marzenka.online
14.11.08, 14:25
Nie daję rady...
Miesiąc temu w wieku 48 lat zmarł mój ukochany Tatuś. Nagle,
niespodziewanie, w strasznych okolicznościach, sam, w wielkim
cierpieniu - nikogo przy nim nie było... To był dla nas szok. Mama
znalazła Tatę w nocy - jak się później okazało nie żył już od
czterech godzin...
Tato był wspaniałym człowiekiem - cudowny ojciec, mąż, mądry,
wykształcony, pracowity, przedsiębiorczy. Był podporą naszej
rodziny, wszystkim pomagał. Ból jest ogromny, ale jakoś daję radę...
Najgorsze dla mnie jest oglądanie rozpaczy mojej mamy - byli ze sobą
prawie 30 lat... Mama ciągle płacze (obserwuję to codziennie, bo
wprowadziłam się do niej), straciła chęć do życia... W dodatku
pogorszyła jej się dramatycznie stopa życiowa, gdyż to głównie Tato
zarabiał. Niestety jest za dumna, aby przyjmować ode mnie
pieniądze... Powiedziała mi ostatnio, że przy życiu trzyma ją to, że
u niej mieszkam... Ale co dalej? Mam narzeczonego, który został w
naszym mieszkaniu... Na razie jest wyrozumiały, ale przecież muszę
do niego kiedyś wrócić...
Staram się być silna - tak jak Tatuś - stwarzam nawet takie pozory.
Wszyscy mówią, że dobrze znoszę tę sytuację, ale to nieprawda... Nie
mogę się załamać ze względu na mamę. Niby się uśmiecham, mówię
ludziom, że już się pogodziłam, że widocznie Bóg tak chciał, ale to
nie prawda. Dlaczego odebrano mi tatę w taki sposób - nie zdążyłam
sie z nim pożegnać, powiedzieć, jak bardzo go kocham, nikt nie
trzymał go za rękę. A zrobił tyle dobrego dla innych... To nie
fair!!!!!
Jak mam to wszystko ogarnąć???? Jak pomóc mamie????