bulandijaton
16.06.08, 22:15
wreszcie odważyłam się tutaj coś napisać. Często tu zaglądałam, czytałam
czyjeś najskrytsze myśli i zdawałam sobie sprawę, że czuję tak samo. Przeżyłam
tragedię: mój tata, który zawsze był zdrowy pełen życia, zapału do pracy,
zabawy...odszedł..7 lutego..kiedyś 7 była moją szczęśliwą liczbą, powiem
szczerze, że nie pamiętam prawie nic z pogrzebu,niektóre momenty z tego dnia
przewijają mi się ciągle w głowie niczym horror, często nie mogę spać albo
ryczę. Nie mogę się z tym pogodzić, ciągle czekam na telefon, myślę, że wróci
do domu, pośmiejemy się pogadamy, był niesamowitą osobą. Jest do dzisiaj i
nigdy go nie zapomnę... Osobą, która tak bardzo kochała innych, nie miała nic
w sobie z egoizmu, nie pamiętam nawet kiedy był ostatnio na wakacjach albo
kupił sobie coś. ON zawsze robił wszystko dla innych. To rodzina była dla
niego najważniejsza. Kochał swoją pracę, z uwielbieniem czasami aż komicznym
patrzył na rosnące zboże, pokazywał mi z radością dziecka, że coś mu się udało
albo że wkradło się jakies choróbsko. BYł osobą, na której naprawdę można było
polegać, poradzić się, uwielbiam spędzać czas z moim bratem i ze mną.
Teraz strasznie za nim tęsknię, nic i nikt nie jest w stanie mi go zastąpić,
nic mnie nie cieszy, do wszystkiego podchodzę obojętnie, bezuczuciowo,często
płaczę albo nawet wyję. Jeszcze niedawno czułam jakiś tak ból w sercu, ciągle
chodziłam spięta, nerwowa, miałam wrażenie, że jestem z innego świata, bo
świat który mnie otacza jest cholernie niesprawiedliwy i brutalny,a co więcej
niezrozumiały. Miałam coraz mniej chęci do wszystkiego, czasami ciężko bylo mi
zwlec się z łozka i isc na zajęcia( studiuję), rozmawiać z ludźmi, uczyć się.
Miałam dziwne stany od jakiegoś panicznego śmiechu po trzęsące się ręce.
Strasznie schudłam i stałam się apatyczna. Z nikim w sumie nie wychodziłam,
ludzie nie wiedzieli i nie wiedzą do dzisiaj jak się zachować, co bardzo rani.
Widocznie ten cięzar jest dla nich nie do zniesienia. Cięzar tego, że ja
cierpię, że powinni mnie wysłuchać, powiedzieć jakieś dobre słowo. Człowiek w
tym momencie jest skazany na siebie. Moja przyjaciółka, napisała mi tylko
smsa, że jakby co mam dzwonić pogadamy itp. Ja nic z lutego nie pamiętam,
byłam otumaniona lekami, jak ja mialam zadzwonic? Niby powinnam wykazac
zrozumienie, okay nie wiedziala, co zrobic, ale wydaje mi się ze kazdy wie po
prostu podswiadomie co zrobic: ja bym do niej pojechala i ja
przytulila.Najgorsze jest to, że sama nie wiem, co i kto może mi pomoc. Jestem
na I roku, jakos go przetrwalam ,nasluchalam sie jaka to nie jestem silna,
super itp, ale wiem, że ludzie tak mowia, bo im wygodnie, nie zapytaja się jak
się cziję, co slychac, osadzaja mnie na podstawie maski ,ktorą sama sobie
nałozyłam. Czasami nienawidzilam tych wszystkich ludzi wokol mnie, szczegolnie
ich problemow, gadaniny o niczym, zartow o czyims "kipnieciu". Wielu ludzi
powinno popracowac nad taktem i wyrobic w sobie empatię. Może to przykre, ale
mam wrazenie, ze bez wiekszosci ludzi, ktorzy mnie otaczaja( nawet bez mojej
dalszej rodziny i niektorych przyjaciol moglabym zyc, poradzic sobie). Nie
wiem,czy mam w sobie jesce jakies uczucia..chcialabym je miec, dusze wszystko
w sobie i to naprawde ma na mnie zly wplyw.
Uczucia mieszaja sie z nienawiścią, złością, czasem nawet zadaję sobie pytanie
czy dałabym radę bez mojego chłopaka. Wiem, że jemu jest cięzko ze mna, ale
bylo wiele roznych sytuacji, gdy pokazal mi, że to co sie stalo to jakby
zamkniety rozdzial, on sie chyba jesce nie wyszalal, ja musialam szybko
dorosnac, on jak to powiedzial dorastac nie chce za szybko. Wiekszosc ludzi
traktuje mnie tak: dobra troche się pouzalala, zaraz sie usmiechnie i bedzie
ta sama Ola. Ludzie są plytcy...to nie jest dla mnie zamkniety rozdzial,
zawsze bedą wracac wspomnienia, zawsze tata we mnie bedzie. Jedyne co moge
zrobic teraz to postarac sie zdac sesję i odpocząc, czuje się zmeczona i
wypompowana wszystkim. Nie chce mi się z nikim gadac...:( co wy na to?? jak
sobie radzicie??