wlikpa
17.08.08, 15:59
Dzisiaj mija 50 dni od śmierci mojej żony.Smutny jubileusz
zostaliśmy sami ja i synowie i ciagle nie wiemy dlaczego Nas
zostawiła,wszystko było ok, do końca drugiego roku tylko trzy
egzaminy, stosunki miedzy nami dobre , dzieci zdrowe,wieczór przed
faktem normalny kładac się spać nie podejrzewałem że może stać się
coś złego.Nad ranem znalazłem Ją wiszącą w piwnicy na parcianym
pasku,patolog sądowy stwierdził śmierć między północą a trzecią nad
ranem prokurator ,pogrzeb, itd, staram śię jak mogę na zewnątrz
skała, ale gdy zostaję sam wszystko wraca ,brakuje mi Jej
ciepła,dotyku , założonej nogi w nocy , brakuje mi
wszystkiego .Najgorsze jest jednak to ,ze idąc na cmentarz nie
potrafię Jej nic powiedzieć ani w myślach ani słowami zastanawim się
czy coś ze mną jest nie tak,nie wiem co mi nie pazwala na tą
odrobinę uczucia .Może ktoś mi to wytłumaczyć?