jancio.wodnik
21.07.07, 00:00
Jestem jedynm z Was, pół roku temu straciłem Mame. Miała 58 lat, odebrał mi
ją nagle krwotoczny udar mózgu.
Czytając to forum natknąłem się na wypowiedzi przeciwników wsparcia
farmakologicznego, typu "nie bierz tabletek, to nic nie zmieni, nic ci nie
pomorze", itp.
Ludzie NIE WOLNO ANSOLUTNIE udzialać takich "rad".
Osobiście bardzo się dziwię, że psychologowie udzialjący porad na tym forum
nie ingerują w takie wypowiedzi, przecież one są SZKODLIWE!!!!
Nie jestem lekarzem, ani pracownikiem firmy farmaceutycznej, nie zależy mi na
propagowaniu lekarstw. Pozwolę sobie jednak podzielić się swoim
doświadczeniem. Dzięki dobrze dobranym lekom daję sobie jakoś radę, mimo że
moja sytuacja po odejściu Mamy była i jest obiektywnie bardzo trudna ze
względu na nieciekawe relacje z Jej rodzeństwem, w które niestety była
uwikłana. Zostałem między innymi zmuszony do zabrania jej rzeczy z
mieszkania, bo siostra Mamay miała je zająć, musiałem wykazać wiele uporu i
sprytu zebu osobiste rzeczy Mamy nie wylądowaly na śmietniku w dzień po Jej
pogrzebie. Organizacja samego pogrzebu także byłam koszmarem, nie tylko był
on w całości na mojej głowie, ale musiałem też walczyć z atakami krewnych,
którzy solidarnie wywierali na mnie presje w kierunku skromnego (to jest
eufemizm) pochówku i hucznego party dla dalszych krewnych i znajomych,
oczywiście na mój koszt.
Przeszedłem przez to wszystko, nie miałem ani dnia przerwy w pracy i ogólnie
rzecz biorąc mam się nienajgorzej. Udało mi się to dzięki dobrze dobranym
lekom i dobremu psychiatrze.
Odmieram smsa od ciotki, że cyt. "Krystyna miała wylew", biegnę do pociągu,
przyjeżdżam, na dworcu dopadają mnie krewni, niektórzy zalani krokodylimi
łzami. Jade do szpitala, diagnoza nie pozostawia żadnych wątpliwości:
stwierdzenie zgodnu to formalność, która ma nastąpić nazajutrz. Ze szpitala
jadę prosto do szpitala psychiatrycznego na ostry dyżur po leki. Mam zamiar
zrobić to po kryjomu, ale niestety na korytarzu napotykam na jedną z ciotek i
jedziemy tam razem. Od ręki dostałem receptę na antydepresant, środek nasenny
i uspokający. Zażywam kilka tabletek i tak udaje mi się przetrwać noc.
Ranek zaczął się od telefonów krewnych z pytaniami o zrowie Krystyn i
zapowiedzą wycieczki do szpitala, mimo że byli dzień wcześniej i znają
diagnozę - posyłam wszystkich do diabła. Po chwili wpadają ciotki, ta która
była ze mną na ostrym dyżurze rozpuściła już news, że Jancio był
PSYCHIATRY!!!!!! Staje się to sensacją dnia, konsylium mające ostatecznie
orzec śmierć Mamy przestaje być atrakcją dla gawiedzi. Ważne jest to, że
Jancio ZWARIOWAŁ. Ciotki robią mi karczemną awanturę, wrzeszczą że jestem
nienormalny - wyrzucam hołotę za drzwi i zabraniam przychodzić do szpitala.
Siedzę przy łóżku Mamy od rana do czasu zebrania się konsylium
stwierdzającego śmierć mózgową. Całe szczęście, że ich przegoniłem bo trzeba
było podjąć decyzję o pobraniu narządów do przeszczepu. Gdyby
grono "rodzinne" się o tym dowiedziało roznieśliby chyba szpital. Potem
zaczyna się wspomniany wyżej koszmar pogrzebu, którego nie będe opisywać w
szczegółach. Mimo wszystko ceremonię pogrzebową można nazwać w miarę udaną,
ciotki nie zdołały zepsuć wszystkiego, nie mogą mi wybaczyć że wygłosiłem
przemówienie na cmentarzu. Cały czas zażywam swoje lekarstwa.
Po pogrzebie wracam do Wrszawy, mam jeszcze przed sobą perspektywę
wyprowadzenia Mamy z mieszkania po Dziadkach, które przypada jej siostrze -
Mama opiekowała się Dziakiem kiedy umierał i tam się zadomowiła. Ciotka żądna
natychmiatowego usunięcia rzeczy Mamy.
W Warszawie znajduję świetnego psyiatrę, który uprzedzając lojalnie że na
rozpacz nie ma lekarstwa dobiera mi leki w taki sposób, że na ogół czuję się
w miare dobrze. Mam zapisane 2 różne antydepresanty i środek uspokajający
(nazw nie podaje, bo to nie reklama). Cały czas jestem z tym wszystkim
zupełnie sam - żadnego wsparcia psychicznego, ani instrumentalnego. Trzyma
mnie tylko miłość i dobroć mojej Mamy, dzięki której naładowałem akumulatory
na resztę życia oraz leki.
Z perspektywy pół roku mogę z całą stanowczością podkreslić jedno: LEKI MNIE
URWATOWAŁY, gdyby nie one rozsypałbym się psychicznie. Odwiedzam mojego
psyciatrę raz w miesiącu, nie mogę powiedzieć że czuję się dobrze, ale mam
siłę żeby żyć. Mam ją dzięki lekom, dlatego apeluję do Was, pogroążonych w
cierpieniu - nie odrzucajcie tej możliwości, pomóżcie sobie przez to przejść.