Dodaj do ulubionych

do wszystkich Mam które straciły swoje Dzieci

16.06.10, 14:47
Jestem po lekturze kilkuset wątków z maila pani Haliny, która jest
Mama Agatki.
Jestem od kilku dni tak dogłebnie poruszona Jej historią, dramatem,
nieszczęściem - ale nie tylko Jej, bo jest tu wiele historii które
sprawiają że człowiek oddech traci i mysli, jak to możliwie że
człowiek jest w stanie tyle znieść, i dusza w kawałki się sypie, na
myśl, że bliźni może tak cierpieć.
Ale pani Halina - Halinka, jak już o Niej myślę, i wszystkie inne
Panie które piszą o stracie swoich dzieci - w chorobie, w wypadku
(Mamo Patrycji, zgroza mnie trzymała od pierwszej do ostatniej
linijki Twojego opowiadania o Patrycji, o tym, jak zginęła - Chryste
na niebie, nie wiem, jak to zniosłaś, serce matki mimo że miekkie od
miłości musi być chyba z żelaza i stali skoro tyle może znieść) - są
jednocześnie tak piękne i silne. Całe dobro, wrażliwość, empatia z
jakimi się spotkałam na tym tak przecież smutnym forum, wyzwala
zrozumienie, ciepło i bliskść. To coś niespotykwanego, niesamowitego.
Jestem (chyba zdrowa), nikogo z najbliższych nie straciłam (choć
straciłam bliska osobę, najlepszą jaką znałam, z sercem tak ogromnym
i ciepłym, że mogła by nim ogrzać cały świat, ze skromnością tak
uderzającą, że aż krępującą - Mamę mojej Drugiej Połowy), na to
forum traiłam przypadkiem. Wszystko przede mną - choroby, straty - a
los taki, że nie wiadomo, ile jezcze lat/dni w zdrowiu i szczęsciu
da nam przetrwać. Dlatego Wasz ból jest moim bólem. Codziennie
obawiam się straty bliskich ukochanych, bo życie jest jak ogarek na
zimnym wietrze.
Odważyłam się napisać dla Was i o Was wiersz.
Nie będzie pocieszeniem, nie jest nawet dobry, ale przez niego chcę
Wam powiedzieć, że - poznałam Agatkę jakby była moją koleżanką (choć
młodsza ode mnie) - kocham koty jak i Ona kochała - poznałam
Patrycję, pełną życia kochającą dziewczynę, poznałam synów i córki
wielu innych osób tu piszących i mam wrażenie, że znałam ich
osobiście.
Zyczę Wam z całego całego całego serca abyście znalazły - gdzieś
kiedyś, w czasie i przestrzeni, spokój ducha choć na chwilę, i Wasz
dzieci zbyt wczesnie utracone.


Za oknem życie

Toczy się lepiej
Gorzej ale zawsze jakoś
Czarno białe chmurne szare
Kolorowe głośne
Od tramwaju smutku
Od wroniego śmiechu

Nie rozumiesz jak to tak się może dziać

Przed oknem Ty

Twoje oczy nie są martwe
Choć są czarne od smutku
Myślisz nie przeżyję
Przeżyjesz
Myślisz kolejny dzień mnie zabije
Nie zabije
Myślisz nie obudzę się już
Obudzisz

Pamiętasz uśmiech żart słowo łzę
Dawno zamiecione czasem chwile
Kupione buty
Stłuczone kolano
Pierwszy ząbek
Drugą anginę
Ukochanego kota
Chomika który uciekł pod szafę i tam zginął
Śmiercią tragiczną
A ty pocieszałaś płacząc w sercu tymi łzami najczulszymi
Łzami dziecka

Bóg da Ci sny
Których nie zapamiętasz
Ale każdego ranka
Pościel twojego łóżka będzie jaśniejsza
Bardziej wygładzona
Jak twoje czoło

Bóg ześle ci rzeczy małe niepotrzebne
Chusteczkę haftowaną przeciw łzom dławiącym
Dwa grosze znalezione aby pomóc żebrakowi
Kota głodnego
Psa zgubionego
Koc na zimę abyś już nie marzła przed tym swoim oknem
Kwiat w ogrodzie aby buzię dziecka ci ukazać – że radosna że spokojna
Tęczę przeciwko smutkom wszelakim

Bóg ześle ci
Na pociechę na spokój na uśmiech na pamięć
Bóg ześle ci czas
I anioła
Fioletowego białego jasnego
Który poda rękę poda duszę
Okaleczone twoje serce przytuli do pyzatej swojej twarzy

Nie zapomnisz
Lecz pamięć piękną się stanie
Oczy wyjaśnieją wybieleją
Włosy posiwieją
Serce zrzuci czarny kolor
Ani mrguniesz a już poczujesz
Ani spojrzysz a już zobaczysz
Twego dziecka uśmiechniętą twarz

Taką jaką znasz

Obserwuj wątek
    • halas1961 Re: do wszystkich Mam które straciły swoje Dzieci 16.06.10, 18:14
      Droga cleo
      To ja mama Agatki
      Coraz rzadziej tu zagladam, coraz mniej piszę. Nie dlatego ze juz załoba sie
      skończyła, nie dlatego...Po prostu nic nowego juz nie potrafie napisac. Wydaje
      sie ze sobie radze, ale jak bardzo moja psychika jest poszarpana bólem
      cierpieniem choroba i strata corki wiem teraz gdy spotkały mnie jakies
      niewielkie nieprzyjemności, niezrozumienie, zawiśc. I oto znów moja Agatka i mój
      Bóg zsyłaja mi pocieszenie, pisza do mnie list z nieba, pisza do mnie list
      Twoimi dłońmi, Twoim umysłem. Oto otwieram komputer ze łzami na rzęsach, ze
      łzami w gardle, oto mówie w myślach:" nie ja do niczego sie juz nie nadaje, nie
      potrafię schudnąc, znów nie zdałam tego egzaminu na prawko, syn pyskuje, matka
      nie rozumie, Ci co obok nie rozumieja, jestem zawsze gorsza, inna, sama i
      przeciez Agatka nie wróci, juz Panie mnie zabieraj, juz nie mam sił, nie chcę
      juz tak". I oto w tym komputerze list, który mnie pociesza, oto wiersz, który
      mnie do pionu przywraca, oto słowa od mego dziecka: "znow narzekasz, znów
      marudzisz mamo". I czytam i płacze nad soba i wiem znów wiem, pzreciez wstyd
      zebym się uzalała, jak moja Agatka tam na mnie patrzy, jak musi być
      niezadowolona, ze ja mam takie mysli. Dziękuję Ci z calego serca za pamieć o
      moim dziecku, za ciepłe słowa o mnie, za ten list, za współczucie nam matkom.
      Nam matkom, ktore chyba wcale nie jestesmy silne, my tylko tak wciąz cos robimy
      dla naszych dzieci, wciąz dla naszych dzieci. Twój wiersz pozwolę sobie
      skopiowac i umieszcze u siebie na NK, gdzie zamieszczam w Galeriach równiez
      swoje wiersze. Jesli piszesz wiersze i chciałabys je pokazać innym zapraszam na
      profil poetycki na NK, gdzie poeci amatorzy je zamieszczają. Profil nazywa sie
      "Na szczyty poezji razem z pegazem".
      Dziękuje raz jeszcze
      Halina-mama Agatki
      • halas1961 Re: do wszystkich Mam które straciły swoje Dzieci 16.06.10, 18:31
        droga Cleo
        napisze jeszcze, ze wiersz jest przepiekny, bardzo dobry. Mnie mało co potrafi
        zachwycic jesli chodzi o poezje, jestem wybredna:) A ten jest piekny, niby list
        do mnie matki a jednak wiersz. Bardzo bym Cie widziała na naszym profilu
        poetyckim. To nowe miejsce, gdzie równiez i ja zamieszczam od czasu do czasu
        swoje wiersze. To taka moja terapia równiez. Jest tam sporo miłych ludzi. Pisza
        na rózne tematy, ja taka tam jestem odmieniec ciuta, bo najwiecej wierszy
        poswieconych odchodzeniu i Agatce zamiesciłam. Wszystkich nie, bo bym ich
        przytłoczyła i by sie ludzie zapłakali, a przeciez nie chcę tego. Tak więc
        odeszłam dzis na nasyzm forum od tematu ale wybaczycie mam nadzieję. Bo
        przyznacie sami ze wiersz Cleo jest przepiekny. Ale głownie dziękuje za
        postawienie mnie na nogi
        Halina-mama Agatki
        • cleo_1 Re: do wszystkich Mam które straciły swoje Dzieci 16.06.10, 22:22
          Halinko
          cieszę się, że to co napisałam sprawiło, że poczułaś się trochę
          lepiej. Zadziwię Cię: ja nie piszę wierszy. Kiedyś, dawno temu, na
          studiach - a to było 15 lat temu. A tu czułam, że... trzeba coś
          napisać, że muszę, że tak jakoś... Więc może i masz rację, żę Twoja
          Córcia posłużyła się mną, skierowała mnie na to forum - lub Twoja
          mocna silna wiara, a może jest inny jeszcze jakis powód?
          Ja wierzę w takie rzeczy. Miałam kilka dziwnych przypadków w tym
          życiu, których nie potrafię wyjaśnić, wytłumaczyć. Wierzę, że
          człowiek nie składa się tylko z ciała. Ciało to rękawiczka. Każda
          istota czuje i każda istota ma duszę. Może to głupie, ale wierzę, że
          także moje koty, gdzieś tam kiedyś, spotkam:-) Ksiądz Twardowski
          przecież pisał o zwierzętach, Ksiądz Francisze Klimek - o kotach.
          Ciało to rękawiczka. Wiem, że Twoje bólu słowa żadnej z nas nie
          umniejszą, może choć chwilowa ulgę przyniosą, ale prawdą jest, że to
          co w nas najważniejsze, przetrwa śmierć.
          Moja Bacia 24.12.2008 r, miała wypadek - upadła i złamała biodro.
          Niestety już wówczas była dość zniedołężniała i niesamodzielna, mama
          opiekowała się Nią a my bardzo Ją kochaliśmy, ja i mój brat.
          Niestety od chwili wypadku gasła, gasła, gasła... Od końca stycznia
          nie było z Nią żadnego kontaktu, leżała w łóżku, patrzyła w
          przestrzeń, w ścianę na przeciwko siebie. Moja kotka która
          uwielbiała przesiadywać w jednym miejscu w Jej pokoju, uciekła
          stamtąd z widocznym strachem. Było to około 10 lutego. Ona czuła, że
          Babunia odchodzi. Wyjeżdżając z domu rodziców do Warszawy, gdzie
          mieszkam, poszłam do Niej aby się pożegnać, choć wiedziałam, że
          nawet nie zauważy mojej obecności. Podeszłam do Niej, a ona
          spojrzała na mnie tak przytomnie! tak niesamowicie przytomnie,
          bystro!! Jezu to była Babcia nie sprzed wypadku, to była Babunia
          sprzed 3 lat, zanim zaczęła sie demencja. Powiedziałam, rycząc jak
          bóbr, do zobaczenia Babuniu, już wyjeżdzam, a ona do mnie "ale nie
          płacz kochana, no czemu płaczesz? zobaczymy sie jeszcze, zobaczymy".
          I wiem, że nie miała na mysli TEGO ŻYCIA mówiąc że sie jeszcze
          zobaczymy...
          Kilka dni później zmarła.
          PS na NK wejdę aby poczytać wiersze tam zamieszczone. O Twojej
          Agatce myślę i modlę się za Nią. Biedna biedna dziewczyna, i Ty
          biedna kochana Halinko... Trzymaj się proszę, nie daj się.
          • first.marionetka Re: do wszystkich Mam które straciły swoje Dzieci 17.06.10, 08:38
            Droga Cleo, myślę sobie, że te nasze dzieci nie są biedne.
            To my matki, TU jesteśmy biedne.
            Zagubione, nic nie rozumiejące, poszukujące.
            Przedzierające się przez nową przestrzeń za naszymi ziemskimi
            dziećmi.

            Ostatnio przeczytałam: " wybrańcy Bogów umierają młodo, lecz później
            żyją wiecznie w ich towarzystwie".

            Każde z tych dzieci było wyjątkowe, ale jakby nie z tej planety.
            Mój syn, jakby wiedział więcej. Miał w sobie taką ponadziemską
            mądrość.
            Córka od koleżanki Kasieńka, która odeszła w wieku 26 lat, też była
            taka inna, taki anioł. I to nie tylko moja obserwacja,Jej siostra
            również tak Ją postrzegała. Jakby była nie z tej planety.
            Cóż, ziemskimi zmysłami trudno ogarnąć przemijanie, ale wierzę, że
            to ma sens.
            Wierzę w to.

            Marionetka
      • halas1961 Re: do wszystkich Mam które straciły swoje Dzieci 17.06.10, 19:38
        Droga Cleo dziekuję raz jeszcze za slowa ciepłe. J atak jak i Marionetka uważam
        zenasze dzieic juz nie sa biedne, to my co tu pozostałysmy, tylko my...choc moze
        nie biedne, tylko tak dziwnie wybrane. Marionetko masz racje moja Agatka tez
        była inna jak trochę nie z tego świata, jakby wiedziala, czula wiecej, myslała
        inaczej...nawet wtedy długo przed chorobą...
        Halina-mama Agatki
        • grazyna1965 Re: do wszystkich Mam które straciły swoje Dzieci 17.06.10, 21:57
          Cleo, już dawno nikt tak pięknie i ciepło nie napisał o naszych
          dzieciach i o nas, matkach, osieroconych, okaleczonych, ze złamanym
          sercem. Ja, podobnie jak Halinka, rzadko piszę na forum.I nie
          dlatego, że nie potrzebuję tego, że ,,stanęłam na nogi" czy cos
          podobnego. Ja już nie znam słów, które mogłyby wyrazić to co czuję.
          Nie potrafię napisać nic więcej, czuję się jakbym stala przed
          ogromnym murem, bez prawa odwrotu, bez żadnej możliwości. Chcę iść
          dalej i walę głową w mur. To cholerne życie toczy się dalej, ludzie
          się śmieją, przeżywają smutki, radości, kochają się i nienawidzą,
          rodzą się dzieci, umierają ludzie..a ja wciąż stoję przed tym
          okropnym murem i walę głową w niego. I codziennie pytam siebie jak
          to możliwe, że ja wciąż żyję? Pracuję,jem, śpię,oglądam telewizję i
          mam poczucie, że tak naprawdę mnie tutaj nie ma. Nawet nie wiem
          gdzie jestem, czy w przeszłości, w przyszłości..na pewno nie tutaj.
          Przecież nie ma tutaj mojej Patry, nawet nie wiem gdzie teraz jest,
          więc gdzie jest moje miejsce? Chcę być z moim dzieckiem ale nie wiem
          gdzie jest. Już nie wiem w co wierzyć, w co nie, nie wiem kim
          jestem. Jak trudno zachować człowieczeństwo gdy nie ma się już
          serca. Dzisiaj obok mojej szkoły byl wypadek, bardzo tragiczny w
          skutkach. ZginąŁ młody motocyklista. Okazało się, że był w wieku
          mojej Patry. Wszyscy byli bardzo poruszeni a ja szłam po schodach i
          pomyslałam , że kolejna matka wlasnie dowiaduje się o śmierci
          swojego dziecka..to wszystko. Jak strasznie pusta jestem w środku,
          jak bardzo wyzbyta wszystkich uczuć..to nie ja, ta dawna Grażyna.
          Patra pewno nie jest ze mnie dumna teraz ale ja nie mam siły żeby
          cokolwiek zmienić w sobie.Wszystko wydaje mi się takie nieważne już,
          nic dla mnie nie znaczy. Swoje obowiązki wykonuje bez zarzutu ale
          nie ma już w tym serca. Bo nie ma serca we mnie. Umarłam za życia
          cleo, tak to wygląda. Nie wiem kiedy znów znajdę siły na pisanie ale
          chciałabym bardzo mocno uściskać wszystkie matki opłakujące swoje
          dzieci. A Tobie cleo chcę podziękować za Twój wpis, za wiersz, który
          wyraża wszystko co czuję. Za Twoje słowa o Patryni. Nie ma dla matki
          nic piękniejszego jak mowienie o jej dziecku. Już nikt nie mówi o
          mojej Patrze, tak jakby nigdy Jej nie było.A przecież Patra
          jest..tylko nie wiem gdzie.
          Grażyna,mama Patryni
          • halas1961 Re: do Grażynki 17.06.10, 22:17
            Kochana Grazynko
            nie tylko o Twojej Patryni nikt nie mówi, o Agatce rowniez mało kto.
            Częściej sa to obcy ludzie, ktorzy czytaja moje wiersze tu i tam... A rodzina,
            bracia, nawet kwiatka zaden nie kupil marnego na druga rocznicę smierci Agatki,
            chrzestny jeden byle jaki znicz(brat mój). I ja mimo ze kocham ludzi mam do nich
            zal, jakos nie potrafie bardzo wspolczuc, ze kregoslup go boli i musi brac
            zastrzyki, jakos to dla mnie malo "szokujące". Powiem Ci ze smiac mi sie chce z
            tego "ogromnego problemu . Oto obcy ludzie sa mi bliżsi dzis nieraz niz ludzie z
            ktorymi łączą mnie więzy krwi. I tak mam chęć ogromna kiedys im to wszystkim
            wygarnąć prosto w oczy. I chyba bez względu na to co sie dalej potoczy przy
            nadarzającej sie okazji tak zrobię. I oczekują ze na to wesele w sierpniu pojde
            . Chrzestna jestem. Do kościoła nie pójde to juz postanowione, nikt mnie nie
            namówi ani nie zmusi. A na samą uroczystość jeszcze nie wiem. Widzisz Grazynko
            tak sie tu i ja dzis uzalam przed toba i forumowiczami. JAdę do tego WOżniakowa
            na Dni Skupienia. Nie bede tam caly czas, bo na kilka godzin w sobote bede
            musiala wyskoczyc do Kutna na konkurs jednego wiersza. Wiecie wiersz z tych co
            do nieba, z tych co to Listy takie do Agatki. Chce bardzo zeby i inni ludzie
            uslyszeli jakie my matki osierocone do swoich dzieci listy piszemy.
            Grazynko wiem ze nie lubisz takich zbiorowych spotkan i ja mam obawy ale
            przeciez mam nadzieje ze nic tam nie bedzie na rozkaz i bedzie mozliwosc wyboru
            uczestnictwa w tym czy innym spotkaniu. Moze bys sie wybrała, moze to by jakos
            Ci pomogło.
            Pozdarawiam wszystkich
            Halinka-mama Agatki

          • tilia7 Re: do Grażynki 17.06.10, 23:01
            Grażynko napisałaś:ZginąŁ młody motocyklista. Okazało się, że był w wieku
            mojej Patry. Wszyscy byli bardzo poruszeni a ja szłam po schodach i
            pomyslałam , że kolejna matka wlasnie dowiaduje się o śmierci
            swojego dziecka..to wszystko. Jak strasznie pusta jestem w środku,
            jak bardzo wyzbyta wszystkich uczuć..to nie ja, ta dawna Grażyna.


            Ja nie dziecko opłakuję jak wiesz,tylko partnera,ale odczucia mam zupełnie takie
            same jak te,o których tu piszesz.Nie umiem współczuć,nie obchodzi mnie niczyj
            ból,nic mnie nie porusza.Zobojętniałam tak,że czasem mnie samą to przeraża,bo
            jest wręcz nieludzkie.Tłumaczę to sobie tym,że jak szklane naczynie jestem tak
            do granic możliwości napełniona moim własnym bólem,że nie przyswajam już nic,ani
            kropla bólu więcej nie jest już w stanie się zmieścić,więc on spływa po mnie
            dokładnie tak,jak spływa woda po całkiem pełnej butelce.
            • grazyna1965 Re: do Grażynki 17.06.10, 23:50
              Moje kochane dziewczyny, jakie my jesteśmy pokaleczone..Tilio, ja
              wiem jak Ci ciężko.Nie straciłaś dziecka ale straciłaś najdroższą Ci
              osobę. Nie chciałam pisac tylko o bólu matki..tak wyszło mi,
              przepraszam Cię kochana.Ja straciłam moj jedyne dziecko, moją
              największą miłość. Poza dziadkiem i babcią, ze strony ojca, wszyscy
              bliscy moi żyją. Do śmierci Patry nie rozumiałam co to jest żałoba,
              opłakiwanie do utraty oddechu. Moja babcia, ze strony mojej mamy, ma
              100 lat. A mojej Patry nie ma..a miała tylko 23 lata. Zawsze mowiłam
              sobie ,,wszyscy..tylko nie Patra" a to własnie Ją straciłam.
              Licytuję się z Bogiem dlaczego nie ktoś inny mi bliski / wiem,
              straszne i nieludzkie /, dlaczego to moje dziecko, które jest dla
              mnie najwazniejsze. Boję się własnych myśli Tilio..nie dość, że
              jestem pusta to jeszcze chciałabym poświęcić inne życie w zamian za
              Patrę. Pewnie będę się za to smażyć w piekle, ale jest mi już
              wszystko jedno. Nie będę sama przed sobą udawać, że jestem lepsza bo
              tak nie jest. Wystarczająco staram się funkcjonować w pracy i nie
              obarczać moją żałobą dzieciaków, przecież to nie ich wina, że mój
              swiat się zawalił. Wolę zostać w swoim świecie, do którego nikt już
              nie ma dostępu.
              Halinko..jak doskonale znam to uczucie. Mam ochotę wrzeszczeć na
              wszystkich, którzy klepią przy mnie o swoich dzieciach i oczekują
              jeszcze mojego zainteresowania. Nie widzą mojej zaciskającej się
              szczęki, nawet nie mają pojęcia co ja wtedy czuję. Po cholerę mi
              tacy ludzie, po co mi to ,,bycie z ludźmi"? Ja od rodziny uwolniłam
              się,nie zachęcam do odwiedzin,nie chodzę na żadne uroczystości. I
              już nie oczekuję od nich niczego. A jak słyszę jakieś głupie
              komentarze typu ,,musisz się otworzyć, musisz wyjść do ludzi" / moja
              własna mama nawet tak mówi do mnie / to pytam ,,czy gdybym ja umarła
              byłabyś otwarta"? A jeśli mówi to inna osoba to pytam czy gdyby to
              jej dziecko umarło to miałaby ochotę na spotkania?Wiesz Halinko co
              przewaznie słyszę w odpowiedzi? ,,Gdyby moje dziecko umarło to ja
              bym nie przeżyła.." A ja to jestem jakaś inna, z kosmosu? Dlaczego
              ja mam się z tym pogodzić?? Czy to takie trudne do zrozumienia?
              Dlatego nie chcę już mówić o tym, nie chcę tłumaczyć, chcę zniknąć,
              chce być niewidzialna. Halinko, dla mnie kilka osób to już tłum.
              Znalazłam tutaj, na forum, dwie bliskie mi osoby. Straciły tak jak
              ja dziecko. Potrafimy o tym rozmawiać, nie zadajemy sobie głupich
              pytan, rozmawiamy o wszystkim, ale przede wszystkim o naszych
              dzieciach. Dla mnie to bardzo dużo, żałuję tylko, że nie mieszkamy
              bliżej bo moglibysmy sie częściej owiedzać. Bardzo ale to bardzo
              chciałabym Ciebie Halinko poznać osobiście ale myślę, że takie
              spotkania w większym gronie nie są dla mnie. Może kiedyś odwiedzę
              Cię jak pozwolisz? Jestem podróżnikiem, jak tylko mam czas. Bo jak
              wiesz, uciekłam w pracę. Pracuję po 10 godzin dziennie, przez cały
              tydzień, dzień w dzień. W sobotę i niedzielę odsypiam. I tak się
              kręci moje życie.Aby minął kolejny dzień.
              Ale dzisiaj rozpisałam się ..ale ten wiersz cleo tak na mnie
              podziałał..cleo, jeszcze raz dziękuję.
              A teraz spadam bo muszę o 6 wstać i zwlec się do tej pracy..
              Jeszcze raz ściskam Was
              Grażyna, mama Patryni
              • tilia7 Re: do Grażynki 18.06.10, 11:15
                Grażynko kochana,nie przepraszaj,bo nie ma za co,źle mnie
                zrozumiałaś,moją intencją nie było zwracanie Ci uwagi,że nie tylko
                strata dziecka boli.Napisałam,bo poruszyły mnie Twoje słowa o
                zobojętnieniu na cudzy ból-a poruszyły mnie dlatego,że sama też
                zobojętniałam.I choc już to pisałam nie wiem ile razy powtarzam
                wciąż od nowa:"cierpienie nie uszlachetnia".I nie otwiera na
                ludzi,bo ja mam takie same odczucia jak Ty,że skoro nikt nie może
                mojego bólu zrzumiec to lepiej mi samej w moim małym własnym świecie.
                Przytulam cię mocno
    • agawyzga Re: do wszystkich Mam które straciły swoje Dzieci 18.06.10, 09:29
      Witam ..
      Ja tez jestem mamą,która dołączyła do waszego grona 8 miesięcy temu,straciłam
      19-letnią śliczną córeczkę i w najśmielszych snach nie sądziłam,że przyjdzie mi
      się zmierzyć z tak wielkim bólem i cierpieniem...dziś jestem już inną osobą ale
      staram się nie zamykać do końca w sobie, co nie oznacza oczywiście,że mam dni
      gdy nie mam ochoty spotkać się z ludźmi.
      Nigdy nie byłam osobą, która przesadnie się modliła i biegała do kościoła
      każdego dnia ani do dziś taka nie jestem, ale chciałam się z wami podzielić
      moją siłą oraz moim sposobem na dalsze życie...
      Ja wyciągnęłam w mej wielkiej rozpaczy ręce do Boga i po raz pierwszy w życiu
      doświadczyłam jego pomocy, ale wierzcie mi kochane mamy,że bez Boga i jego
      siły nic nie damy rade zrobić same, po prostu jesteśmy za słabe.
      Codziennie powtarzam sobie Jezu Ufam Tobie, tylko ty wiesz jaki ma sens ,abym
      żyła bez mojego ukochanego dziecka?? ty wiesz i takie postawiłeś mi zadanie na
      drodze, a ja muszę sobie z tym poradzić...
      Dzięki tej wierze dziś po 8 miesiącach już troszkę uśmiecham się do świata i
      próbuje zmierzyć się z tym ogromnym smutkiem wypełniającym me serce...wiem,że
      śmierć to początek nowego życia i wierze gorąco ,ze przyjdzie czas gdy
      spotkamy się z naszymi ukochanymi...ta wiara pozwala mi dalej żyć i choć
      troszeczkę zacząć cieszyć się z życia...czego i wam gorąco życzę..
      Przytulam was mocno do mego złamanego serca i wierze gorąco,ze odnajdziecie
      swoja drogę do prawdziwego szczęścia...
      Agnieszka-mama Madzi
      • cleo_1 do będzie długi wywód 18.06.10, 11:39
        Dziewczyny
        Może nie powinnam pisać i zabierać głosu, bo nie doświadczyłam tego,
        co Wy. Jak strasznie brzmią słowa agiwyzgi – dołączyłam do waszego
        grona…
        Może choć trochę pomogę wam zrozumieć waszych znajomych i rodziny.
        Kiedyś na całym świecie, a teraz jest tak tylko w „kulturach
        wschodnich”, ludzie traktowali śmierć jak część życia, ludzie
        umierali w domach, były rytuały które miały pomóc i tym, którzy
        pozostali i tym, którzy odeszli. Człowiek zachodni jednak, ze swoim
        kultem ciała, młodości, sprawności fizycznej, wyzbywa się wszelkiej
        myśli o śmierci – w ogóle o niej nie myśli? Rak? Wylew? Zawał? To
        się przydarza innym, nie mnie! Kiedyś ludzie umierali w domach, jako
        ostatnią rzecz na tym świecie widzieli twarze bliskich, teraz
        umierają w hospicjach lub szpitalach, w samotności, wśród obcych
        ludzi, nieczułego personelu, szorstkości, hałasu. My wyparliśmy
        śmierć z naszego życia, choć jest ona tak samo naturalna, jak
        narodziny. Czy ja w to wierzę? Tak, ale tylko teoretycznie. Bo w
        praktyce także jestem „człowiekiem zachodu”, który nie będzie umiał
        pogodzić się ze śmiercią bliskich. My nie umiemy rozmawiać o
        chorobie śmierci. Nie umiemy rozmawiać, bo albo ignorujemy to
        zagadnienie, albo popełniamy gafę za gafą. NIE WIEMY jak pocieszyć
        kogoś kto cierpi, i tylko ranimy taką osobę. To, że wasze rodziny
        tak się zachowują, wynika zapewne z tego, że po prostu nie wiedzą
        jak rozmawiać, wiec unikają. Stygmat matki która straciła dziecko
        powoduje, że sztywnieją, czasami nawet starają się „zachować
        normalnie”, co uraża osobę, która kogoś bliskiego straciła…. I tak
        się koło zamyka.
        Rok czasu czy dwa, czy nawet trzy lub cztery, to za mało, aby choćby
        troszeczkę pogodzić się z tym, co się stało. Minie 8-10 lat i wtedy
        dopiero może „wrócicie do świata żywych”. Ale tak się stanie tylko
        wtedy, jeśli teraz nie zamkniecie się totalnie jak ślimak w muszelce
        i nie wyrzucicie klucza, bo potem tego klucza nie znajdziecie już
        nigdy. Wasza apatia, niechęć do życia, teraz jak najbardziej
        zrozumiała, za 10 lat spowoduje, że nie pozostanie Wam nic innego
        jak marna wegetacja do końca życia, a tak nie można, bo to jest
        zaprzeczeniem wszystkiego co dobre i jasne, zaprzeczeniem waszych
        dzieci i tego, czego one dla was by chciały, zaprzeczeniem wiary w
        Boga i dobroć ludzką.
        Każdy radzi sobie z bólem inaczej. Ja zapewne gdybym stanęła twarzą
        w twarz z kimś, kto stracił swoje dziecko (wybaczcie inni, ale ta
        strata, mimo, że nie mam dzieci, jest chyba rzeczą najstraszniejszą
        bo burzy porządek bo to rodzice umierają pierwsi nie dzieci!) też
        nie umiałabym rozmawiać… jestem produktem kultury zachodniej, choć
        się przeciwko temu buntuję i nie chcę tego, ale… też ciągle uważam,
        że jestem za gruba, że za mało ćwiczę, za mało się uczę, za mało mam
        w sobie dyscypliny, za bardzo sobie pobłażam, jestem w środku tego
        chaosu miejskiego, aut, pracy, szefów, notatek, spotkań – tylko
        czasami, jak zatrzymam się i najczęściej najdzie mnie refleksja po
        jakieś lekturze, wtedy widzę, jakie to beznadziejne, i że tak
        naprawdę liczy się tylko druga istota (nie koniecznie ludzka! Żywa)
        która czuje i pomoc dla niej. To jest to co ostatecznie wnosi
        wartość w nasze życie i nadaje mu sens. TYLKO TO. Ja nie widzę nic
        innego. Czasami jestem agresywna, złośliwa (np. jadąc rano do
        pracy), a potem najdzie mnie myśl – to twój bliźni, choć debil, to
        prawda, ale współczuj mu, bo jego przeznaczeniem, jak każdego na tym
        świecie, jest cierpienie. O tym mówią święte księgi każdej chyba
        religii, choć może w inny sposób. Człowiek jako ostateczny cel
        wszystkiego. Odnaleźć w sobie spokój i dobro (w przeciwieństwie do
        wielu, wierzę, że można do tego dojść także w tym naszym zwariowanym
        zachodnim świecie, nie trzeba wyjeżdżać do asramu aby osiągnąć
        oświecenie).
        Może mogę tak pisać z pozycji osoby, której w życiu „się udało” –
        póki co. Pewnie tak, ale strasznie ciężko jest wejść w inną skórę,
        ja nie wiem kim jestem i co tu robię, i jaki jest sens tego
        wszystkiego będą w miejscu w którym jestem, a gdybym była kimś
        innym – tego nie potrafię sobie wyobrazić.
        Wydaje mi się, że pisanie, grupy wsparcia, to coś co chyba pomaga,
        choć zapewne trzeba się PZREMÓC aby brać w czymś takim udział.
        Gdybym JA straciła bliską osobę, próbowałabym robić coś, co zawsze
        mnie pociągało, co sprawiało mi frajdę, co było czymś, na co się
        czekało, co robiło się z radością i namaszczeniem. Wiecie co bym
        zrobiła gdybym czuła się jak Wy? A przynajmniej co chciałabym
        zrobić? Pojechałabym do mojej ukochanej Afryki i tam pracowałabym na
        rzecz ludzi lub zwierząt. Sprzedałabym wszystko co mam i
        wyjechałabym. Jestem sama, nie mam żadnych zobowiązań. Gdyby zmarł
        mój partner tak właśnie chciałabym te sprawy załatwić. Musiałabym
        tylko znaleźć dobrych opiekunów dla moich muchomorów – dwóch kotów i
        psa.
        Czytam właśnie wspomnienia dziennikarza włoskiego Tiziano Tarzani.
        Zachorował na raka i pisze, że tę chorobę, to co ze sobą przyniosła,
        potraktował jak błogosławieństwo, bowiem pomimo tego, że go
        zabijała, jednocześnie pomogła mu otworzyć oczy na coś, czego
        wcześniej nie zauważał – duchowość, Boga, sens życia, drugiego
        człowieka. Wiem, że to dziwne podejście ja również byłam zszokowana
        i nie wierzyłam mu ale myślę, że on tak to właśnie oceniał choć
        pewnie trochę z perspektywy tego, że jednak się na kilka lat
        wyleczył (przeżył kilka lat po chemii, radioterapii)
        My ludzie zachodu nie wiemy, co zrobić ze śmiercią, nie wiemy, w
        której leży szufladce, co więcej, nie chcemy tego wiedzieć. Dlatego
        jak nas dopada, świat – w dosłownym słowa znaczeniu – zwala nam się
        na głowę.
        Co jeszcze? Wywoływałam kiedyś duchy. Od tamtej pory wierzę w to, że
        jest druga strona. Jeśli jest – jeśli coś przetrwa moment śmierci –
        to na pewno spotkamy się po drugiej stronie z naszymi kochanymi
        zmarłymi. Rok temu śniła mi się moja Babcia która powiedziała,
        Anitka, tam jest dobrze, ale my nie możemy się kontaktować z wami w
        żaden sposób. Jeśli jest coś na tym świecie pewne, to miłość,
        śmierć, i to, że granica dzieląca życie i śmierć nie może zostać
        przekroczona przez nikogo, kto jest po jej przeciwnej stronie.
        Dlatego nigdy żadna z nas nie znajdzie DOWODU. Dowód to coś, co
        można pomacać w wstawić w gablotkę. My możemy mieć tylko WIARĘ. Nie
        szukajcie dowodów. Przecież każda z Was czuje, wie gdzieś w środku,
        że tak właśnie jest.
        Przepraszam, jeśli niechcący was uraziłam.
        Modlę się za waszych i za moich zmarłych
        • agawyzga Re: do cleo 18.06.10, 14:41
          Cleo...dlaczego uważasz,że moje słowa są straszne? myślałam ,że choć troszkę napawają nadzieją...??
          Agnieszka-mama Madzi
          • cleo_1 Re: do cleo 18.06.10, 16:31
            Agawyzga,
            chodzilo mi tylko o to, że kolejna osoba została dotknięta takim
            nieszczęściem, tylko w takim kontekście to pisałam.
            Pozdrawiam Cię ciepło
        • tilia7 Re: do będzie długi wywód - do Cleo_1 18.06.10, 15:12
          Napisałaś:Gdybym JA straciła bliską osobę, próbowałabym robić
          coś, co zawsze
          mnie pociągało, co sprawiało mi frajdę, co było czymś, na co się
          czekało, co robiło się z radością i namaszczeniem. Wiecie co bym
          zrobiła gdybym czuła się jak Wy? A przynajmniej co chciałabym
          zrobić? Pojechałabym do mojej ukochanej Afryki i tam pracowałabym na
          rzecz ludzi lub zwierząt. Sprzedałabym wszystko co mam i
          wyjechałabym. Jestem sama, nie mam żadnych zobowiązań. Gdyby zmarł
          mój partner tak właśnie chciałabym te sprawy załatwić.


          Wiesz,wszystko to mądre jest i piękne,ja kiedyś też myślałam,że "tak
          chciałabym te sprawy załatwic".Ale nie gdybaj,co by było,gdybyś to
          Ty straciła dziecko bądź partnera,bo-z całą życzliwością i szacunkim-
          nie wiesz o czym mówisz.Po takiej stracie znika świat.Nie w
          przenośni,tylko najdosłowniej na świecie.Znika wszystko NIE MA
          Afryki,ludzi,zwierząt,NIE MA świata.Jesteś tylko Ty i ból taki,że
          każdego dnia rano budzisz się i przede wszystkim dziwisz się,że
          jeszcze żyjesz.To nie jest też czas,żeby myślec jakie będzie nasze
          życie za 10 lat i czy nie będziemy zgorzkniałymi ludźmi.Nic mnie nie
          obchodzi za 10 lat-ja nie wiem czy dożyję wieczora,bo każdego dnia z
          sobą samą walczę o to,żeby w ogóle przeżyc.Bardzo to wszystko
          pięknie brzmi i romantycznie,że cierpienie otwiera na ludzi,na
          duchowośc i takie tam.W rzeczywistości cierpienie wywołuje
          wściekłośc,agresję,destrukcję,myśli samobójcze,nienawiśc do
          wszystkiego co piękne i żywe,zawiśc wobec szczęścia innych i
          kompletne zobojętnienie.Że są ludzie którzy mimo to jadą do Afryki
          pomagac głodującym dzieciom?Są.Tylko uwierz mi,oni nie z miłości do
          innych to robią.To jest taka ucieczka przed samym sobą,na
          zasadzie"będę na siłę robił coś sensownego w tym bezsensownym
          świecie",to jest szukanie sensu na siłę,szukanie ratunku dla
          SIEBIE.Ratunku przed cierpieniem,które zabija i niszczy.
          Nikt kto nie przeżył naprawdę bolesnej straty,nie ma pojęcia czym
          ona jest i jak się człowiek pod jej wpływem zmienia.
          Więc moja droga Cleo jeśli marzysz o Afryce,spakuj walizki i jedź
          teraz.Bo nigdy nie wiadomo jak potoczy się życie i możesz któregoś
          dnia obudzic się i przekonac,że Afryki dla Ciebie już nie ma i nigdy
          nie będzie.
          • cleo_1 Re: do będzie długi wywód - do Cleo_1 18.06.10, 16:02
            Tilia7, nie złość się, proszę.
            Napisalam że to gdybanie bo nie potrafię postawić się w Twojej
            sytuacji. Napisalam, że chcialabym, żeby tak było, żebym mogła
            jednak mysleć o innych i pomagac innym. Wcale nie oznacza to, że
            wiem, że tak by było, bo nikt z nas nie tego wiedzieć naprzód nie
            może...
            Ból i cierpienie są udziałem każdego z nas, prędzej czy później, pod
            tym wględem każdy jest równy.
            Nie chcę Was złościć swoim niezrozumieniem.
            Chciałabym abyście mogły znaleźć choć odrobinę spokoju, zyczę wam
            tego z całego serca.
            Pozdrawiam was mocno mocno i serdecznie
            • tilia7 Re: do będzie długi wywód - do Cleo_1 18.06.10, 17:10
              Cleo,ja się wcale na Ciebie nie złoszczę.Przedstawiam Ci tylko spojrzenie "z
              drugiej strony lustra".Wszystko co się o żałobie,stracie i śmierci bliskiej
              osoby myślało "przed" zostaje poddane okrutnej weryfikacji i choćby się nie wiem
              ile o tym myślało wcześniej,i nie wiem ile przeczytało na ten temat książek-a
              sama dużo bardzo czytam i myślałam,że dużo wiem-okazuje się niczym wobec żywiołu
              rozpaczy.
              Faktem jest,że człowiek przechodząc przez to wszystko staje się z dnia na dzień
              twardszy.Dosłownie jak ta skała,która przetrwała ogień,wodę,wiatr i trzęsienie
              ziemi.Ta twardość dodaje siły ale też powoduje,że cały świat rozbija się o nas
              jak o skałę właśnie,że jak skała stajemy się obojętni na los innych-ja
              przynajmniej tak to czuję.
              A tak swoją drogą Cleo-i to nie jest złośliwe pytanie,nie odbierz tego tak,pytam
              po prostu z ciekawości-dlaczego czytasz to co tu piszemy,jeśli sama nie
              przeżywasz żałoby?Zrozum mnie dobrze,nie przeszkadza mi to w żaden
              sposób,zresztą wykazałaś mnóstwo wrażliwości i współczucia a wiersz dla
              osieroconych mam rzeczywiście piękny i skoro chcesz to czytaj a nawet pisz.Po
              prostu nie rozumiem,czemu pogrążasz się w cudzym bólu,zamiast cieszyć się
              życiem,póki cieszyć się możesz.Jest tyle ciekawych portali,piszesz,że masz psa i
              koty,czemu na przykład nie portal dla miłośników zwierząt?Czemu nie w stronę
              życia patrzysz,tylko w stronę śmierci?Nie gniewaj się proszę,że pytam,podkreślam
              jeszcze raz,że mi nie przeszkadzają Twoje wpisy.Pytam,bo nie rozumiem...
              • cleo_1 Tilia 18.06.10, 21:36
                Trafiłam tu przypadkiem. Nigdy nie wiemy, dlaczego cos sie dzieje.
                Może mam coś zrozumieć? Nie wiem.
                Mam schorowanego Tatę, który jest dla mnie największym przyjacielem
                od dzieciństwa. Toleranycjny, ciekawy świata, jestem taka jak on.
                Zawsze byl mi bardzo bliski. Martwie sie o niego kazdego dnia i
                kazdego dnia po trochu sobie wyobrazam, jak to bedzie gdy go nie
                bedzie. To co tu przeczytalam, daje mi pewne wyobrazenie, choć jak
                mowie, strata dziecka jest dla mnie najgorsza stratą jaka może
                dotknąć człowieka
                Staram sie zrozumieć. W jakiś sposób jest to moja "żałoba". Strata
                Mamy mojego przyjaciela (jesteśmy ze sobą 15 lat i bardzo bardzo się
                kochamy) była pierwszą stratą, która mnie bezpośrednio dotknęła.
                Mój przyjaciel mimo że bardzo związany z Mama (ojciec pił i bił...)
                po jej śmierci, mimo ze w depresji, nigdy nie odwrocił sie od
                zadnego człowieka. Ale to jest wyjątkowa osoba i wyjątkowa rodzina,
                oni sa nie z tego świata. WyjątkoJa nie umiałabym pewnie być takim
                wyjatkiem.
                Oczywiście Tilio jestem też na kilku forach kotowych:-), ale
                nieczesto pisze czy czytam, mam niestety dość absorbującą pracę...
                Dziewczyny, musicie wiedzieć, że nie musicie robić tego co chcą
                inni. Halinka, nie idz na ten slub, jeśli to ma byc dla Ciebie
                koszmar, uważam że nikt nie może tego wymagać od Ciebie.
                Chciałabym bardzo Wam pomoc ale wiem ze nie moge. Myślę o Was.
                Może Bóg znajdzie dla Was choć odrobinkę spokoju.
                • tilia7 Re: Tilia 18.06.10, 22:52
                  Masz rację,może nic nie dzieje się bez powodu.
                  Piszesz,że Twój przyjaciel po śmierci mamy nie odwrócił się od ludzi...to nie
                  chodzi chyba o odwrócenie.Ja też,jeśli mogę komuś pomóc to pomagam,mimo
                  wszystko.Ale zupełnie inaczej się pewne rzeczy widzi,inaczej przeżywa.Ja zawsze
                  byłam bardzo wrażliwa na innych ludzi i na zwierzęta,na ich
                  krzywdę.Teraz-zostały pewne nawyki,wpojone odruchy,żeby pomóc jeśli to
                  konieczne.Ale to już jest jest zupełnie co innego.Równie dobrze mogłabym nie
                  pomóc.Jest mi to obojętne po prostu.Kiedyś jak słyszałam o czyjejś śmierci
                  naprawdę współczułam.Dziś-kiedy sama przez to piekło przeszłam-nie współczuję
                  bardziej-mówię "szkoda" i nie poświęcam temu żadnej myśli więcej.Mam "swoją
                  śmierć" żadna inna,żaden inny ból,żadna inna krzywda nie są w stanie naprawdę
                  mnie poruszyć.Może to się zmieni jeszcze,ale nie sądzę.Na razie tendencja jest
                  taka,że kamienieję coraz bardziej.Ale-jak słusznie zauważyła Halinka to nie jest
                  znieczulica.Natomiast to jest znieczulenie,to jest obrona mojego organizmu,który
                  w ten sposób mnie chroni bo wie,że nie nie zniósłby już ani grama bólu więcej.
                  Też mam kota:)
                  Pozdrawiam
                  • cleo_1 Re: Tilia 19.06.10, 10:37
                    Tilia,
                    Rafał i jego siostry mieli ciężką szkolę życia i nie znałam w życiu
                    ludzi bardziej lojalnych, z większym kręgosłupem moralnym i
                    życzliwością dla ludzi niż oni (nie mówię tu tylko o Rafale, ale o
                    jego siostrach). Ale tacy ludzie zdarzają się raz na milion i ja
                    cieszę się że dane mi jest ich znać. Oczywiscie żaden ideal, sporo
                    wad i wkurza czasami ale myślę że każda z nas chcialabym mieć takich
                    przyjaciól znajomych.
                    Myślę o Was i o waszym nieszczęsciu i modlę się abyście znalazły
                    spokoj.
                    Tilio, pomagaj dalej zwierzakom, one niczemu nie są winne. Ludzie
                    zanieczyszczyli ziemię i to ludzie ludziom zgotowali ten los (rak,
                    zawał, nadciśnienie) ale zwierzaki i dzieci są takie bezbronne i
                    niewinne. Rób to nawet "automatycznie" jak piszesz ale ja sądzę ze
                    ktoś kto jest wrazliwy na krzywdę innych a Ty wydajesz się być osobą
                    z dużą empatią nie może tak całkiem zapomnieć o biedzie innych
                    niewinnych stworzeń.
                    Dziewczyny nie będę już tu pisała, ponieważ mam wrażenie że..
                    Ale będę czytala i modliła się za Was i jednak ta lekcja cos mi
                    dala - na pewno inaczej spojrzę na kogos kto stracił bliską osobę.
                    Któras z was napisala że jak pyta kogoś co on/ona by zrobili gdyby
                    stracili dziscko i ta osoba odpowiada "nie przeżyłabym" - to to jest
                    tak nieczułe i egoistyczne podejście że po prostu nie potrafię sobie
                    wyobrazić jak możecie się czuć:-((((((
                    Bardzo was przytulam
                • annubis74 Re: Tilia 30.06.10, 14:57
                  Droga Cleo,
                  nie zaglądałam wcześniej do tego wątku, bo nie był on adresowany do
                  mnie, ale teraz zajrzałam. Cleo, przepraszam nie chcę Cię urazić,
                  ale to co piszesz to tylko teoretyzowanie i oby tak pozostało.
                  niestety to co czytasz nie da Ci zadnego wyobrażenia "jak to jest
                  ponieść taką stratę". pRawda jest taka, że miotamy się od rozpaczy
                  do nadziei i z powrotem, a czasem zadne słowa nie są w stanie oddać
                  bólu jaki się czuje, bo człowiek miałby ochotę siedzieć i wyć jak
                  zwierze
          • cleo_1 Re: do będzie długi wywód - do Cleo_1 18.06.10, 16:35

            Tilia7
            raz jeszcze przeczytalam Twoją odpowiedź.
            Masz rację, jestem głupia myśląc tak, i nawet nie próbuje wstawić
            sie w Twoją skórę, bo to po prostu niemożlwie. Ja teoretyzuje i
            idealizuje, wy praktykujecie w realnym świecie. Przepraszam. Tak mi
            bardzo przykro, że tak Wam jest źle. Bardzo Wam współczuję:-((((
            Nie mam już nic do powiedzenia, każde Twoje słowo to racja i prawda
            • halas1961 nie potrafimy przezywac tragedii innych, bo... 18.06.10, 18:45
              Ja napisze tylko iz to ze nie ppotrafimy sie rozczulić i przezywac tragedii
              które dotykaja innych ludzi (jak np. ten wypadek opisany przez Grazynke)nie jest
              niczym dziwnym, to nie jest nasze znieczulenie, to nie jest nasza nieczułość i
              zoobojetnienie. My nie bedziemy tego odczuwać jak inni ponieważ my najgorszej,
              najokrponiejszej straty juz doznałyśmy . To nie jest znieczulica. tak ma być. I
              wiesz Grazynko tak zrobie jak Ty piszesz. Jesli bratowa sie zacznie oburzac,
              spytam wprost: "gdybys musiala powiedziec swojej Ani ze jest chora na raka,
              gdybys musiala patrzec i nie moc jej uratowac, gdybys musiala kupowac jej
              sukienke nie do slubu ale do trumny czy dzis bylabys w stanie isc na slub mojej
              corki." Tak po prostu spytam bez zadnych ceregieli.
              Cleo my rozumiemy ze Twoje intencje sa jak najbardziej pełne szczerosci i dobrej
              woli. My, w kazdym razie ja robie rzeczy ktorych wczesniej nie robilam. Ale
              Tilia ma racje, jedz do tej Afryki juz teraz, nie czekaj. Jesli mozesz jedz, bo
              potem kiedys moze nie byc juz Afryki choc dla innych wciaz bedzie. Pozdrawiam
              ceplo wszystkich
              Halina- mama Agatki
              • agalt Do Halinki 19.06.10, 11:42
                halas1961 napisała:
                > Jesli bratowa sie zacznie oburzac, spytam wprost: "gdybys musiala > powiedziec
                swojej Ani ze jest chora na raka,
                > gdybys musiala patrzec i nie moc jej uratowac, gdybys musiala
                > kupowac jej sukienke nie do slubu ale do trumny czy dzis bylabys w > stanie
                isc na slub mojej corki." Tak po prostu spytam bez zadnych > ceregieli.

                Halinko, jeśli mi wolno, chciałabym Cię prosić, żebyś jeszcze przemyślała, co
                powiesz swojej bratowej... Mam dla Ciebie ogromny szacunek z powodu Twojego
                ogromnego taktu i rozwagi. Ja nie znam Twojej sytuacji dokładnie, być może ktoś
                nie tyle oczekuje ile wręcz domaga sie Twojej obecności na weselu nie licząc się
                z Twoim bólem.
                Ja jestem w podobnej, choc jednoczesnie całkowicie odmiennej sytuacji. Córka
                ciotecznego brata mojego Jasia wychodzi za mąż w lipcu. Ma wspaniałego chłopaka,
                planowali ślub juz dawno, kiedy nie mieliśmy jeszcze pojęcia o chorobie Jasia.
                Mieliśmy iść na wesele razem. Teraz oni zaprosili mnie na ślub i na wesele z
                moim synem. Na pewno pójde na ślub, ale na wesele nie dam rady. Powinnam tam byc
                z Jasiem. Boję się, że to byłby dla mnie ból nad siły. Ale wiem, że oni po
                prostu chcieli mi zrobić przyjemność. Chcieli mi pokazać, że są ze mną, że o
                mnie pamiętają. Są dla mnie ogromnym wsparciem. Może myślą, że powinnam się
                oderwać, spróbowac "wrócić do normalnego życia". Tyle, że TO jest moje normalne
                życie teraz. I tym moim obecnym normalnym życiu jest zbyt wiele bólu i tęsknoty,
                żebym mogła je zabrać ze sobą na wesele. Powiedziałam im o tym szczerze i oni
                mnie zrozumieli.
                Ja wiem, że obecność na tym weselu prawdopodobnie byłaby dla Ciebie bólem ponad
                siły (choć kiedy pisze do Ciebie przypomina mi sie opisany chyba przez Ciebie
                dawno sen o morelowej sukience i zastanawiam się, co by chciała Agatka). Ale
                jeśli mogę Cie prosić, przekaż swoja decyzję inaczej. Słowa maja wielką moc.
                Czasem jest tak, że pomyślimy coś lub powiemy i to sie potem dzieje, choc nie
                taka była nasza intencja...
                Przytulam Cie mocno
                a/
                • tilia7 Re: Do Halinki i Agalt 19.06.10, 12:18
                  Myślę,że to wszystko zależy od sytuacji i od tego,jak te osoby
                  reagują na odmowę.Jeśli da się to przekazac delikatnie i zostanie
                  się zrozumianym-jak w Twoim wypadku Agalt,to faktycznie lepiej tak
                  nie mówic.Ale jeśli są to osoby zupełnie niewrażliwe i nieczułe na
                  nasz ból i wiadomo,że będą nas dręczyc i się oburzac z powodu odmowy-
                  to ja osobiście uważam,że czasem trzeba byc brutalnym,żeby dotarło.
                  Powiem szczerze,że ja nawet mojej mamie,którą bardzo kocham i bardzo
                  mi zależy na jej wewnętrznym spokoju,też w tak brutalny sposób
                  musiałam uświadomic własne uczucia.Kiedy po raz któryś usłyszłam,że
                  już najwyższy czas się pozbierac i życ "normalnie",spytałam,czy to
                  znaczy,że gdybym ja umarła,to oni tylko rok popłaczą a potem się po
                  prostu pozbierają tak,jakby mnie nigdy nie było i nic złego się ze
                  mną nie stało.Bo jeśli tak,to ja się nie będę wysilac i męczy
                  dalej,bo życ mi się wcale nie chce i tylko dla nich tu jestem.I choc
                  było to dla mnie przykre to uważam,że postąpiłam słusznie,bo dopiero
                  zasugerowanie mamie straty jaką ona mogłaby ponieśc,uświadomiło jej
                  choc trochę,że nie rozmawiamy o jakimś drobnym wydarzeniu,które mnie
                  na chwilę wytrąciło z równowagi tylko o ŚMIERCI,tragedii,dramcie.Że
                  mój smutek,roztargnienie,lęk,rozpacz,bezsilnośc,frustracja to nie
                  jakieś moje fochy,tylko naturalna reakcja,na tragedię która mnie
                  dotknęła,że zawalił mi się świat i odbudowanie go- o ile w ogóle
                  jest mozliwe-będzie trwało lata a może zejdzie mi na tym cała reszta
                  życia.
                  Zgadzam się z Agalt,że słowa mają czasem wielką moc,ale jeszcze
                  większą moc mają uczucia.Wydaje mi się że lepiej te uczucia wyrzucic
                  z siebie niż tłamsic w sobie,męczyc się z nimi a jednocześnie
                  pozwolic rosnąc rozżaleniu i niechęci do bratowej.Bo wtedy te same
                  słowa mogą kiedyś zamienic się nie w stwierdzenie ale w życzenie.I
                  dopiero wtedy jest naprawdę źle,bo nawet jeśli to życzenie nigdy się
                  nie spełni,zatruwa naszą własną duszę.A to o nią trzeba dbac przede
                  wszystkim.
                  • agalt Re: Do Halinki i Agalt 19.06.10, 12:50
                    Tilio,
                    masz całkowitą rację. Jeżeli tej osobie trzeba wyłożyc rzecz łopatologicznie, to
                    trudno... Ale ja bym zostawiła łopatę na moment, gdy nic innego by nie
                    zadziałało. Tak mam, poza tym wiem, że mój Jaś by tak chciał...
                    Ja tylko myślę, że czasem my patrzymy na to, co nas spotyka bardzo
                    jednostronnie. Nie wyobrażam sobie pójścia na wesele. Ale jest mi naprawdę miło,
                    że rodzina Jasia uważa mnie za osobę na tyle bliską, żeby ją na wesele zaprosić.
                    I wiem, że Halince ciężko, ale zastanawiam się, czy myślała, jak by się poczuła,
                    gdyby nie została zaproszona...
              • agalt nie potrafimy przezywac tragedii innych 19.06.10, 12:08
                To chyba nie jest do końca tak, jak piszecie. To nie tak, że nie potrafimy
                przeżywac tragedii innych. Bo jeśli byłoby tak, to to forum by nie istnialo, a
                my nie byłybysmy dla siebie nawzajem takim wsparciem. Nie rozumielibysmy innych,
                nie wpółczuli...
                Moim zdaniem to nie jest żadna znieczulica, ani otępienie, odrętwienie, czy
                jakkolwiek to jeszcze nazwać... Po prostu zanim śmierć bliskiej osoby dotyka nas
                osobiście, postrzegamy tragedię innych jako coś przerażającego, czego nawet nie
                umiemy sobie wyobrazić. Ani nie chcemy sobie wyobrażać. Współczujemy tym osobom,
                ale ich nie rozumiemy. Jesteśmy przerażeni na samą myśl, że nas mogłoby to
                spotkać. To, czego nie rozumiemy, co jest ponad nasze pojmowanie, zawsze budzi
                silniejsze emocje.
                A kiedy stajemy twarzą w twarz ze śmiercią kogoś, kto jest nam bardzo bliski,
                nagle dane jest nam zrozumiec ten ból. I kiedy potem słyszymy o cierpieniu
                innych, emocje są mniejsze, ale bardziej tę osobę rozumiemy. I tak naprawdę to
                tego zrozumienia potrzeba w takich chwilach bardziej, niż emocji. Dlatego
                większym wsparciem jesteśmy dla siebie tutaj, choć sie nie znamy osobiście, niż
                są nam osoby, które nas otaczają... Tak mi sie wydaje...
                Przytulam cieplutko
                • krystyna1958 Re: nie potrafimy przezywac tragedii innych 19.06.10, 16:01
                  To prawda nasze serca sa jak bryla lodu,nic nie cieszy,nie przynosi
                  radosci.Jestesmy otepiale.Moj synek urodzil sie z ciezka postacia
                  porazenia mozgowego,doszla epilepsja wieloobiawowa lekooporna bardzo
                  duzo wycierpial w zyciu.Wszyscy bliscy litowali sie ale
                  nademna,"Boze za co to Ciebie spotkalo" nie nad moim synem. Prawie
                  nikt nie rozumial,ze mozna tak bardzo kochac chore dziecko.Moj synek
                  byl najkochanszym ,najpiekniejszym,najdrozsza istotka jaka obdazyl
                  mnie Bog,kochalam i kocham Go nad zycie.Walczylam o kazdy kolejny
                  dzien zycia synka.Nie mial szansy na zycie,skasowali go wszyscy juz
                  od progu jego zycia,Jarek przezyl prawie 17 lat.Nie przespalam setek
                  nocy,wylalam morze lez.Przyszedl dzien kiedy zakonczylo sie Jarka
                  ziemskie zycie,stalo sie to 201dni temu. Oszukal mnie myslalam,ze
                  Jarek odpoczywa,a on po cichutku z usmiechem na buzce mnie
                  zostawil,odszedl.Gdybym wiedziala minute przed tym ,odeszlabym razem
                  z nim,jakos to bym sobie zalatwila......!Teraz mam duzo
                  czas,spokoju,.....ale po co.Nic mnie nie cieszy,nie mam w sobie
                  odrobiny woli zycia.Zycie stalo sie puste,bez sensu.Zycie bylo w
                  tedy,teraz jest wegetacja ,odliczanie kolejnych
                  poniedzialkow,dni,tygodni,miesiecy.Tak naprawde nikt nie liczyl sie
                  tylko moj synek.Za zycia byl ledwo akceptowany,teraz juz nikt go nie
                  wspomina........dlaczego bo byl dzieckiem kalekim,byl dla innych
                  tylko balastem.Jarek umarl,a moje serce razem z nim.Jestem jak
                  GLAZ.Udaje,ze czyms sie interesuje,robia ze mnie losia w ramach
                  terapi,niech sie ciesza ,ze mi pomagaja,we mnie juz nie ma zycia. K
                  • halas1961 Re: nie potrafimy przezywac tragedii innych 19.06.10, 18:04
                    Co do niezaproszenia na wesele, to raczej w gre by nie weszło bo ja jestem
                    chrzestną. Na wesele mysle ze dam rade pojsć. Ja nie dam rady pojsc od domu
                    gdzie krzyzem błogosławi sie pare mloda, nie dam rady isc od koscioła i nie
                    pójde choc sie tego ode mnie oczekuje. Jesli bratowa zachowa sie jak powinna
                    słow napisanych w powyzszych wypowiedziach nie bedzie. A tak wogóle
                    postanowiłam, ze nie bede rozmawiala z nia tylko z Parą młoda, wytłumaczę im
                    dlaczego nie będe mogła byc w domu i kosciele. Bo u nas jest taki zwyczaj ze w
                    kosciele mlodzi dziekuja rodzicom i chrzestnym. No i ta ceremonia przed
                    ołtarzem, ta sukienka, to wszystko, przeciez ja bede widziala tylko moja Agatke
                    w trumnie, jej sukienke , jej wlosy, konwalie z niezapominajkami w jej dłoniach,
                    rozaniec w jej dloniach. Dlaczego nawet moja matka nie potrafi sie choc troche
                    wczuc w moja sytuacje, dlaczego ja mam sie ttlumaczyc, dlaczego do jasnej cholery...
                    Nie piszcie juz nic wiecej na ten temat, proszę Was.
                    Halina-mama Agatki
                • tilia7 Re: nie potrafimy przezywac tragedii innych 19.06.10, 19:03
                  Częściowo masz rację Agalt,ale u mnie to ewidentnie jest znieczulenie i
                  obojętność.Forum....tak na tym forum potrafimy się zrozumieć,współodczuwać i
                  współczuć.Ale moje zobojętnienie jest dla mnie widoczne również wtedy,kiedy
                  wchodzę na to forum.Kiedy tu trafiłam sama byłam w najgłębszej rozpaczy i kiedy
                  poznawałam tragedie poszczególnych osób,potrafiłam szczerze nad nimi płakać mimo
                  własnego bólu.Ale teraz już tak nie jest.Osoby,które są tu od dawna albo chociaż
                  od kilku miesięcy stały mi się bliskie i bardzo cenię kontakt z Wami.To już jest
                  takie zżycie,taka wspólnota,bo w końcu spory kawałek tej drogi przeszłam w
                  Waszym towarzystwie,więc i wdzięczność czuję za okazane wsparcie i cieszę,
                  się,że mogę z wrażliwymi,inteligentnymi osobami wymienić poglądy na sprawy ważne
                  dla mnie,o których w codziennym życiu nie ma z kim porozmawiać.Ale kiedy
                  pojawiają się teraz nowe osoby to powiem szczerze,że albo nie czytam ich postów
                  albo czytam,ale -przepraszam za brutalną szczerość-nie czuję w związku z tym
                  NIC.Myślę,tak z rozumu myślę,że to smutne,że znowu ktoś załamany tu trafił.Ale
                  nie czuję nic.Nie mam nawet potrzeby pocieszyć.Zresztą i tak pocieszyć nie można...
                  Myślę,że to się wzięło z faktu,że ja w mój ból wpadłam naprawdę z jakąś
                  niezwykłą intensywnością i bez żadnych "ochraniaczy".Moja psycholog
                  stwierdziła,że u mnie nie zadziałały żadne mechanizmy obronne,żadne.Śmierć
                  mojego partnera była dla mnie nie tylko strasznym ciosem ale też takim
                  zaskoczeniem,takim szokiem,że te mechanizmy po prostu nie zdążyły
                  zadziałać.Dopóki mój organizm nie zaczął padać z wyczerpania byłam jednym
                  wielkim wyciem bez żadnego znieczulenia.Ja sama nie umiem uwierzyć,że w ogóle to
                  przeżyłam,nie umiem uwierzyć,że można przeżyć uczucia o takiej intensywności i
                  żyć.I powołując się jeszcze raz na obiektywizm osoby która mi towarzyszy w tej
                  żałobie-moja psycholog też cały czas powtarza,że przy tak intensywnym
                  przeżywaniu tych emocji aż trudno jej uwierzyć,że ja żyję-bo i to są jej słowa
                  "jak patrzę na panią to myślę,że ja bym tego nie przeżyła".Ale organizm ma
                  jednak określoną wytrzymałość.I teraz w końcu mechanizmy obronne zastosował.Moje
                  zobojętnienie jest takim właśnie mechanizmem.Mam dość własnego bólu,mój mózg nie
                  przyswaja już po prostu więcej.Rozum wie oczywiście,że w takiej czy innej
                  sytuacji POWINNO się współczuć,ale w emocjach tego nie ma.Zobojętniałam na
                  czyjeś tragedie,na makabrę,na czyjeś cierpienie.Naprawdę zobojętniałam.Może to
                  się zmieni-trudno ocenić,wiadomo,że w procesie żałoby te emocje cały czas
                  podlegają zmianom,ale jak na ten moment jestem zobojętniała.Nawet własnymi
                  domowymi sprawami przejmuję się mniej niż kiedyś,a czasami wcale.Niełatwo się do
                  tego przyznać,ale taka jest prawda.
                  • grazyna1965 Re: nie potrafimy przezywac tragedii innych 20.06.10, 00:59
                    Tilio,napisałaś znów wszystko to co ja chciałabym napisać. Nie
                    potrafię tych wszystkich moich poplątanych myśli opisać ale jak
                    czytam Ciebie to mam wrażenie, że piszesz o mnie a nie o sobie.
                    Wiesz, że ja zaczynam się ,,usprawiedliwiać" z mojego stanu? Z tej
                    totalnej pustki jaka jest we mnie, z lenistwa, z braku empatii, ze
                    złości jaką w sobie noszę..ze wszystkiego praktycznie. Nie mam siły
                    starać się,cokolwiek to znaczy. Jedyne na co mam siły to praca.
                    Czasami mam wrażenie, że jdynym moim celem jest wywiązanie się z
                    obowiązków jakie mam w szkole i w klubie. Moje życie to
                    teraz ,,świat pracy", w nim jakoś się odnajduję, pilnuję terminów,
                    bez przerwy coś piszę, nawet mam jakieś pomysły..potem gdy wracam
                    do domu wszystko znika, jestem w innym świecie, w świecie bez
                    Patry.To jest za trudne dla mnie więc znów szukam zajęcia związanego
                    z pracą..na szczęście jest już noc i znów można się położyć, zasnąć,
                    zapomnieć. Rano od nowa zaczyna się praca i kolejny dzień bez Patry
                    zaliczony. Ale są wieczory, że nic nie pomaga, wtedy wariuję. Czy
                    tak można żyć? Chyba tak, skoro żyję tyle czasu. Tylko co to za
                    życie? Moja "Afryka" to praca, szczególnie z moimi niepełnosprawnymi
                    zawodnikami. Ale każdy powrót z pracy to pustka, to dom bez śmiechu,
                    to szukanie Patry. Nie radzę sobie z tym poczuciem pustki i z
                    tęsknotą za Patrą. I powiem Ci Tilio, że tej "Afryki" tak naprawdę
                    nie ma, to tylko taka "tabletka" na przetrwanie. I jak to z
                    tabletkami, kiedyś skończy się jej działanie. I co wtedy? Inna
                    tabletka? W moim przypadku co to może być? Już nic i nikt nigdy nie
                    sprawi, że poczuję,że życie jest piękne. Bo nie jest. Jest straszne,
                    brutalne, bezsensowne. Ale chcąc czy nie, jestem w nim..i to jest
                    cholernie trudne bycie w świecie, w którym nie ma mojej Patryni.
                    Mojego szczęścia, mojej miłości życia, mojego cudu.Mojej jedynej
                    córeczki, mojej Patryni.
                    Grażyna,mama Patryni
                    • grazyna1965 Re: nie potrafimy przezywac tragedii innych 20.06.10, 13:16
                      Halinko, ściskam Cię mocno i często myślami jestem przy Tobie i
                      Agatce, pamiętaj o tym. Wiem, że to żadne pocieszenie ale jak jest
                      Ci tak ciężko, że zmysły odmawiają posłuszeństwa to pomyśl, że jest
                      gdzieś daleko taka matka jak Ty, która czuje i przeżywa tak samo,
                      która szuka sensu istnienia każdego dnia.Pokaleczona,powalona na
                      łopatki ale walcząca wciąż..dla swojego dziecka. Takich matek
                      walczących jak my jest strasznie dużo, o wiele za dużo..w ogóle nie
                      powinno ich być,ale nie wiedzieć czemu ten świat jest tak
                      skonstruowany. Nie udało się Panu Bogu wiele
                      rzeczy,niestety.Przedwczesna śmierć, śmierć dziecka,zniedołężniała
                      starość, która dla niektórych jest koszmarem i godzeniem w
                      człowieczeństwo, kalectwo ludzi i wiele innych rzeczy, które są i na
                      które nie mamy wpływu. Ale są też te cudowne chwile w życiu
                      człowieka..tylko że wydaje nam się, że one będą trwać wiecznie. A
                      tak nie jest. My to już wiemy.
                      Całuję Cię mocno
                      Grażyna,mama Patryni
                    • tilia7 Re: nie potrafimy przezywac tragedii innych 21.06.10, 22:48
                      Wiem Grażynko,czuję tak samo.Praca jest takim "wejściem w rolę",wiadomo co
                      robić,bo obowiązki tego wymagają i można w tą rolę uciec choć na chwilę.A poza
                      tym pustka,pustka,pustka.Ja też nie mam siły się starać.Czasem czytam wpisy
                      różnych osób na forum "mama-wdowa" i dziwę się,że piszą o tym,że chcą,żeby ból
                      przeszedł.Ja w swoim bólu utknęłam,nie mogę go znieść a jednocześnie nie umiem
                      go "puścić",bo czuję,że wtedy nic mi zupełnie nie zostanie.Masz rację "Afryki"
                      nie ma a jeśli jest,to jest tylko tabletką ZAMIAST...
                      Ostatnio z moją psycholog rozmawiałam o tym "życiu po życiu"-bo tak nazywam
                      to,co teraz się ze mną dzieje.O tym,że czuję się w tym życiu
                      uwięziona.Teoretycznie mogę robić wszystko,mogę robić mnóstwo dobrych i
                      ciekawych rzeczy,albo niedobrych i nieciekawych albo niedobrych ciekawych
                      itd.Mogę wszystko-tylko nie to co bym naprawdę chciała.Niby wolność,ale od
                      ściany do ściany.
                      Piszesz,że życie jest straszne-to prawda.Czasem jest też piękne,czasem tak
                      piękne,że zapiera dech,ale to piękno powoduje,że jest jeszcze straszniejsze...
                  • halas1961 Re: nie potrafimy przezywac tragedii innych 20.06.10, 10:58
                    Kochana Grazynko
                    napisałaś dokładnie to wszystko co i ja bym chciała napisać. Ja nawet sie
                    zmuszam do działń jakiś dla innych, niby mnie to cieszy zetam coś komus pomoge,
                    itd, al ekiedy wracam do domu, kiedy wracam do sowjeo prawdziwego zycia to jest
                    tak jak i u Ciebie. Ja mam wrazenie zedopiero teraz zaczynam przezywac załobe,
                    ze ten pierwszy i kawalek drugiego roku to był jakiś amok, cos takiego co nie
                    pozwoliło mi zwariować, nie skupiac sie na sobie , pomagać innym, chocby słowem
                    na tm forum. Jade do tego Wożniakowa, nie wiem czy dobrze robie, na pewno nie
                    bede sluchac szczegółów o targediach innych ludzi, jedynie pobieznie. Na pewno
                    nie dam rady tego sluchac. Dzis 15 lat jak zmarł mój tata
                    pozdarwiam Was
                    Halina-mama Agatki
                    • annmaria Re: nie potrafimy przezywac tragedii innych 20.06.10, 14:26
                      Wrocilam z cmentarza gdzie niby ma byc. Ale wiem przeciez ze Go tam
                      nie ma . Rownie dobrze moglabym pojsc do parku albo gdziekolwiek
                      indziej. No ale do rzeczy swiatelka dwa zapalilam. To drugie to dla
                      Janka ze Lwowa. Dawno Go nie ma mysle ze moze sie spotkali. A
                      jeszcze o cierpieniu. Utwardza jak cholera. Czlowiek jak ze stali
                      sie czuje. Inny taki inny niz przed. Otwiera sie prawdziwe
                      spojrzenie na swiat co moze cieszyc a co nie warte niczego nie
                      warte. Mysle ze smierc drogiego drogiej w pewien sposob okalecza
                      odbiera ale i tworzy kogos nowego kogos komu juz nic zlego ten los
                      nie da bo wszystko wytrzyma bo jest jak skala niezniszczalny na
                      zewnatrz ale w srodku delikatny oboloaly i tkliwy. A

                      Dni za dniami mijają przyspieszając wciaz biegu...aż się urwą...Za
                      marzeniem nadąrzyć nie mogą...A pytanie odwieczne CO na tamtym jest
                      brzegu? Pali usta i ludziom i Bogom...
                      • tilia7 Re: nie potrafimy przezywac tragedii innych 21.06.10, 23:02
                        Tak to chyba jest,że czym bardziej w środku tkliwy i pokaleczony,tym bardziej na
                        wierzchu skorupa i skała.Nawet twarz mam skamieniałą z tego bólu,cały czas
                        kontrola,żeby te łzy nie były na wierzchu-jak pisze Halinka-i w końcu twarz
                        kamienieje jak zastygła lawa.I tak samo kamienieje serce - odbija cudzy ból,żeby
                        nie zdołała przeniknąć do tego zbyt czułego środka.
                        Ja się łapię czasem nawet na takiej w pewnym sensie wyniosłości wobec ludzkich
                        codziennych problemów.Nie lubię tego,ale nic nie poradzę,że tak odczuwam.Dla
                        samej siebie tez jestem twardsza.Z jednej strony staram się o siebie dbać,być
                        wyrozumiała,tak jakoś samą siebie utulić w tym bólu i jeśli chodzi o uczucia
                        związane z żałobą to daję sobie pełne prawo do przezywania ich wszystkich.Ale na
                        przykład jak mi zimno to się nad sobą nie rozczulam,tylko mówię sama do
                        siebie:"daj spokój,taki ból wytrzymujesz,a zimno ci przeszkadza?"I faktycznie
                        jest tak,że się człowiek robi jak ze stali - tak samo twardy i tak samo zimny
                        jak metal.
                    • tilia7 Re: nie potrafimy przezywac tragedii innych 21.06.10, 22:52
                      Halinko,ja też dopiero teraz przeżywam żałobę.Nic nie wiem z tego pierwszego
                      roku,nic,jakby mnie nie było,nic prawie nie pamiętam,nie wiem,że płynął czas,nie
                      wiem jak w ogóle przeżyłam.Nie wierzę,że ten rok przeżyłam.U mnie to też był
                      całkowity amok.Niby byłam świadoma cały czas swoich myśli i uczuć a mimo to cały
                      czas byłam w szoku.
    • 198-3mk Re: Do cleo... 29.06.10, 19:02

      Witaj cleo!
      Bardzo dawno nie wchodziłam na to forum. Dzisiaj weszłam i przeczytałam Twoje
      słowa, oraz wiersz do osieroconych matek.
      Pozwoliłam sobie poczuć że jest też skierowany do mnie, bo również straciłam
      swojego 22-letniego syna Marcina, pokonanego przez chorobę
      nowotworową.
      Wiersz jest śliczny. Bardzo Ci za niego dziękuję.
      Najbardziej jednak dziękuję Tobie za to, że poruszył Cię Nasz los. Los
      osieroconych matek...
      I tak jak piszesz Kochana, nasze serca są miękkie, pełne miłości, ale potrafią
      być twarde jak stal, kiedy walczymy o Nasze dzieci...
      Jeszcze raz bardzo Ci dziękuję.
      Pozdrawiam Serdecznie. Beata-mama Marcina.

      • 198-3mk Re: Do cleo... 29.06.10, 22:04
        Cleo-to znowu ja-)
        W pierwszej kolejności napisałam do Ciebie, a potem dopiero przeczytałam wpisy.
        BRRRRRRRRRRRRRR Jak mi się zrobiło niesmacznie...
        Jak się cieszę że uciekłam z tego forum. Ile tu jadu... Złośliwości...
        Nietolerancji... Fuj... Te osoby które piszą że trzeba szanować zdanie innych,
        same nie potrafią uszanować tego co jest napisane nie po ich myśli...
        Dlatego stąd uciekłam. Wypowiedzi osób które też straciły dzieci, wpędzały mnie
        w poczucie winy tylko dlatego ze czułam i robiłam inaczej niż One...
        Śluby... Jaki to piękny czas...
        Czy to że my przeżyliśmy tragedię, upoważnia nas do tego aby innym zabraniać
        cieszyć się swoim szczęściem...?
        Mój syn który zmarł, był moim najstarszym synem.
        Równy miesiąc od Jego śmierci, było wesele od córki siostry mojego męża.
        Poszliśmy do kościoła. Złożyliśmy życzenia. Nie było łatwo...
        Dwa lata od śmierci Marcinka, żenił się mój drugi syn, a Jego brat. Tego roku,
        20 czerwca ożenił się trzeci syn.
        Czy miałam im tego zabronić...? Nie. Nigdy bym tak nie postąpiła.
        Uważam że śmierć ich brata, nie może przesłaniać ich życia.
        Bo Oni żyją... My żyjemy... Dla nas życie toczy się dalej... A mam nadzieję że
        kiedyś dowiem się dlaczego nasze losy potoczyły się tak a nie inaczej.
        I jestem bardzo szczęśliwa że dzięki mojej postawie, życie moich pozostałych
        dzieci, toczy się dobrym torem. Ciesze się że żadne z nas nie potrzebowało
        psychologa, bo miałam w sobie dość siły, aby nas wszystkich przez to
        przeprowadzić. Mądrze przeprowadzić...
        Czy to było dla mnie łatwe... ? Nie!!! I nadal jest różnie, ale warto było
        zaryzykować.
        Mnie tu nie chodzi o to aby innym dawać rady. Warto jednak aby ci inni, też
        czasem pomyśleli o tym, że doświadczenia osób postronnych, mogą mieć swoją
        wartość...
        Twoje słowa cleo, są dla mnie bardzo mądre i osobiście nie widzę powodu, dla
        którego miałabyś przestać tu pisać.
        Halinka pisze wiersze, Ty cleo piszesz wiersze. Tilia kiedyś wspomniała że
        pisała listy. Ja napisałam książkę. Jest to pamiętnik o chorobie i śmierci
        mojego syna. Została wydana. Już jest sprzedane 3 tys. egzemplarzy. I też się
        tym cieszę... Cieszę się z meili i listów od czytelników, którzy do mnie piszą,
        dziękując mi za taką książkę. Pochwaliłam się!-) A co? Nie mogę, kiedy inni mogą -)
        Cieszę się że dałam synowi spokojnie odejść. W nagrodę czuję Jego pomoc. Jego
        opiekę. Nic nie ma za darmo na tym świecie...
        Cleo, widzę że wycowałaś się z forum. Nie ty pierwsza...
        Proszę Cię jednak, jeśli przeczytasz to co napisałam, to poślij mi
        mały uśmiechnięty dziubek. O taki -)
        Pozdrawiam. Beata-mama Marcinka Kanik.
        • first.marionetka Re: Do Beatki 29.06.10, 22:56

          "Ile tu jadu... Złośliwości...
          Nietolerancji... Fuj."

          Beatko, a nie myślisz, że to ból, tylko i aż ból a nie jad.
          Jesteś przed nami, czas dał ci coś, czego ja np. jeszcze nie mam - mądrość w
          odczuwaniu rozstania.
          Myślę, że w żałobie zawsze jest ból, który można pomylić i nazwać go np. jadem.
          A to ludzkie nieradzenie sobie ze sobą, ze światem........
          • 198-3mk Re: Marionetko... 30.06.10, 08:28
            Witaj!
            Jednak znowu dałam się wciągnąć ale jesteś jedyną osobą do której czuję bardzo
            duży szacunek Marionetko /chyba Małgosiu/ wybacz jeśli pomyliłam imiona. Z góry
            przepraszam. Nie chcę nikogo tym zdaniem obrazić. Po prostu marionetka jest dla
            mnie autorytetem.
            O co mi chodzi Małgosiu...
            Ja wiem , rozumiem co znaczy słowo ból, tylko czy czasem nie dajemy temu słowu
            za dużo praw...?
            Przeżyłam stratę, odczuwam ból, więc mogę nienawidzić innych, mogę ignorować
            ludzi, mogę obarczać wszystkich w koło, za to co mnie spotkało, tylko dlatego że
            mnie boli...? Chyba nie...
            Ja staram się nie mylić bólu z frustracją. Ból mnie nie upoważnia do niczego.
            Nie tłumaczy mojego zachowania. Rozumiem, psycholodzy mówią, masz prawo bo
            cierpisz... Księża mówią , masz prawo bo cierpisz/nie wszyscy/. Ale czy przez to
            prawo jesteśmy upoważnieni do zadawania bólu innym ludziom...?
            Moim zdaniem cleo tak pięknie pisała. Mogła wogóle nie zwrócić uwagi na nasze
            tragedie. Mogła przejść obok. Minąć nas.
            Cleo zachowała się wspaniale. Zatrzymała się przy naszym nieszczęściu. Pochyliła
            głowę nad naszym nieszczęściem. I co...?
            Okazuje się że nie powinna bo nie doznała uczucia straty... Bo nie cierpi... Bo
            nie jest w żałobie... Tylko dlatego odsyła się Ją na forum dla kotów...? Kobiety
            wybaczcie, ale dla mnie jest to niepojęte...
            Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem...
            Staram się w każdej sytuacji, w każdej osobie znaleść coś dobrego, bo bardzo
            wierzę w to, że każdy z nas coś takiego posiada.
            W stosunku do siebie też bywam krytyczna. Zawsze staram się odwracać sytuację, a
            co ja bym zrobiła jeśli byłabym na miejscu tej osoby...?
            Sedno... Odpowiedzcie szczerze. Same sobie. Czy przed waszymi tragediam tak
            bardzo interesował Was los innych ludzi...?
            Ich tragedie... Ich śmierci bliskich dla nich osób...? Ich ból...?
            Zatrzymywałyście się, czy szłyście dalej... Bo ja nie zawsze umiałam się
            zatrzymać...
            A teraz umiem.
            Dlatego jestem Bogu tak bardzo wdzięczna, za to,że w tej mojej żałobnej
            pielgrzymce, nikogo nie skrzywdziłam. Nikomu nie ubliżyłam, tylko dlatego że
            cierpię, że mnie boli.
            Ostatnio nawet moja przyjaciółka przypomniała mi, że tak właśnie się
            zachowywałam, i nadal w tym trwam.
            Nadal bardzo współczuję ludziom którzy muszą zmierzyć się ze stratą bliskich
            osób. Bardzo przeżyłam tragedię nad Smoleńskiem, płakałam nad tymi ludźmi. Nie
            ważne że dla mnie świat zawalił się 5 lat temu. Dla nich świat legł w gruzach 10
            kwietnia i łączyłam się z nimi w bólu po stracie ich bliskich.
            Nie wiem marionetko... Może jestem dziwakiem, cudakiem, a może człowiekiem który
            nie skupia się tylko na swoim bólu, i dopuszcza do siebie ludzi, też tych nie
            cierpiących ale współcierpiących.
            I chwała im za to, że tacy jeszcze istnieją w tym szalonym świecie.
            Pozdrawiam Cię Marionetko bardzo Cieplutko. Beata-mama Marcinka.
            • first.marionetka Re:Do Beatki 30.06.10, 11:05
              Beatko, nie oceniam innych z forum, bo nie mam w sobie siły, aby
              pojechać na spotkanie np. do Wożniakowa i kontakcie bezpośrednim
              zrozumieć Ich i siebie.
              Sądzę po sobie i po wpisach innych jakie emocje nam towarzyszą.
              Beatko, tu jest jedyne miejsce gdzie odważamy się wykrzyczeć swój
              ból.
              Na codzień ten ból jest niemy. Dławi, obezwładnia, zabiera siły.

              Wiesz, ja potrafiłam wcześniej współczuć. A 10 kwietnia zobaczyłam w
              jakim miejscu się znalazłam, co czuję, jak myślę.....uwierz mi,
              zrozumiałam, że ja w swój 10 kwietnia weszłam wcześniej.
              Myślałam o matkach, które znalazły się z tym dniem " na innej
              planecie" tak jak ja, czułam ból osieroconych dzieci, małżonków, ale
              to wszystko sprowadziło się do głośnego krzyku " niczego już nie
              rozumiem". I żyję w tym "nierozumieniu życia". I nie jest lekko.
              Ale rozumiem, że w tym bólu można kopać, obrażać.... bo może ten
              ktoś nie radzi sobie jeszcze bardziej niż ja.
              Zapewne nie jest to stan permanentny, ale okresowy, na czas
              największego niezrozuminia nowej rzeczywistośći w której przyszło
              żyć.
              Wierzę, że Cleo ma na tyle empatii i rozumie, że potrzebny jest
              czas, żeby przyjąć Jej współczucie..... czas......

              Pozdrawiam Cię Beatko. Nadal Marionetka
            • tilia7 Re: 198-3mk... 30.06.10, 11:53
              Beatko,nie do mnie niby Twój wpis,ale to ja odesłałam Cleo na forum
              o kotach więc czuję się wywołana do tablicy.Otóż myślę,że albo
              jesteś osobą bardzo złośliwą,dobrze ukrytą pod płaszczykiem
              wielkoduszności i życzliwości do ludzi albo,wybacz,bardzo
              ograniczoną intelektualnie,jeśli nie potrafisz przeczytac tekstu ze
              zrozumieniem.Odesłałam Cleo na forum o kotach nie ze złośliwości ani
              nie dlatego,że nie życzę sobie Jej wpisów-i wyraźnie zaznaczyłam,że
              mi Ona nie przeszkadza.Napisałam tak,bo uważam,że nie jest zdrowym
              objawem pogrążanie się w cudzych tragediach i czytanie o
              śmierci,potwornym cierpieniu i bólu,jeśli można JESZCZE życ
              normalnie i cieszyc się tym życiem.Chciałam Jej zasugerowac,żeby
              zwróciła się w stronę życia i jego dobrej,jasnej strony póki
              może.Nie widzę nic złego,jadowitego,ani podłego w tej sugestii.
              Ale Ty masz taką skłonnośc,żeby wszędzie dopatrzec się jadu-każdy
              sądzi według siebie.To Ty nie masz wyrozumiałości i wcale nikomu nie
              współczujesz.Twoje 5 lat wobec naszego czasem niespełna a czasem
              trochę ponad roku,to naprawdę wielka różnica.I mam wrażenie,że nie
              pamiętasz jak to było na początku.Cały czas uporczywie powtarzasz,że
              z Bogiem,że z pokorą itd.A ja nie wierzę w to,że nie ma w Tobie
              żadnych złych uczuc-bo są w każdym człowieku i siłą rzeczy w żałobie
              przeżywa się i takie okresy,kiedy jest przede wszystkim
              złośc,bunt,niezgoda i aresja czy własnie zobojętnienie na czyjąś
              krzywdę.Niektórzy,jak na przykład ja, mają odwagę się do tych uczuc
              przyznac a innym się wydaje,że za wszelką cenę muszą byc idealni i
              jeszcze pewnie mają misję,żeby innych zmuszac do bycia idealnymi
              (czytaj zakłamanymi).Jak napisała Marionetka-to forum to jedyne
              miejsce,gdzie możemy wykrzyczec swój ból,gdzie możemy szczerze pisac
              o uczuciach i jest oczywiste,że czasem sa to uczucia złe.Ta
              szczerośc oczyszcza.W przeciwieństwie do zakłamania,udawania i
              robienia z siebie świętej.Jeśli nie potrafisz nas zrozumiec,a nie
              potrafisz,to rzeczywiście może tu nie zaglądaj.Oszczędzisz sobie i
              nam nerwów i przykrości,bo jakoś tak się zazwyczaj dzieje,że jak coś
              napiszesz to dopiero robi się ferment.
              I jeszcze bardzo ważne.Piszesz,że nikogo w tej drodze swojej nie
              skrzywdziłaś.Otóż skrzywdziłaś i krzywdzisz daej mnie a ja nie
              jestem nikim,niezależnie od tego,co Ty na ten temat
              myślisz.Posprzeczałam się już z Tobą kiedyś na tematy Boga i
              zaatakowałaś mnie wtedy podle,zupełnie bez szacunku dla mojego bólu
              oraz dla faktu,że jestem na początku tej drogi.Płakałam wtedy z
              TWOJEGO powodu.I miałam zamiar opuścic to fotum z TWOJEGO powodu
              mimo,że pisanie tu było i jest dla mnie ważne.Teraz również jestem
              zła z TWOJEGO powodu,bo jak zwykle bez zrozumienia czytając,walisz
              we mnie tymi kamieniami co to niby piszesz,że "kto z Was jest bez
              winy niech pierwszy rzuci kamieniam".Więc myśl sobie co tam
              chcesz,nie każdy może miec lotny intelekt,trudno.Ale przynajmniej
              miej świadomośc,że w swojej drodze do świętości podeptałaś mnie i
              moje uczucia a tym samym,że mnie skrzywdziłaś w tym swoim fałszywym
              i plastikowym miłosierdziu.
              Przykro mi,że muszę Ci odpowiedziec tak jadowicie ale kto sieje
              wiatr,ten burzę zbiera.Życzę Ci mimo to szczerze i z całego
              serca,abyś zdołała kiedyś zdobyc prawdziwą życiową mądrośc i
              prawdziwe zrozumienie dla ludzkich słabości.Szanuję Cię jako
              matkę,która straciła dziecko i bardzo Ci tego współczuję.Ale jako
              człowiek masz jeszcze dużo do zrobienia w pracy nad sobą.Tylko,że Ty
              nie pracujesz nad sobą,bo po co,skoro według własnych kryteriów
              jesteś uosobieniem cnót wszelkich.Przypominam dyskretnie,jako
              zatwardziałej katoliczce:PYCHA jest pierwszym z siedmiu...
              • cleo_1 Tilio 02.07.10, 13:48
                Nie odebrałam żadnego Twojego słowa jako zlośliwości, chęci pozbycia
                się mnie, oceniania tego bądź pewna. Jestem tu i czytam Was i
                współczuję Wam, myślę o waszych bliskich którzy odeszli, i wierzcie
                że potrafię to zrozumieć...
                Bo chyba czym innym jest ODCZUWANIA BÓLU jaki wy odczuwacie - tego
                nawet nie probuje ogarnąc, a czym innym jest ZROZUMIENIE oparte na
                empatii, ktorej chyba mam w nadmiarze:-(
                Tilio, jakiego masz kociaka, młodego, starszego, jak ma na imię i
                jaki jest - możesz napisać?:-)
                Jesli nie zrozumiem. Dziewczyny zadna z Was niczym mnie nie uraziła
                w żadnym wpisie.
                Będąc tu oswajam śmierc. Mówicie że to niemożliwe i całkiem być moze
                z macie racje, ale ja tego nie wiem przeciez, stoją "po drugiej
                stronie lustra", mimo wszystko
                Przytulam was bardzo mocno
                • tilia7 Re: Cleo_1 02.07.10, 14:24
                  Cleo,bardzo się cieszę,że napisałaś i że nie czujesz się urażona
                  moimi słowami.Tylko ktoś kto sam nie ma i nie kocha kotów,może się
                  poczuc obrażony "odesłaniem" na forum o kotach;)
                  A moją intencją faktycznie nie było "odsyłanie" Cię,tylko,jak bardzo
                  trafnie zauważyła Agalt,wyrażenie zdumienia,że ktoś kto nie musi
                  zajmuje się sprawami śmierci.Skoro w ten sposób oswajasz śmierc to
                  ja nie mam nic przeciwko temu.
                  Kota mam 6-letniego, bardzo dużego,biało-czarnego dachowca.Jest
                  bardzo kochany i często jest dla mnie pocieszeniem.Wyczuwa smutek a
                  jak widzi że płaczę,to przychodzi chociaż posiedziec obok-czyli
                  lepiej wie,co trzeba zrobic w takiej sytuacji niż większośc znanych
                  mi osób.Miałam jeszcze kotusię,która była najprawdziwszym na świecie
                  kocim Aniołem,ale odeszła półtora roku temu,była już bardzo chora.A
                  Twój kotek?Jeszcze coś o psach chyba pisałaś?Psy też bardzo
                  lubię.Mam w ogóle fioła na punkcie zwierząt.
                  Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie
                  • cleo_1 Re: Cleo_1 02.07.10, 19:45
                    Tilio,
                    ja mam dwa koty, wlasciwie to trzy- jeden czarnuszek roczny kocurek
                    z jajkami jak dzwony:-) stolujacy sie laskawie u mnie i pobywający
                    na ogrodzie. Razem przetrwalismy zimę, Rafcio zbił dla niego budę
                    aby w mrozy miał sie gdzie schować. W domu nie chcial byc.
                    Najstarsza to Lenka, rosyjska niebieska koteczka, arystokratka w
                    każdym calu, ma prawie 6 lat i jest przepiekną kotką. Imbirek to
                    postrzelony abisynczyk ktory zachowuje sie jakby ciągle byl
                    polrocznym kocięcięm, a nie statecznym 4 latkiem. Moje koty są
                    cudowne i bardzo je kocham, w ogole koty są nie z tego swiata.
            • agalt Do Beatki 30.06.10, 12:20
              Droga Beatko,
              wydaje mi się, że wszystkie nieporozumienia są rezultatem tego, że nie widząc
              rozmówcy, nie słysząc intonacji jego głosu, latwo zrozumieć inaczej jego intencje.
              Nie twierdzę, że rozumiem je lepiej od Ciebie, ale rozumiem je zupełnie inaczej.
              Ja tez uważam, że Cleo zachowała sie pięknie i jestem wzruszona jej wierszem i
              postawą wobec tych, którzy stracili bliskich. Ale dla mnie nikt tu jej nie
              odsyła do forum o kotach. To tylko pytanie, wyrażające najwyższe zdumienie. Bo
              to JEST zdumiewające, że młoda osoba, która nie doświadczyła straty bliskiej
              osoby zagląda na nasze forum i pochyla sie nad naszym cierpieniem. I to
              normalne, że gdy coś nas zdumiewa, pytamy "dlaczego?" W naszej kulturze źle jest
              nawet wymawiać słowo "śmierć". Trzeba byc młodym, szczupłym zdrowym, bogatym i
              usmiechnietym, a smierc traktowac jak coś, co nas nie dotyczy.
              Co do jadu, tu zgadzam sie całkowicie z Marionetką. Łatwo wziąć czyjś ból i
              nieumiejętność pogodzenia się z życiem bez ukochanej osoby, czy z dala od niej
              za jad.
              Moim zdaniem, Halinka nie broni nikomu cieszyc sie jego szczęściem. Tylko
              zwyczajnie po ludzku boi sie, że pęknie jej serce, gdy zamiast swojej córki
              będzie błogosławić innej młodej dziewczynie. I nie z zazdrości pęknie, tylko ze
              smutku i tęsknoty. I to nie znaczy, że ona chce, by wszyscy inni tez byli
              nieszczęśliwi. Tak samo jak ja. Z przyjemnością pójdę na ślub bratanicy mojego
              Jasia. Ale boję się iść na wesele, bo oni wszyscy sa tacy dobrzy, tacy kochani,
              tak bardzo staraja sie mnie pocieszyć. A ja mam wtedy od razu świeczki w
              oczach... A tak bardzo bym nie chciała zepsuć im łzami tego pięknego dnia... To
              chyba nie jest jad... Mam nadzieję, że nie...
              Pozdrawiam Cie serdecznie
              a/
              PS. Bardzo chciałabym przeczytać Twoja książkę. Czy możesz mi podać tytuł i
              informację, gdzie mogę ją kupić?
              • first.marionetka Re: Do Beatki 30.06.10, 13:02

                Potrzeba nam czasu, aby odbudować siebie. Poskładać z kawałeczków.
                Bo mnie to rozstanie " rozszarpało" na drobne kawałeczki.
                Składam siebie między innymi wpisami Tilii, która tak naprawdę od
                serca pisze o emocjach.
                Ja swoje schowałam pod dywan. Jeszcze zwinięta w kłębek nie potrafię
                spokojnie o nich mówić.Jeszcze nie uporałam się z obezwładniającym,
                odbierającym siły bólem.
                Wpisami Agalt, które również bardzo mi pomagają i porządkują moje
                wnętrze.
                Bardzo mi pomógły wpisy Halinki, Grażynki są przede mną i np.
                Halinka napisała, że chyba dopiero wchodzi w żałobę.
                Ja też tak mam. Wiem, że jeszcze otacza mnie szok, ogłupienie.
                Niekiedy pojawia się żałoba, ale wtedy zupełnie nie daję rady.

                Dlatego proszę, nie oceniajmy, bo można kogoś nieświadomie zranić
                tak jak pisze Tilia.
                To nowe życie jest dostatecznie trudne i bolesne. A do tego siły już
                wątłe, koncentracja równa zeru i nieraz można żle zrozumieć intencję
                wpisującej osoby.

                Beatko, ja myślę, że napisanie książki było dla Ciebie swojego
                rodzaju katharsis.
                Moje katharsis jest właśnie na tym forum.
                I chodź wiem, że nie zawsze piszę logicznie nie spotkałam się z
                ocenianiem za co jestem wdzięczna.
                Wiesz, ja nieraz nie potrafię przeczytać ze zrozumieniem, wtedy nie
                odpisuję, bo czuję, że czas na wyciszenie.
                Ale uwierz mi, jak aksjomat czuję ból wpisujących. Nieraz tak
                bardzo,a nie potrafię się z nim zmierzyć, bo mój wypełnia mnie całą.
                Beatko, ja jeszcze czekam, że mój syn wróci, jeszcze nie wierzę....
                zobacz w jakim jestem miejscu..... i jak tu nie krzyczeć........
              • 198-3mk Re: Do Agalt 30.06.10, 14:42

                Droga Agalt...

                Z przyjemnością wysłałabym Ci moją książkę, lecz niestety nie mam w domu ani
                jednej. Kiedy potrzebuję, jadę do Bielska do księgarni, i tam po prostu muszę ją
                kupić. Teraz nie mogę tego zrobić, bo leżę w łóżku z anginką, ale jeśli
                poczekasz to chętnie ją dla Ciebie kupie.
                Tytuł książki; Trzymając śmierć za rękę, wydana przez wydawnictwo WAM Kraków.
                Pozdrawiam, Beata-mama Marcinka.
        • tilia7 Re: Do Beatki 29.06.10, 23:09
          Napisałaś:"Czy to że my przeżyliśmy tragedię, upoważnia nas do tego aby innym
          zabraniać
          cieszyć się swoim szczęściem...? "

          Nie,nie upoważnia i nikt nie miał tego na myśli.Raczej chodzi o to:"Czy to,że
          ktoś nie przeżył tragedii,upoważnia go do tego,aby innym przeszkadzać w
          przeżywaniu ich bólu?"
          • halas1961 Re: Do Beatki 30.06.10, 18:03
            no coz i ja napisze w takim razie, choc jest mi bardzo bardzo przykro. Beato
            jakim prawem osmielasz sie oceniac moje slowa na temat slubu, moje osobiste
            uczucia. A jesli juz to najpierw powinnas dokladnie przeczytac. Nie ma sensu
            wiecej udawac ze jest okej. Wszyscy wiedza kto czytal forum wtedy gdy byals na
            nim aktywna, ze z jakis powodów mi nie znanych czujesz do mnie antypatie.
            Mowisz tak wiele o Bogu a czy Bóg nie powiedzial ze nie mamy prawa oceniac
            drugiego czlowieka, nie badz tak pewna ze nie zrobilas krzywdy drugiemu
            czlowiekowi, bo i ja przez Ciebie plakalam. Mozesz byc z siebie dumna ze Ci sie
            udaje tak dzielnie isc do przodu, moze ja za 5 lat tez bede taka dzielna, dzis
            nie jestem choc i tak jestem dzielniejsza od wiekszosci tych co na spotkaniu byli.
            Jadu nigdy we mnie nie bylo i mam nadzieje ze nie bedzie, ale do ciebie mam zal.
            Z forum odchodze, ci co sa tu czesto widza ze prawie nie pisze. Ale gdy sie na
            chwile pojawiam, wraz ze mna nie pojawiaja sie spory i przykre slowa. Zycze Ci
            abys tak naprawde odnalazła w sobie milosc od drugiego czlowieka, bo to w jaki
            sposob piszesz o innych ludziach i sie do nich zwracasz raczej swiadczy o tym
            ze na razie tylko o tym mówisz, i skad u Ciebie tyle pychy .
            Przykro mi ze musialam taki list napisac.
            Halina-mama Agatki
            • agalt Re: Do Halinki 30.06.10, 20:58
              Kochana Halinko,
              Mam nadzieję, że jednak choc od czasu do czasu znajdziesz chwilke, żeby napisać
              tutaj parę słów. Zawsze bardzo uważnie czytam Twoje wpisy i są mi baaaaaaardzo
              potrzebne. Podziwiam Twój spokój, rozwagę i takt. I jestem pod wrażeniem Twojej
              prawdziwej asertywności, która zdaje się mówic "szanuję i oczekuję szacunku".
              Pozdrawiam Cie serdecznie
              a/
        • grazyna1965 Re: Do cleo... 30.06.10, 22:02
          Droga Beato.
          Piszę tutaj już prawie 29 miesięcy i bardzo rzadko spotkałam się z
          krytyką tego co tutaj wypisywałam, a zdaję sobie sprawę, że nie
          wszystko było najmądrzejsze. Bo i nie mogło być. Gdy pisze się w
          bólu, który człowieka rozrywa od środka, trudno o myślenie. Pisze
          się po prostu to co się czuje. Dlatego czasami może być to
          niezrozumiałe, niezbyt poukładane, bez logiki..ale nigdy, przenigdy
          nie pozwoliłabym sobie na krytykę osób, które piszą. Bo wiem co one
          czują. Niestety Beato, po raz kolejny czytając Ciebie mam wrażenie,
          że Ty pouczasz jak mamy odczuwać ból, dajesz siebie za wzór. Jesteś
          dumna z tego, że udało Ci się uchronić synów w żałobie..to piękne
          ale nie każdy potrafi tak, a może nawet nie każdy tak chce. Ja nie
          mam więcej dzieci, Patrynia to moje jedyne dziecko. Nie muszę być
          silna, wspaniała, wielkoduszna. Nie muszę nawet być miła ani
          dobra.Nie muszę i nie chcę udawać.I nie znoszę jak ktoś mi daje
          przykłady jaki jest wspaniały. Dla mnie życie bez Patry będzie już
          tylko trwaniem. Nie szukam szczęścia bo ono już jest za mną, bez
          Patry obecne życie jest permanentną walką o przetrwanie kolejnego
          dnia. Nie mam przyszłości, nie mam marzeń, nie mam planów. Nie mam
          już niczego co mogłoby pozwolić mi na spokojny oddech.Już tak
          będzie. Ale nie wszyscy są w stanie to zrozumieć.Z resztą ja nie
          oczekuje już zrozumienia. Przykro mi, że ,,wpędzam Cię w poczucie
          winy tym, że robię i czuję inaczej niż Ty". Nie przejmuj się moim
          pisaniem, moim stanem, moim podejściem do wielu rzeczy. Rób swoje,
          myśl po swojemu. Musisz zrozumieć Beato, że ludzie różnią się,
          wszystkim, żałobą również. Dla jednych świat się kończy, dla innych
          nie. To miejsce dla wszystskich, ale nie oceniajmy. Piszmy o sobie,
          jeśli mamy siły i potrafimy -wspierajmy.Ale bez oceny.
          Acha..i jeszcze jedno Beato. Moja tragedia "nie upoważnia do tego
          aby innym zabraniać szczęścia", to oczywiste. Ale czyjeś szczęście
          niekoniecznie musi być moim..
          Mam nadzieję, że zrozumiałaś moją wypowiedź.
          Grażyna, mama Patryni
        • cleo_1 Re: Do cleo... 02.07.10, 13:27
          Beatko:-)
          jak miło czyta się Twoje słowa:-))
          Oczywiscie że jestem tu i czytam, myślę o Was wszystkich, myślę też
          że każdy ma prawo przeżywać stratę i załobę jak potrafi, Ty masz to
          niesamowite, ogromne szczeście, że przeżywasz ją w taki własnie
          sposób. To mi bardzo przypomina mojego Rafala, on cierpial i cierpi
          bardzo, mineło 7 lat a ja nadal "łapię" go na tym, ,że płacze -
          najczęściej w srodku. Halinka Mama Agatki, ale też inne dziewczyny
          też przecież robią wiele dobrego, myślę że oziębłość i emocjonalna
          pustka minie choć może dopiero po latach wielu wielu. Ale nie czuję
          się absolutnie w roli mentora, nie mam do tego żadnego prawa, czytam
          tylko i naprawdę proszę dobre siły tego świata, aby tym, którzy
          cierpia jak wy cierpicie, dał siłę do życia.
          Myślę że to forum to taka trochę pomoc psychologiczna dla osób które
          tu są. A myślę też, że nikt nie ma prawa ich - was - oceniać.
          Beatko sciskam Cię całą mocą mojego serca.
          • tilia7 Re: ... 02.07.10, 14:38
            Tak,to forum jest pomocą psychologiczną i tak,jak u psychologa
            powinno się mówic o swoich prawdziwych uczuciach,tak i to forum
            pomaga tylko wtedy,kiedy piszemy to,co mamy potrzebę napisac a nie
            to,co napisac jest grzecznie.
            Takie rzeczy jak złośc,wściekłośc,agresja,zawiśc,obojętnośc nie są
            akceptowane i wcale nie jest mi łatwo przyznac się,że to właśnie
            czuję.Ale nie udaję słodkiej małej zapłakanej dziewczynki kiedy
            czuję,że jestem jedną wielką furią albo zimnym obojętnym głazem,bo
            to nie jest forum dla bajkopisarzy tylko forum o żałobie.Mnie samej
            pomaga,kiedy się tymi uczuciami z Wami dzielę i widzę,że inni też
            reagują ulgą bo mogą sobie powiedziec:"Uff,nie tylko ja mam takie
            uczucia i myśli-ta podła,jadowita Tilia też".
            Mój szacunek do wszystkich forumowiczów w tym się przejawia,że piszę
            to,co naprawdę czuję.Może zbyt odważnie,ale jak nawet przed Wami
            miałabym udawac,to po co w ogóle pisac?
            • first.marionetka do Tilii 02.07.10, 14:57
              Tilio, nie czuję w Tobie jadowitości, czuję Twój ból.
              To tu zrozumiałam, że nie tylko matka może " wyć" całą sobą.
              To dzięki Tobie zrozumiałam, że nie tylko ja cierpię odcierając się
              o utratę zmysłów.
              Niewiele osób potrafi tak trafnie jak Ty dotrzeć do moich
              skamieniałych emocji.
              A przecież trzeba uwolnić swoje cierpienie, schowane do środka
              zabija.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka