kam.mar
05.02.09, 14:55
Kilka dni temu podszedł do mnie znajomy. Popatrzył na mnie i mówi:
”Widzę, ze masz takie straszeni smutne oczy i chciałem Ci
powiedzieć, że nie ma sytuacji, w których nie da się uśmiechnąć”.
Na co ja przypomniałam sobie jak moja mama leżała nieprzytomna w
szpitalu i umierała i zaczęłam się zastanawiać czy w takiej sytuacji
ten znajomy by się uśmiechał.
I zrobiło mi się tak strasznie przykro i z oczu poleciały mi łzy.
A on odszedł i odchodząc stwierdził, że moje łzy powiedziały mu
więcej niż chciał wiedzieć.
Zastanawiam się, po co w ogóle do mnie podchodził? Co sobie myślał?
Że rzuci jedno zdanie o uśmiechu a ja z radością zmienię się w
promienną osobę? Pokiwam głową i przyznam mu rację i zacznę się
uśmiechać?