joa291
05.07.07, 21:41
moja mama dowiedziała się o raku ołuc 1 lutego, kiedy była w stanach.. W marcu
leciałam do niej zostawiając swoje paromiesięcznie dziecko żeby podnieść ją na
duchu i żeby dodać jej wiary i otuchy.Po 27 latach moja mamusia wróciła 14
czerwca do POlski już na zawsze - choć chora tak bardzo się cieszyłam że w
końcu ją odzyskałam. Biegałam zaganiana żeby wszystko załatwić, CO, hospicjum,
leki, konsentrator tlenu, lekarza, psychologa, dodatkowo 13 czerwca umarła na
raka jelita grubego moja teściowa więc pomagałam mojemu męzowi załatwić
pogrzeb i staram się być przy nim, tłumaczyłam sobie ze jeszcze dzien dwa i
poswiece cały swój wolny czas mamusi, że przezyje każdy dzień z nią od
początku do konca zebym nie żałowała że coś mi z tego czasu co został ukmnęło.
28 czerwca zawiozłam ją do szpitala, ponieważ trzeba było zmienić leki z
amerykanskich na polskie. 29 kiedy przybiegłam do niej raniutko w swoje
urodziny tak bardzo się bała. Siedziałam trzymałam ją cały czas za ręke,
pozwolono mi nawet zostać na noc. Pilnowałam żeby miała podane kroplówki i
żeby nic ją nie bolało. o 3 w nocy kiedy myślalam ze już jest nieświadomo,
pierwszy raz się przy niej rozpłakałam i zapytałam mamusiu porozmawiasz
jeszcze ze mną? Usiadła na 30 sekund przytuliła i poprosiła nie płacz
serduszko, tak bardzo cię kocham tak żałuje tych 27 lat zycua, zdązyłam jej
powiedzieć jak bardzo ją kocham kiedy się położyła z powrotem. Zaczęła się
dusić o 8.50 nie walczyła długo ponieważ jej obiecałam że jutrop ojdziemy do
domu i prosiłam żeby się przespała tak bardzo jest zmęczona. Odeszła w moich
ramionach o 9.05
Nie moge się pogodzić z tym że Bóg mi ja oddał i zabrał. Że tyle rzeczy jej
nie powiedziałam, że mi zaufała że idzie do szpitala na 2 dni, że miałyśmy to
wszystko nadrobić. Tak mi żle, poszłabym za nią gdybym tylko wiedziała że
będziemy tam razem