Tak jak pisałam wczoraj, bardzo współczuję Wam,
                  rodzicom, których dzieci odeszły nagle... Z zaskoczenia... Wiem,
                  każda smierć przychodzi nie w porę, może kogoś teraż urażę ale nie
                  mam takiej intencj,wiem tylko że ja osobiście dziekuje za to, że
                  śmierć mojego syna nie przyszła z nienacka... Mogłam swój rozum,
                  swoje serce, chociaż próbować przygotować, na zderzenie się z takim
                  uderzeniem... Wiem też,że my rodzice dzieci terminalnie chorych, już
                  wcześniej ubolewamy nad ich stratą... Przezywamy ich strate, jeszcze
                  za ich życia, więc żałoba jest dla nas przedłużona w czasie, a
                  jednoczesnie można chociaż próbować się z nią oswoić, jeśli to
                  wogóle jest możliwe... Ja tak właśnie nastawiłam swoje myślenie.
                  Starałam się powoli akceptować śmierć swojego syna, aby umiec to
                  później ogarnąć, bo wiedziałam że będę z tym sama...
                  Wiedziałam już od lekarzy, ze tylko cud moze uratować zycie
                  Marcinowi. Miał zajęte wszystkie narządy wewnętrzne, oprócz głowy,
                  więc jakie były szanse...? Przecież byłam logicznie myślącym
                  człowiekiem. Miałam czas, który musiałam jak najlepiej wykorzystać.
                  Dlatego naprawdę, chylę czoła przed kazym rodzicem, którego śmierć
                  brutalnie wyrwała życiu... I nie tylko rodzicem...
                  Przeżyłam to w swojej rodzinie. Mój siostrzeniec, dwa lata przed
                  śmiercią mojego syna, odebrał sobie życie. Miał też 22-lata, jak
                  moje dziecko. Wcześniej już próbował się wieszać. Siostra mu
                  przeszkodziła. Leczył się. Niby było ok. Siostra pojechał do wnuczki
                  na komunie. Tak bardzo chciała zabrać go ze sobą. Nie chciał.
                  Powiesił sie dwie godziny po jej wyjeźdźe. Na wiadukcie kolejowym...
                  Moja siostra o mało co, nie straciła rozumu.Bardzo obwiniała się o
                  to, ze pojechała na komunie.... Jest już dobrze. 2-maja minie siedem
                  lat. Siostra wróciła do życia. Musiała. Ma 29-letniego, niesprawnego
                  syna, z porażeniem mózgowym. Świat nie szczędzi nam cierpień ale ja
                  uznaje zasade, że co mnie nie zabie, to mnie wzmocni... To jest
                  tylko moje zdanie, które wyrobiłam sobie na podstawie swoich
                  zyciowych przejść.
                  Dziękuję Ci Grażynko za Dobre Słowa, i tak ak Tili, życzę Ci aby
                  przyszedł dla Ciebie ten czas, kiedy twoje serce powoli zacznie
                  otwierać się na świat... Pozdrawiam Cię Cieplutko. Beata-mama Marcina
              • tilia7 Re: do 198-3mk ... 26.04.10, 23:10
                Ja Tobie również dziękuję za ciepłe słowa Beato.Tak,zmieniłam się,na pewno.I
                jeszcze na pewno się zmieniam.Moje wypowiedzi tu są teraz bardziej
                wyważone,mniej napastliwe i agresywne.Kiedy trafiłam na to forum byłam w
                całkowitym amoku i sama ze sobą byłam bardzo skłócona.Teraz nadal mam swoje
                zdanie na temat Boga,religii,cierpienia-nie zmieniły się one ani odrobinę,ale
                nie mam potrzeby już nikogo do niczego na siłę przekonywać.Nie biorę też
                wszystkiego tak bardzo do siebie.Tylko...to nie wynika z tego,że jestem lepszym
                czy łagodniejszym człowiekiem.To jest najczęściej zmęczenie i
                rezygnacja.Przekonanie,że nic nie warto,że wszystko i tak bez sensu.Inna
                sprawa,że osoby z forum darzę naprawdę wielką sympatią i czuję,że jesteśmy tu
                razem w naszym bólu.Ciepłe słowa nie raz mnie już podniosły na duchu i jestem
                wszystkim za nie wdzięczna.
                Ja nie twierdzę,że z cierpienia nie może nic dobrego powstać.Może i czasem
                powstaje.Ale myślę,że to nie jest tak,że cierpienie nadaje nam jakieś nowe
                cechy,tylko w obliczu cierpienia okazuje się jakimi jesteśmy ludźmi.Wtedy
                widać,czy jest w nas Siła,Wiara,Nadzieja,Miłość.Wtedy musimy dokonać wyboru czy
                będziemy walczyć,czy poddamy się destrukcji.Wyzwala dobre uczucia,kieruje nasza
                uwagę na sprawy duchowe,ale wyzwala tez ogromne pokłady
                agresji,wściekłości,okrucieństwa,zobojętnienia.Zresztą nie ma co ukrywać-wielu
                ludzi wybiera drogę ucieczki przed cierpieniem.Mój mężczyzna jest tu przypadkiem
                skrajnym.Ale są przecież ucieczki mniejsze a też dramatyczne-ludzie udają,że nie
                cierpią,piją,biorą narkotyki,popełniają przestępstwa,"uciekają" w choroby
                psychiczne.Tylko ich nikt nie pyta o to,czy cierpienie ich uszlachetniło,czy
                wręcz przeciwnie,upodliło,pozbawiło szacunku do samych siebie,wpędziło w błędne
                koło jeszcze większego cierpienia.Więc moim zdaniem nie jest "uszlachetniaczem"
                tylko co najwyżej "wyzwalaczem"naszych reakcji i postaw.Historia Chrystusa jest
                najlepszym przykładem.Cierpiał i umierał na krzyżu.I Kościół mówi,że tym nas
                zbawił.Ale czy faktycznie tym?Bo ja myślę,że nie śmiercią,nie cierpieniem,tylko
                Miłością.To Miłość dała Mu gotowość do tego,żeby krzyż cierpienia ponieść i
                umrzeć na tym krzyżu-nie w imię bólu,tylko w imię Miłości.Nie w imię
                śmierci,tylko w imię życia.Naturalnym stanem człowieka jest szczęście.Do niego w
                naturalny sposób dążymy,choć czasem niesłuszną wybieramy drogę.To szczęście
                uszlachetnia.Wiem to z doświadczenia.Prawdziwe szczęście,ale takie
                prawdziwe-daje poczucie wielkiej miłości do świata,do ludzi,daje poczucie
                przynależności,otwiera na cudze potrzeby,powoduje,że jesteśmy lepsi,bo chcemy
                się tym szczęściem dzielić.Ja moją wiarę-choć różniącą się jak wiesz od
                oficjalnych nauk Kościoła,ale dla mnie ważną i jedynie możliwą-odnalazłam w
                szczęściu właśnie.Przyszła do mnie nie z bólem,ale z zachwytem nad światem.I tym
                bardziej ją cenię.
                Ja na pewno nie pokocham tego,co się stało.Co najwyżej-choć i tego nie jestem
                jeszcze pewna-mogę się starać żyć możliwie najlepiej,MIMO tego co się stało.Ale
                podziwiam z całego serca Twoją pokorę i wiarę.
                Pozdrawiam Cię Beatko również bardzo ciepło
                • 198-3mk Re: do 198-3mk ... 27.04.10, 08:13
                  Witaj Tilio...

                  Wiesz, bardzo podoba mi się to co piszesz ale jednocześnie znowu
                  nachodzi mnie refleksja... Może nie powinam o tym pisać w takim
                  publicznym miejscu, myslę jednak że często na tym forum łatwiej coś
                  wyrzucić z siebie niż w realu...
                  Pięknie piszesz o miłości, że to jak zareagowałam na cierpienie,
                  wynika z miłości do syna. Tak. To prawda ale w moim życiu, ludzie
                  którzy towarzyszyli mi od najwcześniejszych lat mojego życia, za
                  wiele mi jej nie dawali... Jednak potrafię kochać, i szanować
                  ludzi...Skąd więc się to bierze w człowieku...?
                  Może po kolei...
                  Miałam bardzo trudne dzieciństwo. Mój tata był alkocholikiem. Pił,
                  bił, chodziłam głodna... Mama nie umiejąc się mu przciwstawić, też
                  zaczeła pić. Z tego powodu skończyłam tylko szkołe średnią. Po
                  dzieciństwie została mi nerwica. Wcześnie wyszłam za mąż, miałam
                  zaledwie 20-lat. Mó mąż był po studiach. Przeprowadziłam się do
                  męża, miejscowość oddalona o 70 km od mojego rodzinnego miasta.
                  Od pierwszych dni, zaczeło sę dla mnie piekło... teściowa nie
                  tolerowała mnie ponieważ nie byłam odpowiednią partią dla jej syna.
                  Starałam się. Bóg mi świadkiem, jak bardzo się starałam pozyskać jej
                  względy. Była nieugięta. Zabrałam jej syna i nie miałam przed
                  nazwiskiem mgr. Było mi bardzo źle, smutno, ciężko. Miałam już
                  Marcinka. Potem na świat przyszedł drugi syn. Było między nimi rok
                  różnicy. Radziłam sobie doskonale. Nikt mi nie pomagał. Choć często
                  padałam z nóg. Jednak nadal dla teściowej nic nie znaczyłam. Po
                  czterech latach urodziłam kolejnego synusia. Mąż piął się po
                  szczeblach kariery, nie potrafił jednak obronoć mnie przed swoją
                  matką. I tak trwałam w tym 25-lat. Nie dałam się zgnoić. Miałam
                  własne zdanie. Nie pozwoliłam się ubezwłasnowolnić, bo o to chyba
                  chodziło mojej teściowej. Synów już odchowałam i ngle znowu
                  zapragnełam być matką. Myślę że moje dzieciaki rekompensowały mi
                  brak miłości. Starałam się o to dziecko rok. Byłam po wielu
                  operacjach więc było trudno. Udało się urodziłam. Dzisiaj najmłodszy
                  synuś ma 12 lat. jest całym moim życiem, i z urody całym Marcinkiem.
                  W chorobie syna nikt mi nie pomagał. Teściowa ze szwagierką na dole
                  popijały kawki, a ja na górze sama z umierającym dzieckiem. Nigdy
                  nie padło pytanie, czy potrzebuje pomocy... Moi rodzice od lat już
                  nie piją ale chorują na serce więc na ich pomoc, nie mogłam liczyć.
                  Miałam przyjaciół. Pozyskałam ich wielu, bo jestem bardzo otwartym
                  człowiekiem. Moja teściowa zachorowała try lata temu. Opiekowałam
                  się nią bez żadnej złośći. Przewijałam. Karmiłam. Zmarła dwa lata
                  temu... I to ja tuliłam ją kiedy była w agoni... Umierała w domu.
                  Byłyśmy same bo jej dzieci miałe ważne narady w pracy. Znowu
                  doświadczyłam obcowania ze śmiercią, ale już nie z tak umiłowaną
                  osobą jaką był dla mnie mój syn. Wiesz mi, z czystym sumieniem stane
                  przed Bogiem bo otoczyłam moją teściową największym ciepłem jakie
                  mogłam jej ofiarować. Była świadoma, tylko już nie mówiła.
                  Przebaczyłam jej wszystko. Myślę że Bóg miał w tym jakiś cel...
                  Dalej mam pod górke.Dom w którym mieszkaliśmy 25 lat, i włożyliśmy
                  mase pieniedzy w jego modernizacje, teściowa przepisała córce.
                  Wzieliśmy kredyt, kupiliśmy dom... Teraz spłacamy. W małżeństwie też
                  nie mam wsparcia,śmierć Marcina nas podzieliła... Jest w nas dużo
                  żalu do siebie... Mam poważny problem z moją mamą. Jest chora na
                  alzheimera. Jest coraz gorzej. Opiekuje się nią 76 letni tata. Nie
                  ma już siły, bo sam też choruje na serce, jest po zawale. Od
                  tygodnia , biore pod uwagę takie wyjście że wezmę rodziców do
                  siebie. Mimo tego że zgotowali mi tak przykre dzieciństwo, wiem ze
                  nie postapie inaczej bo tak kieruę mną serce...
                  Czasem jestem bardzo zmęczona. Też nie chce mi się żyć. Chciałabym
                  przespać reszte życia ale wiem że tak się nie da, i dalej biore się
                  z tym zyciem za bary. Upadne lecz potrafie sie podnieść...
                  Może faktycznie, tą siłę daje mi miłość do moich dzieci, do wnuczki
                  którą tak bardzo kocham. W czerwcu żeni się kolejny syn. Jest 12
                  letni Piotr który świata poza mną nie widzi.
                  Myślę jednak że to życie mnie ukształtowało. Przeciwności którym
                  musiałam podołać, nie pociągneły mnie w dół , tylko dały siłę aby
                  się z nimi zmierzyć... Więc chyba nie tylko miłość daje nam siłę...
                  Jednego w życiu nie żałuje. Tego że zdecydowałam się na czwórke
                  dzieci. Ja cię kręce! Ale zrobiłam rachunek sumienia!
                  Tilko, myślę że rozumiesz co chciałam przekazać przez te swoje
                  wywody...

                  Pozdawiam Cię ciepło. Życzę Ci, aby Twoje nieszczęście jak
                  najmniej , okaleczyło Twoje serducho... Pa. Beata-mama Marcina.
                  • first.marionetka Re: nie uszlachetnia 27.04.10, 11:39

                    Te ostatnie dni uzmysłowiły mi, że nie do końca skamieniałam, nie do
                    końca umarłam.
                    Potrafiłam zobaczyć cierpienie, ból w oczkach małych dzieci, tak
                    bardzo bezbronnych wobec straty najbliższych.
                    Poczułam, że moje serce reaguje na ból, cierpienie innych.

                    Gdy odeszło moje dziecko wyłam dlaczego świat się nie skończył,
                    dlaczego świeci słońce........ teraz po tej tragedii, zadawałam
                    pytania " jak to teraz też świat " toczy się" dalej???
                    tak, świat dalej istnieje, a ja potrafię zajrzeć w serca bliskich,
                    którzy pozostali i poczuć ile bólu przed nimi.
                    Nie pytam, czy to szlachetne, wiem, że to ludzkie. A już myślałam,
                    że nie będzie mnie stać na ludzkie odczuwanie otaczającego świata.
                    Obserwuję jak dużu ludzi dystansuje się do tego co się stało. Chyba
                    dlatego, że musieliby dotknąć tematu śmierci. A to taki.... głupi
                    temat. Oni żyją, pomijają przemijanie. A ja wiem, że mój ( WASZ) los
                    z godziny na godzinę może być losem każdego. Taka jest kolej rzeczy.
                    I nagle wchodzi się w zawieszenie między życiem a śmiercią.
                    I nawet choć krzyczymy, buntujemy się na pewnym etapie musimy
                    opowiedzieć się co zrobić z resztą dni, które pozostały.......na
                    bunt zwyczajnie brak sił.........
                  • tilia7 Re: do 198-3mk ... 27.04.10, 11:54
                    Wiesz Beatko,ja to czasem myslę,że już nie mam serca.Czuję się nie
                    tyle pokaleczona co zmasakrowana tą śmiercią.Ale dziękuję za
                    życzenia.
                    Dziękuję również za szczery opis Twojej jakże trudnej drogi
                    życiowej.Na pewno jest tak,że doświadczenia nas kształtują,to
                    oczywiste.Myślę,że po części jest tak,że z pewnymi cechami
                    przychodzimy na świat a inne kształtują się pod wpływem
                    domu,przyjaciół,miłości i wszelkich doświadczeń.Scenariusze życiowe
                    są często do siebie bardzo podobne a ich efekty jednak zupełnie
                    inne.Ty znalazłaś w sobie siłę,żeby się nie poddac,walczyc o
                    siebie,kochac dzieci i byc z Marcinkiem nawet w najtrudniejszych
                    chwilach,znalazłaś w sobie wybaczenie i wciąż walczysz.Ale ile osób
                    o takiej samej czy podobnej historii poddaje się cierpieniu i po
                    prostu w nim tonie?Pisałaś o swoim siostrzeńcu,który odebrał sobie
                    życie.Mój mężczyzna jak wiesz też poełnił samobójstwo.Ich cierpienie
                    też wystawiło na próbę i w końcu ich przerosło.I spotyka się na
                    codzień mnóstwo ludzi,którzy w wyniku cierpienia zamykają się w
                    sobie i swoim bólu,kurczą się,karłowacieją,żyją nie żyjąc.Nie
                    potrafię powiedziec,co jest tym czynnikiem decydującym,że jedni
                    walczą a inni się poddają.Myślę,że tak jak mamy różną odpornośc na
                    ból fizyczny,tak i na psychiczne cierpienie każdy człowiek ma inną
                    wytrzymałośc.Walczyc każe nam po prostu instynkt samozachowawczy,ale
                    walczyc mozna dotąd,dopóki cierpienie nie osiągnie punktu
                    krytycznego.Oczywiście są rzeczy,które mogą w tej walce
                    wzmocnic,pomóc - i te rzeczy są na pewno dobre.Ale samo cierpienie
                    nie jest dobre.NIGDY.Ono nas może i wzmacnia na zasadzie szczepionki-
                    jak słusznie piszesz "co nas nie zabije to nas wzmocni"-z tym się
                    zgadzam.Ale tak jest tylko do pewnego momentu,poza tą granicą
                    cierpienie zabija.I moim zdaniem zawsze odbiera coś bardzo
                    cennego.Według mnie nie jest dobre.Nie uszlachetnia.Szanuję Twoje
                    zdanie,zwłaszcza,że to nie są puste słowa,tylko oparte na Twoich
                    doświadczeniach.Ale też pozostaję przy swoim:"Nie uszlachetnia"

                    Pozdrawiam ciepło i życzę,żeby układało się lepiej i choc raz było z
                    wiatrem a nie pod wiatr

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka