smutek...płacz...beznadzieja...

18.10.08, 12:34
Piszę po bardzo długiej przerwie. Szczerze mówiąc zaglądam tu codziennie...chyba szukając jakichś ciepłych słów.. Mój Tata zmarł w lutym. Byłam u psychologa, powiedziała mi w sumie to co każdy tylko innym językiem.. Zaproponowała pewne "ćwiczenia", np. wspomnienia codziennie 30 minut i inne.. I pytanie po co poszłam do psychologa: bo sobie nie radziłam, a ciepłe słowa w stylu no już dobrze, weź się w garść, albo tak musiało być jakoś ukojenia nie przynosiły. Po wizycie poczułam się odrobinę lepiej. Potem spadły na mnie obowiązki..

Musiałam "godnie" przeżyć ten czas, nauczyć się żyć od nowa(jeszcze mi się nie udało ) i jednocześnie chodzić na zajęcia, bo przecież obiecałam Tacie i sobie te studia. Teraz jestem już na II roku, totalnie zmęczona życiem i patrząca ślepo w dal jakby nic tam nie było. Kiedyś były plany,uśmiech, marzenia i beztroskie życie. Dziś czuję się jakbym walczyła o każdy dzień, o każde wstanie z łóżka i powiedzenie ,że " dziś będzie dobry dzień". I ta walka jest cholernie trudna, bo tak naprawdę jeśli żałoba to proces, to ja gdzieś utkwiłam i nie mogę się ruszyć. Wszystko traktuję jak obowiązek(np. zajęcia na studiach), po pasji do języków niewiele mi zostało..

Na uczelni raczej zachowaniem się nie wyróżniam, ubieram się jak każdy inny(bo żałoba jest w sercu a nie manifestuje się jej przez czarne ubrania. Rozmawiam z ludźmi, wróciłam na uczelnię już dwa tygodnie po pogrzebie.. Niestety człowieka spotyka tragedia, ale jest oceniany jak wszyscy i musi szybko się "ogarnąć" inaczej wypada z obiegu .Jakie to jest brutalne, że dla mnie czas stanął w miejscu, a życie toczy się dalej.. spokojnie sobie płynie. Życie towarzyskie jako imprezy dla mnie nie istnieje, są tylko spotkania, jakieś rozmowy o pierdołach. Nie mam ochoty iść nigdzie, wpadam w marazm i gapię się w sufit, czasem biorę parę zdjęć do ręki i wyję jak dziecko.

Jestem świadoma, że nikt mnie nie zrozumie, więc skoro tak, to odpuszczam, nie staram się nawiązywać nowych kontaktów, bo z doświadczenia już wiem, że słowa niektórych bardzo ranią i boję się ludzi ... Bo nawet najbliżsi przyjaciele czasem klepną coś takiego, że chcę się zapaść pod ziemię. I wiecie co? Całkowicie chyba jestem pozbawiona uczuć.Zimna taka..bierna. Mam chłopaka, jest kochany, stara się mnie wspierać, ale ja jakoś może nie umiem tego docenić ..nie wiem.. Po prostu mam takie dni, że nie chcę widzieć nikogo. Nawet jego..Wziąć sobie tabletkę na sen,położyć się w łóżku i tylko patrzeć jak mija mi życie.. a on staje się chyba coraz bardziej bezradny i ja się mu nie dziwię. Czuję się tak,jakby wszyscy mnie gonili: dalej weź się w garść..Kobieto nie marudź.. "Booooże znowu to samo" To dziwne, ale patrzę na minę i widzę znudzenie mą osobą i litość. Ja po prostu nie umiem zapomnieć najgorszych momentów mojego życia, nie umiem wstać z łóżka i powiedzieć,że dziś będzie lepiej,nie umiem znaleźć sobie niczego w czym mogłabym się wyżywać. Nie chcę i nigdy nie zapomnę o Tacie.
Nie mam planu na życie i nie wiem jak krok po kroku sobie je ulepszać, zmieniać. Z jednej strony jestem cholernie samotna- tak się czuję.

Ola
    • m-i-l-v-a Re: smutek...płacz...beznadzieja... 20.10.08, 19:18


      Będzie lepiej Olu, zobaczysz. Wtedy wspomnienie o Twoim Tacie nie będzie już bolało, będzie nawet przyjemne. Staraj się nawet na siłe przywoływać takie jego obrazy, które nie wiązą się z jego cierpieniem przed smiercia... i Twoim, po jego stracie. Myśl o tym, jaki był, gdy było Wam ze sobą dobrze. Zobaczysz, ze po pewnym czasie zaczniesz się usmiechać do tych wspomnien. Na pewno nie od razu się to uda. Na początku będzie się pojawiał zal, ze to wszystko bezpowrotnie minęło, ale jest szansa, ze potem będzie lepiej....
      Nie denerwuj się na bliskie osoby z Twojego otoczenia, ze popychają Cię ku temu lepszemu, a nawet wykazują zniecierpliwienie. To na pewno nie wynika z obojętności wobec Ciebie, tylko wrecz przeciwnie... A nietakty, ktore czasą bolą? Ja wierze, ze one również są wyłacznie wynikiem nieumiejętności obcowania z ludzmi w żałobie, tym bardziej, ze zdobycie tej umiejętności to bardzo trudna sztuka (bo kazdy oczekuje wtedy czegoś innego- ja sama zupełnie inaczej reagowałam po smierci taty, a inaczej gdy odeszła mama- chociaż obydwoje kochałam bezgranicznie). Zyczę Ci odzyskania radości życia- jak najszybciej. Pomyśl sobie o tym , jak tato by się wtedy cieszył...
    • grazyna1965 Re: smutek...płacz...beznadzieja... 20.10.08, 21:33
      Długo nie pisałam..codziennie zaglądam na to forum i czytam
      wszystkie wpisy ale dopiero dzisiaj zeebrałam sie na napisanie paru
      słow. Moja corcia zginęła 3 lutego a więc 8,5 miesiaca temu. Nie
      mogę tego ,,ogarnąć",są dni lepsze i gorsze ,jeśli w ogole
      słow ,,lepsze" pasuje tutaj. Wrociłam do pracy po półrocznym
      zwolnieniu lekarskim i chyba dobrze, ze to zrobiłam. Przynajmniej
      dni mam czyms wypełnione, tyram do wieczora ale w końcu wracam do
      domu i wszystko wraca, ogromny ból, tęsknota nie do opisania. Nie
      mam już żadnych marzeń, planów, niczego. TaK naprawdę to pragnę
      tylko jednego..spotkac sie z moim dzieckiem. Ale skoro jeszcze żyję
      to może Patra tego chce? Bo dlaczego to moje serce nie może pęknąć,
      pęka codziennie ale wciąż bije..dlaczego? Czuję się taka bezradna,
      bezsilna, tak bardzo boli ta nieodwracalność, już nic nie mogę
      zrobić dla mojego dziecka. Każdy dzień bez Patry jest dla mnie
      wyzwaniem choć kładąc sie spać mam nadzieję, że nie obudzę się. Ale
      budzę się..rok temu na Wszytskich Świętych szłam sobie z moją corcią
      za rękę, dużo rozmawialysmy na temat smierci, mówilam Jej jak ma
      mnie pochować kiedyś, żartowała sobie, że urnę z moimi prochami
      zabierze do domu..a teraz ja mam ochotę wykraść tę urne z moją
      Patrynią..Ona miała tylko 23 lata i była moim jedynym
      dzieckiem..nigdy nie pogodzę się z tym, że musiała umrzeć..nigdy.
      • mariola008 Re: smutek...płacz...beznadzieja... 21.10.08, 08:18
        Grażynko czytając twój post ma się ochotę krzyczeć. Boże czy jesteś? Gdzie
        jesteś?! Ja też jestem w żałobie po nagłym odejściu bardzo bliskiego mi
        człowieka. Brak słów na to aby wyrazić co człowiek czuje w obliczu tej
        nieludzkiej traumy. Brak słów aby pocieszyć.Rozumiem Cię
        i łączę się w bólu
        • grazyna1965 Re: smutek...płacz...beznadzieja... 21.10.08, 21:57
          Mariolu, codziennie krzyczę i pytam Boga dlaczego???? Dlaczego to
          moja Patra, moje jedyne dziecko, tak kochane przeze mnie,moja
          radość, moje życie..dlaaczego? Pewnie wszyscy tutaj zadajemy sobie
          pytanie o sens śmierci. Rozumiem wszystkich, ktory stracili swoich
          bliskich, ale dlaczego Bóg pozwala na coś takiego? To moje dziecko
          powinno mnie pochować, nie odwrotnie. Tak nie powinno być nie
          zgadzam się z tym, nie potrafię pogodzić się, że moja Patra leży na
          cmentarzu..to jest jakis horror. A najgorsze w tym wszystkim jest
          to, ze ja muszę żyć. Dlaczego muszę? Dla kogo? Nie potrafię dla
          siebie, nigdy nie potrafiłam,od 23 lat żyłam dla mojej Patryni,
          pracowałam dla Niej, była moim sensem istnienia. Jak mam teraz żyć?
          Przecież to nie da się, probuję codziennie, kazdego dnia, wstaję,
          idę do pracy, zajmuje się milionami spraw ale potem wracam do domu i
          Jej nie ma. I co wtedy mam robić? Co mam mysleć? Że jest Tam
          szczęśliwa?Ja za Nią tęsknię, potrzeuje Jej, chcę Ją przytulać,
          łazić po sklepach, leżeć na kanapie i słuchać jak ,,mądruje" mi bez
          przerwy, nasluchwac Jej kroków na klatce o 3 nad ranem gdy wraca z
          imprezy, słuchac Jej muzyki hip hopowej, widzieć Jej porozrzucane
          buty po całym mieszkaniu...jak mogę bez tego żyć? Udawać, że zycie
          toczy się dalej? Dla mnie świat się zatrzymał 3 lutego, nie potrafię
          bez Niej żyć. Czy to jest dziwne? Wszyscy już przyzwyczaili sie do
          tego, że Patry nie ma, ja nie potrafię, nic na to nie mogę poradzić.
          Probuję żyć ale to jest takie trudne.
          Łączę sie w bolu ze wszystkimi matkami, ktore strciły swoje dziecko.
          Grażyna
    • nataliat02 Re: smutek...płacz...beznadzieja... 21.10.08, 01:40
      Olu,czytałam twój post i czułam jakby ktoś dokładnie opisywał moje
      uczucia.Tylko że ja nie umię nawet wyrazić tej beznadziejności i
      bezcelowości mojego życia.
      Moja najdroższa Mamusia odeszła od nas miesiąc temu, a ja
      zobojętniałam na wszystko.Straciłam pracę ale nie mam ochoty szukać
      nowej.Codziennie zmuszam się żeby wstać zeby wyjśc choćby do
      sklepu.Nie chcę z nikim rozmawiać.Jak mam zajęcie w domu to czas
      zleci,sprzątanie,gotowanie i myśli odsuwam,ale gdy nadchodzi czas
      kiedy siadam i myślę to boli najbardziej.Na nowo przeżywam ten cały
      dramat.Nie wiem jak ja wytrwam do końca tego życia,nie umię byc tą
      samą osobą i żyć normalnie,za dużo bólu i cierpienia
      • annaki Re: smutek...płacz...beznadzieja... 21.10.08, 10:43
        grazyna 1965 napisała o 1 listopada, jak to było
        kiedyś.....przypomina mi się 1 listopada z 2004r. ostatni raz
        mieliśmy okazję z Adamem to "święto" spędzić razem. Mieliśmy dzień
        wolny, prawie przez cały dzień siedzieliśmy w domu rozmawiając,
        ogladając TV i jedząc (zwykły leniwy dzień). Wieczorem pojechaliśmy
        na Powązki zapalić znicze na tzw. zapomnianych grobach.
        Rozmawialiśmy o tym, że to dobrze, że to święto nie ma dla nas
        duchowego znaczenia bo wszyscy bliscy żyją, możemy jedynie pójść na
        cmentarz zobaczyć jak pięknie (to chyba nie najlepsze słowo w tym
        przypadku) wygladają oświetlone groby. Kupiliśmy kilka zniczy
        postawiliśmy je na grobach na których nie było żadnej lampki. TAK
        BYŁO PRZED WYPADKIEM.
        Teraz 1 listopada przeżywam strasznie emocjonalnie, zazwyczaj już
        kilka dni przed zamykam się na ludzi i świat, nie ma już mojego
        Adasia......wtedy zawsze myślę o naszej rozmowie z 01.11.2004r. Nie
        ma już wspólnego spaceru oświetlonymi alejkami cmentarza. 1
        listopada samotnie zapalam znicze na grobie osoby najbliższej jaką
        tylko mogłam mieć a którą straciłam.
        • malootka2 Re: smutek...płacz...beznadzieja... 25.10.08, 22:39
          Rada dla wszystkich - odwiedzcie dobrego lekarza. Ja wlasnie dzisiaj wrocilam z
          wizyty. W lutym stracilam bliska osobe i w koncu po tylu miesiacach zgodzilam
          sie na wizyte u lekarza. Po prostu sama nie daje sobie rady, nie wyjde z tego.
          Mam nadzieje ze kiedys znow odzyskam radosc zycia, ze bedzie mi sie chcialo
          wstac z lozka. Bo dzisiaj jest tak ze nic mnie cieszy, czesto placze, nie
          spotykam sie ze znajomymi, ciagle mysle o tym, ktory odszedl na zawsze...
          Ciagle, w kazdej godzinie. Ten lekarz wyciagnal z depresji moja mame po smierci
          babci - dlatego mu zaufalam. Powiedzial ze pierwsze efekty leczenia pojawia sie
          dopiero po miesiacu - bede czekac. Musimy jakos zyc dalej, choc czasem wydaje
          sie to nie do zniesienia.
          • mart.a.m do malootka2 27.10.08, 10:14
            psycholog, psychiatra czy inny terapeuta? Kto pomoże? Do kogo sie
            udać?
            • karnivora Re: do malootka2 27.10.08, 11:16
              Do psychologa, ten zwykle sugeruje psychiatrę
              chociażby ze względu na przepisywanie leków
              (psycholog nie ma uprawnień do recept)
            • malootka2 Re: do malootka2 30.10.08, 00:43
              Może być psychiatra z tego względu, że moze przepisywac leki. Ja natomiast bylam
              u neurologa, nie wiem czy kazdy neurolog zna sie na depresji, ale ten "moj"
              akurat tak. Przyjmuje w Łowiczu jesli ktos jest zainteresowany.
              • karnivora Re: do malootka2 30.10.08, 01:00
                10/10 - własnie rozchodzi się o profesjonalizm, nie koniecznie
                o specjalność wyuczoną. Może być, że jesteś "w dobrych rękach"'\
                Powodzonka bardzo i obserwuj skrupulatnie własną reakcję na leki.
                żeby wspólnie wypracować z łapiduchem "minimalne efektywme".
                Bo żeby nie zażywać "na wyrost".
    • ale_ksa Re: smutek...płacz...beznadzieja... 02.11.08, 22:36
      Droga Olu,strata bliskiej osoby to bardzo bolesne przezycie. Wydaje
      nam sie dziwne ze swiat sie nie zatrzymal, ze zycie idzie do przodu
      i ludzie obok nas kochaja sie, maja dzieci.... Bol, rozpacz oddalaja
      nas od bliskich, ktorzy zyja obok nas bezradni, bo cokolwiek by
      robili to zawsze bedzie niewystarczajaco. Nam sie wydaje ze mamy
      wylacznosc do bolu. Ja stracilam moja mame jak mialam 16 lat,
      (kilkanascie lat potem Tatusia) i wydawalo mi sie ze nie ma sensu
      dalej zyc, chowalam sie z bolem bo nienawidze litosci, balam sie
      niezrozumienia... Z czasem przyszlo pytanie czego oczekiwala ode
      mnie mama? i zdecydowalam sie realizowac jej i moje marzenia, byc
      szczesliwa. Dzisiaj jestem matka i czesto rozmawiam z moim synem o
      rozstaniu, o smierci ktora jest dlugim rozstaniem.... W zyciu
      przechodzimy rozne etapy i smierc to jeden z takich etapow, bolesny
      dla tych ktorzy zostaja bo trzeba isc do przodu. Mysle ze twoj Tatus
      bylby dumny z Ciebie widzac ze jestes szczesliwa, ze sie
      realizujesz, kontynujesz studia i kochasz tych ktorzy Ci sa bliscy,
      bylby dumny ze mysli o nim dodaja Ci sil. Jestem jeszcze mloda
      kobieta, nie boje sie smierci, nawet jesli by przyszla dzis. Bylam
      szczesliwa, staralam sie kochac ludzi. Jednego czego sie boje to,
      ze moj syn byloby nieszczesliwy, gdybym musiala odejsc. Dlatego
      mowie mu ze nawet z daleka bede pilnowala czy potrafi zyc. Badz
      szczesliwa myslac o twoim Tatusiu, zyj tak jakby to on pilnowal czy
      realizujesz swoje marzenia.
Pełna wersja