luccio1
24.08.08, 20:14
Mija 10 lat od śmierci mojej Mamy.
Mimo, że przez ostatnie dwa lata życia była sparaliżowana bez nadziei na
poprawę - Jej odejście było ciosem. Ten cios złagodziło mi później zawarcie
małżeństwa i w następstwie tego zmiana mieszkania i urządzanie nowego według
własnej koncepcji, choć w dużej części meblami wziętymi z domu rodzinnego.
W każdym razie - ból, poczucie straty - z latami słabnie...
Dwa lata przed śmiercią Mamy odeszła ode mnie Pani Profesor, która
doprowadziła mnie (zresztą jako jednego jedynego ucznia) do doktoratu. Była
rówieśniczką mojego Taty, niegdyś jego koleżanką ze studiów - przy wyborze
promotora doktoratu wyszło tak, że to ona mnie "znalazła".
Układ Mama-dziecko powstał tutaj samoczynnie. To była nieco inna Mama, niż Ta
prawdziwa:
Mama mająca bardzo dużo i nader często za złe, Mama wymagająca, Mama
strofująca co i rusz, Mama absorbująca, wymagająca pomocy w różnych sprawach,
także najbardziej codziennych -
- a równocześnie Mama wiedząca więcej, niż prawdziwa, Mama, przy której czasem
czułem się lepiej...
Kiedy odeszła - najpierw czułem ulgę: teraz będzie spokój, nikt nie będzie
zawracał mi głowy sprawami do natychmiastowego załatwienia, nikt nie będzie
żądał ode mnie, bym rzucał swoje sprawy i szedł robić co innego...
A dziś żal, ból, poczucie braku - narasta właśnie z tej strony. Wolno - ale
rośnie. To jest ten jeden jedyny człowiek na świecie, którego chciałbym mieć
przy sobie z powrotem.
Dlaczego?