czy zrobiłam wystarczajaco...?

05.07.07, 11:00
Bo wiem że nie wszystko, bo zawsze można więcej! Mój Mąż, Mój Dany, Danuś
najukochańszy na całym świecie odszedł 35 dni temu. Byliśmy 9 m-cy po ślubie.
Nie mieliśmy dzieci. W m-c po ślubie ja dowiedziałam się że mam guza ale
łagodny. leczyłam, przestałam bo po 3 m-cach zachorował Dany, 5 m-cy
walczyliśmy z rakiem /chłoniak/, bo leczeniem tego nie można nazwać.
Najmocniejsze chemie, przygotowywany do autoprzeszczepu, który był dla nas
światełkiem nadziei. Nie przewidziałam... czuł się co raz gorzej, mówił sobie
to wynik chemii... A ja cały czas motywowałam go do walki z chorobą, byłam z
nim każdego dnia... ale to i tak za mało... Pomagałam jak umiałam, pracowałam,
prawie nie spałam i zlekceważyłam sygnały... w których mówił, 'że to już
niedługo', 'że już nigdy więcej'. Mówiłam Kochanie to dziś słabszy czas jutro
będzie lepiej... Dlaczego!? Czy może bałam się tego! Walczyłam z chorobą,
walczyłam ze lekarzami, z rodziną, że niech nikt nie pyta dlaczego, że trzeba
pomagać, wierzyć, nie może być inaczej, będzie dobrze... Nie ma dobrze, nie
uzyskaliśmy remisji, nie będzie pierwszej rocznicy, nie ma Ciebie, nie ma Nas.
Byłeś wszystkim... teraz nawet grób Twój daleko... bo naszą miłość przeliczyli
na miesiące...
wciąż wracają do mnie obrazy, ze szpitala... jak 'ostatnia niedziela', kiedy
mówisz do mnie: 'Kochanie zostań ze mną...' a ja przecież wcale nie chciałam
iść... i następny: przed podłączeniem do respiratora 'Kochanie przecież ja się
z Tobą nie żegnam...' - mówiłeś, ten aparat to tylko chwilę...
Dla ciebie zawsze byłam silna, sama nie wiem skąd miałam jej tyle...
przybiegałam do ciebie jak na skrzydłach, wychodząc nie było jej już wcale:
wyłam przeklinając los...
teraz absolutnie sobie z tym nie radzę. Pracuję bo pracować trzeba, uciekam
od ludzi, choć samej nie wcale lżej... chce krzyczeć, nie mogę. Czasem wydaje
mi się że ze jesteś ze mną... a czasem nie mogę odnaleźć Ci nigdzie i wyję jak
'pies'.
Spotkaliśmy się dosłownie na końcu świata, znaleźliśmy swoją miłość, szczęście
na ziemi, to dlaczego okrutny był tak los...
Miłość, ślub, powrót do kraju, choroba, śmierć - w wielu 33 lat.
Wiem tylko jedno, że byłeś szczęśliwy ze mną tak jak ja z Tobą... mając tylko
parę tych chwil...
Twoja Wioli

    • edzia764 Re: czy zrobiłam wystarczajaco...? 05.07.07, 11:26
      Rozumiem Twoją rozpacz, wyrzuty, wątpliwości - czy wszystko zrobiłam? Tak
      reaguje większość ludzi, którzy przeżyli tragiczne chwile. Jednak my same
      musimy dać sobie odpowiedzi, przemyśleć wszystko, nauczyć się z tym żyć... czas
      tylko częściowo leczy rany, czas nie powoduje zapomnienia osób, które się
      bardzo kochało, bo "miłość jest nieśmiertelna.." Życzę Ci wytrwałości...
    • smutnykluseczek Re: czy zrobiłam wystarczajaco...? 09.07.07, 10:00
      Wiolu rozumeim Cie doskonale, ja też cały zcas zastanawiam sie czy zrobiłam
      wystarczająco, a może za mało...moj narzeczoy po wypadku lezał 2,5 tygodnia w
      szpitalu, cały czas był nieprzytomny, ten szpitał to nie było piekło to było
      cos gorszego...cały czas zastanawiam sie dlaczego nie umarł na miejscu, może to
      okrutnie brzmi i tak naprawde to dziekuje Bogu za to że mogłąm go przytulić i
      powiedzieć wszystko co czuje z nadzieją ze mnie słyszy, ale jak On muisął
      cierpieć, te ciągłe operacje, przekładanei z mijesca na miejsce zastrzyki,
      badania, jeśli miał umrzeć to dlaczego to sie stało, dal Niego było by lepiej
      nie cierpiał, by dodotkowo, nie czuł by tego bólu, nie męczyli by go.Biegałam
      codziennie do szpitala byłąm tam od rana do wieczora, nocami siedziaąłm i
      uczyłąm sie , zeby zaliczyc wszystko jakos, cały czas wierzyłam ze ten
      respirator to tylko tak na chwile, ze on potrafi sam oddychać, cieszyłąm sie
      ajk głupiagdy odłączyli mu morfine(tylko, że nikt nie powiedział mi prawdy,
      morfina nie była mu potrzeba ponieważ, już nic nie czuł, mózg nie żył,
      funkcjonowało jedynie serce, młode silne ukochane serce).
      Siedziałm przy nim całymi dniami, wychodziłam tylko na chwile żeby sie
      przebrać, myłam go , smarowałam balsamem, tylko tyle mogłąm zrobić, być przy
      nim.....może to bardzo egiostyczne i jestem zła na siebie ,za to to że czasmai
      tak myśle, ale oddałabym wszystko, żeby chociaż był w tym szpitalu, żebym
      mogła mieć chociaż nadzieje która tzrymałą mnie przy życiu, jak Jeo
      respirator.......tylko, że Jego już nie ma a ja niestety jestem.
      Wiolu, wiem, ze wszyscy cie to mowia ale aj mowie z włąsnego
      doświadczenia...nie możemy sie obwiniać za to że robiłyśmy za mało, bo zawsze
      jak zaczniemy tym myśleć, to bedzie zamało, zawsze bedziemy myslały, że można
      było zrobić wiecej,tylko, że takei myślenie nie pomoże czasu nie cofniemy,
      bedziemy tylko mocniej sie przez to pogrążać, a teraz musimy sobie pomóc, bo Im
      już nie możemy,ja to zrozumiałam i teraz jest mi troszeczke łatwej bo wiem , że
      zrobiłam wszytko co mogłam, Ty też musisz w to uwierzyć bo to prawda
      Pamietaj, ze nie jesteś sama...jesteśmy My
      Tzrymaj sie ciepło
    • gaba2002 Re: czy zrobiłam wystarczajaco...? 09.07.07, 14:35
      Takie pytania zadajemy sobie wszystkie,które straciły w ostatnim czasie
      najbliższe nam osoby.Ja swojego męża pochowałam w marcu.Wyjeżdzając na narty
      nikt nie przypuszczał,że wrócę tylko z córeczką.Mąż nagle zachorował.Zaczęło
      się w nocy na dzień przed naszym powrotem do domu.Myślałam,że to tylko zwykłe
      przeziębienie,więc czekaliśmy do rana.A kiedy rano mąż nie miał siły aby wstać
      postanowiłam sama nas spakować i jechać szybko do szpitala.Tam chcieli nas
      odesłać z kwitkiem.Sugerując kontakt w zwykłej przychodni.I gdyby nie upór
      mojego męża to nie wiem jakby się to dalej potoczyło.W szpitalu mąż był jedną
      noc,po czym stan jego uległ znacznemu pogorszeniu.Przetransportowali Go do
      innego szpitala bo tam nie mieli specjalistycznego sprzętu.Pojechałam więc za
      nim.Zastałam Go w stanie tragicznym.A jeszcze wczesniej,były jakieś rokowania
      na wyzdrowienie.Cztery dni lekarze walczyli o jego życie.Nie udało
      się.Zostałyśmy same.Czy zrobiłam wszystko aby Go ratować?Wiem jedno i mam
      wyrzuty sumienia,że zawizołam Go na spotkanie ze śmiercią.A tyle jeszcze było
      życia przed nami.
    • ewa231 Re: czy zrobiłam wystarczajaco...? 13.03.08, 20:08
      witam, zadaje sobie dokładnie to samo pytanie, czy zrobiłam wszystko???myslę o tym... wczoraj minęło 10 miesiecy od śmierci mojego KOCHANEGO męża...w przeciwieństwie do Ciebie ja go miałam 10 lat... nadal jednak w to nie wierzę, to takie trudne...łzy same płyną, żal, ból, nie wiem co jeszcze... słysze od wszystkich dobrze sobie radzisz, jednak tak jak w twoim prezypadku wracają cały czas wspomnienia-szpital, choroba, jak zmieniała się Jego psychika, jak On się zmieniał... lekarze nie dawali nam dużych szans(dotarło to do mnie niedawno, wcześniej chyba wypierałam takie myśli ze swojej podświadomości,nie wierzyłam w to co mówią lekarze, że może być inaczej...) ja jednak wierzyłam, trzymałam się tego, mówiłam że będzie dobrze, ze sobie poradzimy,że wygramy z chorobą,niestety... zostałam sama. wiem że najbardziej zależało mu na mnie, byłam dla Niego calym światem,dokładnie... teraz wstaję rano, idę do pracy,jednak to nie to samo, nie czuję już tego, jedyne co to cały czas powtarzam sobie że nie chciałby zebym płakała, jak zachorował NIGDY nie przejmował sie soba, zawsze myślał co ze mną( było idz do pracy, zaplac rachunki, zimno ci zamknij okno,itd), teraz nie ma Go!!! patrzę na nasze zdjęcia i nie wierze, wydaje mi sie ze wroci z pracy, ze mnie pocaluje i przytuli...nie radzę sobie, "usmiech na ustach a w sercu ból "TAK BARDZO MI GO BRAKUJE!!!
    • monique1111 Re: czy zrobiłam wystarczajaco...? 16.03.08, 22:36
      ja też zadaje sobie te pytania
      bo mogłam spalić ten sznur który nas rozdzielił
      bo mogłam nie iść do pracy
      bo mogłam zadzwonić jeszcze raz
      czy naprawde tak musialo byc?
Pełna wersja