mwirek
16.08.08, 23:48
Dziś minęło cztery dni jak w domu zmarła moja mama. Miała 93 lata,
była osobą bardzo religijną. Chcę tu napisać o przeżyciu śmierci w
domu. Od dwóch miesięcy bardzo chorowała. Była kilka razy w
szpitalu. Jednak to chyba opatrzność chciała żeby to stało się w
domu. Uwierzcie mi, jest to najlepsze miejsce. W tym momencie były
dwie karetki i lekarka rejonowa. Pierwszy odruch (mój odruch) -
ratować. Do naszej świadomości nie docierało słowo "umieranie".
Jednak jak zobaczyliśmy (ja z żoną) jak spokojnie zasypia, bez bólu
i chyba cierpienia (jeszcze minuty wcześniej odpowiadała że nic nie
boli i nie jest duszno) nie mieliśy sumienia dla naszego egoizmu
tego przerywać. Nawet wydłużenie życia o kilka dni nie było tego
warte (i tak okazało się że do szpitala już by nie dojechała).
Przestała oddychać, serce przestało pracować. A w nas całkowity brak
strachu. Leżała sobie na łóżku. Dotykaliśmy ją, poprawialiśmy. To
wspomnienie pozostanie na całe życie. Jako wspomnienie pięknego
wypełnienia Woli Bożej. I jeszcze modlitwa za zmarłych. I kiedy tak
siedziałem z bólem, półtorej godziny od śmierci (była oczywiście
jeszcze z nami w domu) nagle poczułem ogromną radość. Nie wiem jak
to się stało, ale jakoś wewnątrz siebie poczułem połączenie, więź.
Zobaczyłem jak jest zabierana gdzieś, przez jakieś istoty w ogromnym
szczęściu i radości. Dało mi to uspokojenie. Wierzę że był to moment
połączenia, że otrzymałem wiadomość. Jest mi badzo ciężko. Jednak
dało mi to możliwość zrozumienia sensu ciężkich chwil, dużej pracy,
ogromnej opieki jaką musieliśmy jej dać. Pozwala mi to lepiej
przygotować się do zbliżającego się pogrzebu.