czarna_bo
15.07.07, 00:09
Ponad rok temu zmarł mój Tatuś... przez rok umierał w strasznych mękach... a
ja w jednej chwili stałam się z córeczki Tatusia, opiekunką Rodziców...
Wszyscy w koło powtarzali mi że muszę być dzielna i nie pokazywać słabości...
dla Mamy... i starałam się... Mimo że przez ten rok, wewnętrznie umierałam
razem z Nim. On znosił to strasznie ciężko... nawet nie chce opisywać emocji
jakie targały naszym życiem... ale obie z Mamuś byłyśmy wykończone! czasem
prosiłyśmy Boga o śmierć dla Niego, bo nie mogłyśmy patrzeć jak cierpi... bo
każdego dnia dochodził nowy ból i upokorzenie... Pewnego dnia w środku
tygodnia, instynktownie wziełam urlop i pojechałam do szpitala... mój Tato,
mimo że już od jakiegoś czasu był w śpiączce odzyskał przytomność... gdy mnie
zobaczył, zaczął resztkami sił płakać... a ja z Nim... Powiedziałam że bardzo
Go kochamy, że był bardzo dzielny, że wiemy że nie chciał od nas odejść, że
walczył długo... ale że chcemy żeby się już poddał... wychodziłam ze szpitala
i pękało mi serce! Tej nocy odszedł. Kiedy zadzwonił telefon wiedziałam...
Mama i starszy brat krzyczeli, płakali a ja wziełam słuchawkę i wysłuchałam
informacji. Nie pamiętam zbytnio pogrzebu ani czasu przed.. (brałam pramolan)
praktycznie odrazu wróciłam do pracy, wszyscy się dziwili... a ja sobie
tłumaczyłam że ten oststni rok to była żałoba... W tym samym czasie rozpadał
się mój związek z miłością mojego życia... mieciąc po pogrzebie,
wyprowadziłam się z domu... W jednym czasie straciłam dwie najważniejsze
osoby w życiu. Zawalił mi się świat, moje poczucie bezpieczeństwa, więzi,
przynależności... długo jeszcze walczyłam o resztki. Rozstanie złamało mnie
tak bardzo że nie potrafiłam przeżywać śmierci mojego Taty... nawet pramolan
mi nie pomagał... nie jadłam nie spałam, nawet jak oddychałam bolało mnie.
Odrzucenie to gorsza rzecz do pogodzenia niz śmierć... Miałam wyrzuty
sumienia że nie potrafię płakać po śmierci a płaczę po rozstaniu...
Minął ponad rok od tych wszystkich strasznych emocji, a ja nadal nie moge
sobie poradzić... o ile wtedy byłam "dzielna", tak teraz nie potrafię mówić,
myśleć, wspominać Taty bez płaczu i rozpaczy... nawet teraz piszę i zalewa
mnie ściana łeż i znowu boli mnie serce... Często mam sny, szukam Taty... w
lesie, w szpitalu, w kostnicy... są to sny straszne! choć robię postępy,
ostatnio nawet tańczyliśmy :)
A miłość mojego życia... no cóż! nadal nie rozumie co mi wtedy zafundował a
ja i tak mu wybaczyłam i potrafiłam zostawić go w swoim życiu... jako kolegę.
Czasem się zastanawiam czy kiedyś ta rozpacz, poczucie winy, przerwana żałoba
mine...?
Od paru dni czuje straszny smutek... Zostało mi jeszcze jedno opakowanie
pramolanu i zastanawiam się czy pomoże...