Dodaj do ulubionych

O błogosławieństwie nicnierobienia

16.08.11, 13:32
To już chyba było, ale w kontekście kilku ostatnich wątkow umacniam się w swojej opinii, ze obecnie zdecydowanie za bardzo ingerujemy w rozwój dziecka.
Są tabelki, są zestawy umiejętności, jest wzorzec idealnego zachowania (ani niesmiałe, ani agresywne, ani wycofane, ani zbyt śmiałe) i rodzice, w dodatku nakłaniani przez specjalistów przykrawają dzieci do tego wzorca - ćwiczą jedno, wygaszają drugie, leczą trzecie.
Poza wypadkami ewidentnych problemów, mam coraz większe wrazenie, że szkodzimy dzieciom, nie akceptując prawdę mówiąc żadnego z nich. Akceptujemy dziecko 'przyszłe", po korekcji zębów, poprawie ortografii, wyleczeniu z niesmiałosci. To, ktore mamy, wymaga naprawy, jest wadliwe.
Tyle, ze dzieci naprawiane uczą się przede wszystkim tego własnie - ze nie są doskonałe, a rodzice chcieliby, aby były. Nie mówię tu o wychowaniu, tylko własnie o korygowaniu "wad", o których dziecko doskonale wie, ze są wadami.
Czy nie daloby się zaakceptować części wad? Bo teraz coraz bardziej dziecinstwo jawi mi się jako okres, ktory służy tylko przyszłosci - warto poswięcić jego sporą część, aby dorosłość była wspaniała. Tylko bez szczęśliwego i w miarę beztroskiego dziecinstwa - nie będzie - choćby zęby były proste, a ortografia bez zarzutu.
Obserwuj wątek
      • verdana Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 16.08.11, 14:16
        A ja myslę, że tu się zbiegoo kilka rzeczy.
        1. Wmowienie rodzicom, ze dziecko da się ukształtować niemal dowolnie, ze przyszłość dziecka zalezy od tego, czy w porę wychwyci się wszystkie nieprawidlowosci i skoryguje. Przy czym niemal zaden specjalista nie mówi, zeby machnąć ręka, tylko zaleca "15 minut ćwiczeń codziennie". I obiecuje, ze dziecko bedzie jak nowe. A nie jest - więc trzeba sesje przedłużyć na pół godziny...
        2.Ocenianie rodziców na podstawie osiągnięć dziecka. jesli dziecko jest słabym uczniem, to rodzice są złymi rodzicami. Jesli dziecko ma plaskie stopy - to rodzice zaniedbali. Mój syn nieprawidłowo trzyma długopis - od jednej z korepetytorek usłyszałam, żejest to jawny wyraz zaniedbywania dziecka.
        3.Brak doświadczenia - kiedyś miało sie duże rodziny, rodzństwo, kuzynów - i widziało sie, ze dzieci są różne i że to nieszczególnie szkodzi. Teraz zamiast pytać ciotki, idzie się do specjalisty. Bardzo często słusznie, ale z drugiej strony specjalista jest od tego, aby dziecko 'wyprowadzić", a nie powiedzieć, ze nie jest OK, ale to nie szkodzi.
        4. Przygotowanie dziecka tylko do wykonywania zawodu, a nie do czegokolwiek innego. Jesli dziecko ma zrobić karierę, to musi być najlepsze, prawda?
        • morekac Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 16.08.11, 15:18
          Ad1. Ponieważ nasze geny okazały się z lekka felerne, to mamy jeszcze szansę na ich skorygowanie i nie będzie widać, że były takie sobie... ;-)
          Ad2. Ma to moc, dopóki dla nas samych ważne są oceny innych ludzi. Dlatego nasze dziecko musi mieć średnią 5,4, równe zęby, być piękne, popularne, lubiane, mieć cechy przywódcze i być pełnym poświęcenie samarytaninem, grzecznie wypełniać polecenia rodziców i nauczycieli, jednocześnie nie podlegać wpływom rówieśników...
          Ad3. Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Który specjalista powie, że 'nie szkodzi, można z tym żyć i nie trzeba nic z tym robić, bo i tak się nie da.' Pozbawiłby się chleba...
          Ad4. I stąd te lamenty: dziecko ma tragiczną średnią 4,8, nie zrobi kariery. O dzieciach ze średnią w okolicach 3 nawet nie wspominam - z definicji wiadomo, że nic z nich nie będzie i nic nie osiągną.
      • joa66 Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 16.08.11, 14:19
        Ale czy nie jest to też wina nauczycieli i pedagogów, którzy niemal narzucają różne terapie i ćwiczenia?

        Przyznam się, że ja olałam dysgrafię dziecka (nauczycielka powiedziała, że dopóki robi jakiekolwiek postępy sam z siebie, a pismo jest w miarę czytelne, można dać spokój), ale zastanawiam się jak to będzie w nowej szkole, może dostanę za to po głowie? ( albo raczej syn, bo to już stary koń)

        Z tego co czytam na różnych forach to najcząściej (chociaż nie tylko) motorem tych działań nie są rodzice.
        • joshima Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 16.08.11, 19:02
          joa66 napisała:

          > Przyznam się, że ja olałam dysgrafię dziecka
          Tego akurat bym nie olała. Nie dla tego, że chce mieć dziecko doskonałe, ale dlatego, że prawdziwe dysfunkcje utrudniają dziecku życie. A można to czasem niewielkim wysiłkiem nieco skorygować.
          • joa66 Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 16.08.11, 19:19
            Też troche sie obawiam olania tej dysgrafii, ale tylko ze powodu ewentualnych komentarzy i złosliwości nauczycieli w nowej szkole . Poza tym... pisze w miarę czytelnie chociaż okropnie (zreszta i tak wiekszosc dłuższych prac może pisac na komputerze) , ma delikatnie mówiac umiarkowany talent plastyczny....

            Ale co bym osiągnęła mozolnymi ćwiczeniami dodatkowymi ? Bo nie zapominajmy, że np zwykłe lekcje to tez ćwiczenia. Miałby odrobinę ładniejszy charakter pisma (bo doskonały chyba nigdy)? Miałby piątkę a nie czwórkę z zajęc platycznych?

            Czy warto ?

            Zamiast tego czytał, uczył sie grać na keybordzie, ćwiczył karate (to zajęcia wybrane przez niego), jeździł na rowerze itp. A także , jak w tytule, "nicnierobił"

            Uznałam, że będe tylko przypominać, że cokolwiek ma być czytane przez kogoś innego niż on sam, ma byc w miarę czytelne i estetyczne, bo to wyraz szacunku. I tyle.


            Ma świadomośc swojej wady, ale traktuje ja jako cechę osobniczą, a nie wielki problem.


            Do końca sama mie jestem przekonana do swojej postawy (bo może o czyms nie wiem), ale intuicyjnie czuję, ze i ja i nauczyciel mieliśmy rację.
            • joshima Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 16.08.11, 22:02
              joa66 napisała:

              > Ale co bym osiągnęła mozolnymi ćwiczeniami dodatkowymi ? Bo nie zapominajmy, że
              > np zwykłe lekcje to tez ćwiczenia. Miałby odrobinę ładniejszy charakter pisma
              > (bo doskonały chyba nigdy)? Miałby piątkę a nie czwórkę z zajęc platycznych?
              >
              > Czy warto ?
              Jeśli chodzi tylko o charakter pisma to sama bym się wahała. Choć może trafić na zołzę, która mu będzie obniżać za to oceny (krzywdzące i deprymujące). No ale może sam wtedy podejmie stosowną decyzję.

              Są jednak dysfunkcje o wiele poważniejsze. problemy z czytaniem znacznie utrudniają przyswajanie wiedzy w ogóle.

              > Zamiast tego czytał, uczył sie grać na keybordzie, ćwiczył karate (to zajęcia w
              > ybrane przez niego), jeździł na rowerze itp.
              A to nieźle, bo zajęcia związane z koordynacją wzrokowo-ruchową, równowagą i symetryzacją półkul pomagają o ile się nie mylę. Chyba ma niezłą intuicję ten Twój syn.
    • Gość: basca Re: O błogosławieństwie nicnierobienia IP: *.ghnet.pl 16.08.11, 14:11
      1. Ja jednak chciałam zwrócić uwagę, że w jakimś sensie rodzice zawsze są nauczycielami dzieci. Zwłaszcza to widać wśród maluchów. Nie wysyłamy ich do szkoły, żeby nauczyły się jeść. To my pokazujemy jak to robić.
      Drugi aspekt to chęć wiedzy. Moje dziecko oczekuje ode mnie nowej wiedzy! Chce żebym jej czytała, wyjaśniała, pokazywała. Chce również spróbować nowych rzeczy.
      Mi podoba się w tym aspekcie Montessori. Jedno z głównych haseł to podążanie za dzieckiem. Dziecko samo "mówi" co je interesuje. I mówi ile tej wiedzy chce. Trzeba jednak dostarczać pewnych materiałów, żeby dziecko mogło zobaczyć co je interesuje.
      Drugie to ograniczenie poprawiania do minimum. Montessori proponuje "zabawki", dzięki którym same dzieci dokonują samokontroli - typu puzzle - dziecko widzi że zrobiło źle, nikt go nie musi poprawiać. No i te zabawki muszą być dostosowane do możliwości dziecka -nie za trudne.

      2. Druga sprawa to te tabelki. Ich złą stronę podałaś. Ale też mają plusy. Mamy teraz niewiele dzieci - mamy małą grupę kontrolną. Te tabelki pozwalają wyczuć co jest nie tak, czy dziecko dobrze się rozwija. Niestety pediatra rzadko pomaga. Ma za mało czasu. Dlatego te pytania. One nie zawsze mają u podstawy poprawienie dziecka, ale często wątpliwość czy z dzieckiem jest ok.
      • verdana Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 16.08.11, 14:21
        Ależ ja własnie nie mowie o "wychowaniu", w najszerszym tego słowa znaczeniu. Tylko o "korygowaniu". Jesli opowiadam dziecku o świecie i uczę posługiwania się widelcem, to przecież nie poprawiam żadnych wad dziecka. Ale jeżeli zacznę dziecku opowiadać tylko o historii, bo z tego w szkole ma dwóję - to wtedy zaczyna się problem.
        Ja o tyle nie szaleję za Montessori, ze dziecko ma za mało doświadczenia, aby wiedzeć o istnieniu bardzo wielu rzeczy - nie moze wiec się nimi interesować.
        I cały czas mówie - to nie dotyczy sytuacji, gdy cos jest rzeczywiście "nie tak". Szczególnie nie dotyczy bardzo małych dzieci, gdzie opóźnienie moze być groźne. Teraz jednak koryguje sie kazdy drobiazg - a to już mnie niepokoi.
        • Gość: basca Re: O błogosławieństwie nicnierobienia IP: *.ghnet.pl 16.08.11, 14:31
          > Ja o tyle nie szaleję za Montessori, ze dziecko ma za mało doświadczenia, aby w
          > iedzeć o istnieniu bardzo wielu rzeczy - nie moze wiec się nimi interesować.

          Podstawą jest dostarczanie "materiałów" i obserwacja dziecka co go interesuje.
          Te materiały to książki, kamyki, chodzenie w różne miejsca, kuchnia i jej zakamarki;)
          Co do typowych materiałów montessoriańskich to rzeczywiście bywają bardzo drogie.

          Akurat Montessori ma moim zdaniem inne minusy - IMO trochę za mały nacisk na aspekt społeczny, współpracę. Oraz za mało wyobraźni.
      • mskaiq Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 16.08.11, 14:46
        Rodzice sa nauczycielami dzieci i to w tym najwazniejszym okresie dla dziecka
        i tego sie nie da zmienic.
        To nie rodzice powinni podazac za dzieckiem a dziecko za rodzicami bo to
        rodzice mu pokazuja swiat.
        Dziecko moze zaakceptowac wszystko bo wszystko jest nowe, ciekawe,
        interesujace. Przestaje takie byc kiedy zaczyna musiec, kiedy cos staje sie
        obowiazkiem, kiedy to co robi przestaje byc radoscia, zabawa i kiedy
        zaczyna byc oceniane, przymuszane lub ukierunkowywane.
        Serdeczne pozdrowienia.

        • Gość: basca Re: O błogosławieństwie nicnierobienia IP: *.ghnet.pl 16.08.11, 15:02
          Juz 2-latek zaczyna mieć wyraźne preferencje. I nie dlatego że ktoś go zmusza, czy ocenia, ale dlatego że coś mu sprawia większą w danym momencie frajdę. Podążanie za dzieckiem - to w moim odczuciu przyzwolenie dorosłych na cieszenie się tym JEGO odkryciem, a nie pokazywanie innych rzeczy. Jeśli dziecko na łące interesuje pszczoła, to pokazuje książkę o ulu. W tym sensie rozumiem podążanie za nim.
          • mskaiq Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 16.08.11, 15:41
            Ale to dorosly pokazuje nowe rzeczy a dla dwulatka kazda nowa rzecz jest niezwykle
            ciekawa, wszystko jest frajda.
            Jak przychodzi do oceny co jest wieksza frajda to nie dziecko decyduje o tym a
            rodzice. To rodzice stwarzaja okazje do kontynuowania czegos i nie ma w tym
            nic zlego. Kazda rzecz moze byc dla dziecka wielka przygoda, pod warunkiem ze
            nikt jej nie zepsuje a po drodze moze napotkac na wielu takich ktorzy beda
            go w rozny sposob zniechecac.
            Serdeczne pozdrowienia.
            Serdeczne pozdowienia.
    • mamapodziomka Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 16.08.11, 14:31
      No dobra, do pewnego momentu sie zgadzam. Dziecko jest jakie jest, nie takie jakie chcielibysmy, zeby bylo. Ale co zrobic z "wadami" ktore moga miec/najczesciej maja powazne konsekwencje w przyszlosci?? Co zrobic z takimi, ktore dziecku ewidentnie utrudniaja zycie?

      Caly problem polega na tym, ze z faktu, ze ja zaakceptuje moje dziecko takie jakie jest nie wynika to, ze zaakceptuje je spoleczenstwo. Czesc "wad" byc moze wyeliminuje ono samo, z pewnoscia nie pieszczac sie z delikwentem tak jak rodzice, ale w duzej czesci tak sie nie stanie. Nieleczone silne ADHD czesto powoduje uzaleznienia, konflikty z kodeksem karnym, skrajne ubostwo (brak pracy). Dysleksja powoduje niemozliwosc zdania matury i masakrycznie ogranicza wybor zawodu. I tak dalej, i tak dalej.

      Akurat mam na stanie dziecko z "wada", niezbyt wielka, ale juz dosc ingerujaca w normalne zycie. No i czasem slysze do jakiego stopnia jej ta wada przeszkadza (zaburzenia percepcji sluchowe, ktore powoduja, ze w czasie np. zabawy nie rozumie rowiesnikow). No i ta siedmiolatka zapytana o to czy chce sprobowac nowej terapii (10 minut dziennie) powiedziala, ze tak, bardzo chce. Tak samo akurat marzy o klamrze na zeby, bo to dla niej synonim wieku nastoletniego ;)))

      Przy czym naturalnie dziecinstwo z mnostwem zabawy i duzym kontaktem z rowiesnikami (popoludnia, weekendy, "nocowanki", plac zabaw) jest dla mnie priorytetem, bo to dla mnie podstawa prawidlowego rozwoju. Ale troche czasu na popracowanie nad ortografia, na zajecia pozalekcyjne, czy terapie mozna wykroic nie niszczac dziecku dziecinstwa. A niektore terapie sa juz w tej chwili fajne i przyjemne - za logopedia mala przepadala i strasznie plakala, jak sie skonczyla.

      No, a czesc rzeczy to juz nie wymaga terapii a podejscia. Jesli dziecko jest niesmiale, to mozna naturalnie zaczac ciagac je po psychologach, mozna zaakceptowac, ze takie jest i zostawic je samo sobie, a mozna na przyklad regularnie zapraszac do siebie dzieci pojedynczo i w ten sposob ulatwic kontakty.

      Tylko ta cienka czerwona linia jak zwykle jest bardzo trudna do znalezienia, a o te #*'?=! instrukcje obslugi do dziecka doprosic sie nie mozna ;)))
      • verdana Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 16.08.11, 14:48
        Cały czas mowie - jesli jest coś powaznego, co moze zawazyć na dalszym życiu i DA się skorygować - to trzeba oczywiscie to zrobić. Podobnie, jak trzeba leczyć powazne choroby, ale juz leczenie kataru jest wątpliwe.
        Zaburzenia sluchu to nie jest rzecz, którą mozna zlekcewazyc, bo to jest problem zdrowotny, ktory leczyć trzeba koniecznie. Ale już drobną wadę wyglądu - o, tu bym sie zastanawiała.
        I przerazam nie klamra na zeby jako synonim wieku nastoletniego. Jestem przekonana, że jesli niemal wszystkie nastolatki potrzebują klamry, to w większości wypadków za cięzkie pieniądze leczymy normę fizjologiczną.
        • Gość: mamajasia Re: O błogosławieństwie nicnierobienia IP: 195.8.217.* 16.08.11, 15:00
          Tez mnie ta klamra przerazila nieco:))
          Ale widze, ze taki trend jest, ze posiadanie klamry jest cool:)

          Ja widze na przykladzie corki mojej kolezanki ,ze dawanie dziecku z aduzo bodzcow, za duzo zajec, organizowanie czasu co do minuty ma niestety minusy. Corka kolezanki, lat 12 nie umie sama z siebie nic wymyslic, zorganizowac, etc. Jak przyjda wakacje podczas ktorych ma jeden tydzien spedzic w domu ( reszta na obozach, etc) nie wie co ze soba zrobic...nie umie nic fajnego wymyslic, poza tv i FB. Od 6 roku zycia miala organizowane zajecia, ktorych z wiekiem przybywalo i przybywalo. Oczywiscie owo dziewcze lubilo i lubi wszelkie zajecia i nie wyobraza sobie ,ze po lekacjach mialaby wrocic do domu i np. bawic sie z kolezankami...czy to nie jest juz patologia lekka?
          A tydzien owej dwunastolatki wyglada tak:
          2 razy w tyg anieglski
          2 razy francuski
          2 razy basen
          2 razy konie
          1 raz taniec
          w weekendy zajecia w akademi teatralnej ( od 12 do 17 w sob i niedz) , czasem rano konie przed akademia....
          Dla mnie hardcore...ale ja woalalm lezenie na kanapie z ksiazka:)
            • joa66 Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 16.08.11, 15:34
              A co ma zrobić dysortografik, który po to, żeby uzyskać należne mu prawa (np w czasie różnych egzaminów) musi ćwiczyć w domu?

              To wszystko jest skomplikowane i jednak rodziców rola jest ograniczona.

              p.s. zajęcia korygujące (poprawianie) i różne zajęcia dodatkowe (udoskonalanie) to chyba dwie różne sprawy
              • verdana Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 16.08.11, 15:38
                Ma ćwiczyć. Traktując to jako jeszcze jedno szkolne zadanie.
                Jako matka kilku sztuk dysortografików widzę, jak barsdzo zaangazowanie rodziców i ćwiczenie z dzieckiem - akurat w tej konkretnej dziedzinie - może zaszkodzić. Czym innym jest spełnienie poleceń reedukatora - czyli po prostu odrabianie lekcji, a czym innym to, co robila Twoja siostra, a i ja przez pewien czas - czyli reedukacja nie jako jedno z zadań 'do szkoly", ale jako cos kluczowego w życiu dziecka.
                No i oczywiście, zajęcia dodatkowe to całkiem co innego, szczególnie, jesli są związane z zainteresowaniami dziecka - ja bym wtedy tego nawet nie nazwała udoskonalaniem.
              • mamapodziomka Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 16.08.11, 15:51
                Ano ja tez uwazalam, ze umiejetnosc mowienia jest podstawowa i bezdyskusyjna. A od poprzedniej pediatry uslyszalam, ze wymyslam, ze chce na sile diagnozowac dziecko, a ono po prostu takie jest, ze zle mowi, bo sluch ma przeciez w porzadku. Fizycznie tak, ale mozg jej nie przetwarza prawidlowo sygnalow i przy najmniejszym szmerze w tle juz nie slyszy. Wady sie nie da wyleczyc, mozna tylko ograniczac skutki - wiec byla 2 lata intensywnie uczona mowic, tak jak sie uczy jezyka obcego wlasciwie.

                To naprawde jest niesamowicice trudne - bo z jednej strony notorycznie ktos przypina ci latke nadambitnej matki, ktora nie potrafi zaakceptowac, ze jej dziecko nigdy nie nauczy sie poprawnie mowic i nie pojdzie do normalnej szkoly, a z drugiej strony po latach pytaja "a gdzie byli rodzice"? Trudno ocenic co jest wada akceptowalna, a co juz powazniejszym problemem. Szczerze mowiac nie mam lepszego pomyslu niz sluchanie swojego instynktu.

                No i wlasnie trudno zaakceptowac dziecko bardzo inne niz rodzice. Ja bylam wlasnie typem wiecznie czytajacego niesmialego samotnika, a trafil mi sie egzemplarz, ktory czytac nie znosi, do szkoly chodzi wylacznie ze wzgledow towarzyskich, a gdybym jej zaproponowala zajecie calego tygodnia tancem i jazda konna to pewnie by oszalala z radosci. W tym roku jej troche obcielam zajecia, bo potrzeba wiecej czasu na lekcje i zycie towarzyskie i nie jest tym zachwycona (fakt, ze zycie towarzyskie uprawia rowniez intensywnie na koniach i tancu). No, ale czasem trzeba choc sie nie chce, bo mieszkamy w Niemczech i jesli na koniec 4 klasy nie bedzie miala przynajmniej sredniej dobry, to jej nie przyjma do gimnazjum i z matury nici beda. A ambicje zawodowe ma wylacznie zwiazane ze studiami (nauczycielka muzyki, weterynarz, etc.) wiec nieco musimy przysiasc nad ortografia i czytaniem. W gimnazjum niech juz sobie jedzie na trojkach, ale dostac sie jakos musi.
      • Gość: tika Re: O błogosławieństwie nicnierobienia IP: *.adsl.inetia.pl 16.08.11, 22:03
        Masz całkowita rację, brak instrukcji obsługi i gwarancji jest dołujacy.
        Ja akurat wspominam dzieciństwo syna- młodsze klasy i podstawówke jako koszmar. Wada wymowy głuchota ale w sensie mózgu-nie kojarzenia i rozpoznawania dzwieków, dysleksja dysgrafia, dysortografia, słaba sprawnosc fizyczna- w sensie ciagłych uszkodzeń n WF i nadpobudliwość jeszcze nie ADHD ale spora.
        Jeśli dodamy totalną niecheć do czytania i trzymania pióra olówka kredki ito.. to wyobrażcie sobie jak to było. Przez piierwsze 3 lata lekcje i ćwiczenia były robione do 22 od powrotu ze szkoły.Czasem płakałam w kącie,ze nie wytrzymam, ale przy dziecku konsekwentnie, spokojnie... czasem zastanawiałam się czy to już znęcanie nad dzieckiem.
        W czwartej klasie juz było lepiej-czym byłam zaskoczona jednak te wszystkie ćwiczenie(i tak w sumie to 50% zalecanych) zaczeły procentować. Ale i tak czas wolny zdarzał się dziecku rzadko. (karate i zajęcia muzyczne były obowiązkiem) W gimnazjum w pierwszej klasie pilnowałam lekcji i tylko ćwiczeń z ortografii(znajomość zasad jest konieczna do zaświadczenia o dyslekcji-a to z kolei do mozliwości pisania egzaminów na komputerze. i wynik z egzaminu 94/100 mozliwych
        No i teraz liceum , ale to już Pan pikus w porównaniu z pierwszymi klasami podstawówki
        No i gdzieś ciagle się zastanawiam czy właśnie tak trzeba było?? czy moze inaczej??
        Z nauką nie na problemów (jest leniwy i gdyby pracował tyle co kiedyś- ciagle siedzi przy kompie,ale czy po tym czy nogę mu odmawiać?
        Społecznie kiepsko- brak kolegów nie pali nie pije nie... albo gry albo ksiazki. i ciagle dręczy mnie pytanie czy mogłam zrobic coś lepiej inaczej? bo wiecej to na pewno nie

    • bluea.nne Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 16.08.11, 17:24
      ano tak
      zaczyna się bardzo wcześnie, bo:
      - jak sika w nocy mając 2 lata, to trzeba dziecko sciągać siłą(nikt się nie wyśpi), zachęcać go jakimiś naklejkami, coby wołało, że chce do wc; ale przecież diecko MUSI w tym wieku spać bez pieluchy
      -potem wyścigi- mój już chodzi, mój już jeździ na rowerze bez bocznych kółek, itp.
      te przykłady mówią o rzeczach, które dziecko osiąga w swoim czasie i to każde w innym; i zamiast cieszyć się np. z jazdy na rowerze z bocznymi kółkami, dziecko przeżywa stres a matka biega za nim...
      sama przeżyłam takie sytuacje: jedna z moich córek jeździła właśnie bez bocznych kółek druga jeszcze z nimi; dla mnie luz- przyjdzie jej czas; ale niektórzy rzucali głupie komentarze, typu "jak to?jedna umie druga nie?hmmm, pewnie zdolniejsza/sprytniejsza"; no bo przecież bliźniaczki maja obowiązek być takie same...
      jak dla mnie bez sensu
      • verdana Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 16.08.11, 17:37
        No tak... Bo jesli spotykają się dwie matki roczniaków i jedno dziecko mówi, a drugie chodzi, to zadna nie jest zadowolona, tylko boi się,z e jej dziecko jest opóźnione - bo nie mowi/nie chodzi. I pyta na forum, pyta lekarza, pyta znajomych. A potem "przyspiesza rozwój".
    • asia_i_p Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 16.08.11, 18:02
      Mów mi tak.
      To mnie pociesza jak cholera, bo moja córka:
      1. Jest córką anglistki, a z angielskiego umie kilkanaście słówek.
      2. Ma z deka iksowate kolanka, a ortopedy na oczy nie widziała, bo wada się nie pogłębiam tylko zmniejsza i ciągle sobie wmawiam, że to fizjologia. Obuwia profilaktycznego nie nosiła nigdy, bo jest niewygodne i brzydkie.
      3. Jest nieśmiała i mam to gdzieś, dopóki jej to nie przeszkadza (a jak jej przeszkadza, to jej powspółczuję, ale nic z tym nie robię). Też jestem i mój mąż też.
      Czasem próbuję z nią gadać po angielsku, czasem coś poczytać - ale ja jestem z natury leniwa i niesystematyczna. Więc może powinnam moje lenistwo przyjąć jako metodę.
      A tak na poważnie - mam śmiertelnie mocne postanowienie, żeby przynajmniej za ten angielski się wziąć. Od jutra. Tak jak za swój włoski.
      • verdana Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 16.08.11, 18:47
        Mój syn jest dziecięciem profesora historii (ktora to o historii ma pojęcie nader mgliste) i magistra historii(który historię łacznie z Mongolią oraz Hajdarabadem ma w jednym palcu) , bratem mgr. historii i wnukiem profesora historii.
        Z historii ma naciąganą tróję.
        A ja biorę się za angielski od 35 lat.
    • joshima Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 16.08.11, 19:00
      verdana napisała:

      > Poza wypadkami ewidentnych problemów, mam coraz większe wrazenie, że szkodzimy
      > dzieciom, nie akceptując prawdę mówiąc żadnego z nich.
      Hmmm. Nie zauważyłam, żebym miała problemy z akceptacją swojego dziecka. Z niczym go nie poganiam nie porównuję z innymi dziećmi, nie przykładam do żadnych tabelek i rehabilituję. Moje dziecko nie jest wadliwe, jest wspaniałe.

      Pewnie zaraz powiesz, ze to nie ważne, bo jest jeszcze za małe, trudno. Trochę masz racji z tym co piszesz, ale nie znoszę uogólnień i nie zgadzam się na wrzucenie z innymi do tego wora.
        • joshima Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 16.08.11, 21:55
          verdana napisała:

          > Cóż, zobaczymmy czy zaakceptujesz na przyklad trójki w szkole
          Pytanie zasadnicze. Co rozumiesz przez "zaakceptujesz".

          > albo nie idealneie proste zeby,
          No cóż, według podejścia niektórych mam moja córka już się kwalifikuje do założenia aparatu. Jakoś nie pędzę.

          > albo lekkie plaskostopie
          Co za problem? Sama miałam.

          Jakoś nie znajduję powodów ani w tym co wymieniłaś, ani w ogóle, żeby dokuczać własnemu dziecku. Takie zachowanie nie mieści się w mojej głowie. I nie sądzę, żeby przez 7-8 lat mi się zmieniło. Moje dziecko nie jest idealne. Ma prawie 2,5roku i spi w pieluszce, je rękoma, nie zna liczb liter i figur geometrycznych, nie umie liczyć i robi wiele innych rzeczy, które "nie przystoją" pannie w jej wieku. Jakoś nie rwę włosów z głowy i nie znajdziesz na forum moich postów w których rozpaczliwie szukam porady.

          No ale pewnie wiesz lepiej ode mnie jaka jestem.
    • kachape Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 16.08.11, 21:55
      Bo trochę jest tak, że dotęp do informacji jest i błogosławieństwem i przekleństwem jednocześnie. zammiast cieszyć się własnym dzieckiem, obserwować jak zmienia się, chłonie świat, cieszy się nowymi odkryciami i rozwija, czytamy w jednym miesięczniku o jednym dziecku, na forum o innych od mam, gdzieś tam wpadnie artykuł o nieprawidłowościach, zaburzeniach i przegapionych przez rodziców wadach, do tego dokładamy coraz bardziej rozbudowane oferty przedszkoli z milionem zajęć dodatkowych, dane dotyczące bezrobocia i dajemy się zapędzać w jakiś obłęd....
    • rycerzowa Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 16.08.11, 22:29
      Verdana , znowu herezje głosisz.
      Dlaczego "ingerujemy w rozwój dziecka" i poprawiamy jego "niedoskonałości"?
      Pytanie takie samo, jak to, dlaczego teraz rodzimy tak mało dzieci.
      Odpowiedź jest jedna - bo możemy.
      Chyba, że nie możemy, wtedy mówimy, że tamte winogrona są kwaśne, a te nasze wręcz przeciwnie.

      Rodzic wiele by zrobił, by swoje dzieciaki wyprowadzić z dysleksji, uczynić je urodziwymi
      i pewnymi siebie - gdyby mógł.
      Ale to nie zawsze jest nierealne.
      Więc nie dorabiajmy ideologii.
    • boryska_only Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 16.08.11, 23:54
      czesc, fajny watek poruszyłaś/eś, nie wiem kim Ty:) i chciałam powiedzieć, ze to pokutuje od 1973 roku, ja się wtedy ur i moja mama musiała wiele "wad" u mnie skorygować:) platfusy, nie wiem czy tak to się dokładnie pisze;), wadę wymowy, i megawadę zgryzu! ja jako dziecko przeszłam to ok, teraz widzę to inaczej :( ale cóż, widziała, działała, poświęciła się, kasę niemałą wydała na to... dziękuję Jej:) mam proste zęby i nogi i dobrze mówię... ale, no właśnie... fizycznie wyglądam ok-podobno-ale psychicznie dno!!! zero wiary w siebie!!! i to pod KAŻDYM względem! mimo tych "jej" lat "walki" i tak źle wyszło, bo urodziłam trójkę dzieci i mam "duży" brzuch, dobrze ,że włosy zapuściiłam, bo wyglądałabym koszmarnie z krótkimi, bo powinnam dla męża zrobić operację piersi, bo po karmieniu są takie, a nie powinny być "takie... itp naewt nie mam siły o tym wszystkim pisać i to chyba nie to forum...
      I ja teraz tez wyszukuje "wad" u moich gwiazdek, ale spoko, panuje nad sytuacją, po prostu pytam lekarzy, specjalistów itp ...
      ps. to dość rozległy i intymny temat, więc jakby co, to na priv-a pisać! pozdrawiam...
      • joshima Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 17.08.11, 00:48
        Po prostu masz toksyczną matkę, która nie potrafi przestać być toksyczna mimo że tyle się poświęcała. Niestety to się zdarza. Matki bywają toksyczne nawet jak nie wysyłają dzieci do ortodonty i logopedy. Jedno z drugim ma dość luźny związek. Wierzę, że są matki nietoksyczne, które wyprostują dziecku zęby, żeby miało w życiu łątwiej i nie zaszczepią mu przy tym miliona kompleksów.
          • Gość: tika Re: O błogosławieństwie nicnierobienia IP: *.adsl.inetia.pl 17.08.11, 08:07
            Granica jest niestety płynna, czyli nie mozna dać wyrażnej wskazówki tyle wystarczy. Trzeba dostosować indywidualnie i ocenić co jest najważniejsze.Ja zrezygnowałam z logopedy (3 lata chodziłamz synem) wo w końcu potrafił wypowiedzieć wszystkie głoski, ale i tak mówił niewyraźnie. ajk powiedziała logopeda jak się zakocha i bedzie miał motywacje... Ale nawet jako maluch w przedszkolu nie miał kompleksów- jak pani nie rozumiała to inne słowo, inaczej zbudowane zdanie.
            Natomiast slyszenie było dla mnie priorytetem, a tu żadnej pomocy z poradni, ucho ok a na tescie słyszenia głuchy jak pień. 5 latek, nie rozpoznawał dzwięku telefonu,lejącej sie wody, tramwaju, domofonu itp A dysgrafia mimo tysiaca ćwiczeń mu została- jak pisze nalekcji sam sie nie moze odczytać
          • zofijkamyjka Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 17.08.11, 09:55
            joa66 napisała:

            > A ja myślę, że podstawowe pytanie to nie czy "walczyć" z problemami i wa
            > dami, tylko gdzie leży granica.

            Dokładnie tak, to trudne! Jak daleko "poprawiać" dziecko, żeby mu nie zaszkodzić. Ja mam np. problem z dzieckiem dotyczący słodyczy i muszę trzymać sztywne zasady w tej kwestii, takie zalecenie lekarza ale zawsze zastanawiam sie jak to odbije się na jej psychice i czy jej nie zaszkodzę :-(
            A z prostowaniem zębów to jakaś chyba moda jest, teraz wszystkie dzieci powinni aparat nosić :-)

    • el_elefante Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 17.08.11, 09:46
      Wracając do pierwszego wpisu.
      Myślę, że to nic nowego, że naprawiamy dzieci, że akceptujemy obraz przyszłego dziecka, wyimaginowany na podstawie przyjętych w jakiś sposób norm fizycznych i psychicznych, czy naszych własnych oczekiwań, pragnień, kompleksów itp. Może rzeczywiście zjawisko to nasiliło się w ostatnim czasie, a może po prostu rozwój i dostępność informacji sprawia, że więcej widzimy, więcej wiemy. Warto również pamiętać, że osoby piszące na forach internetowych stanowią raczej mało reprezentatywną próbkę, a granice o których mowa, są mocno rozmyte. To, co dla jednego jest przegięciem, dla drugiego będzie normalne i nie da się powiedzieć kto ma rację. To tak, jakby się zastanawiać czy dziecko ma podążać za rodzicem, czy rodzic za dzieckiem, nie mając precyzyjnie zdefiniowanego pojęcia "podążać" - bo tego się nie da zrobić, dla każdego z nas oznacza ono coś innego. A gdy w dodatku ja powiem, że nikt za nikim nie powinien podążać, cokolwiek to znaczy, bo nie o podążanie w tym wszystkim chodzi, to też będę miał rację.

      Tu chyba nie chodzi o samą chęć korygowania "wad", bo w zasadzie nie ma w tym niczego złego. Chodzi raczej o to, że mało kto umie to robić dobrze, a prawdziwych, mądrych specjalistów, którzy podpowiedzieliby właściwy kierunek dla wszystkich nie wystarcza.
      • verdana Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 17.08.11, 09:53
        Nie, chodzi róniez o to, ze dziecko poprawiane stale nabiera pewnści,z e jest z nim cos nie tak. ja, jak poprzedniczka w tym watku całe dziecinstwo miałam cos korygowane - aparat na zęby, cały rok tylko półbuty z wkladka na plaskie stopy (także w lecie),. opaskę na odstający duży palec u nogi, krotko obcięte włosy, bo wypadały, odchudzanie, okulary (no, to akurat konieczność).
        Moi rodzice NIE są toksyczni i nigdy mi nie mówili, ze jestem brzydka, przeciwnie. Jednak nigdy w zyciu nie poczulam się ładna, mimo skorygowania wiekszości wad. Podobnie moj najstarszy syn nie czuje, ze ma jakiekolwiek sukcesy zawodowe, po wieloletniej reedukacji.
        I tu widze najwieksze niebezpieczeństwo.
        • Gość: basca Re: O błogosławieństwie nicnierobienia IP: *.ghnet.pl 17.08.11, 10:15
          > Jednak nigdy w zyciu nie poczulam się ładna, mimo skorygowania wiekszości w
          > ad. Podobnie moj najstarszy syn nie czuje, ze ma jakiekolwiek sukcesy zawodowe,
          > po wieloletniej reedukacji.

          Moi rodzice mnie nie korygowali - nigdy nie czułam się zbyt ładna.
          Moi rodzice mnie nie reedukowali (nie mieli o tym pojęcia) ale zanim czegoś się podejmę, 2 razy się zastanowię czy sprostam zadaniu.
          Znam jednak ludzi nieurodziwych, o dużo mniejszej wiedzy i inteligencji z olbrzymim tupetem. IMO po dużej/małej? części jest to związane z charakterem.
        • el_elefante Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 17.08.11, 10:59
          Może nieprecyzyjnie się wyraziłem, chodziło mi o to, że nie tyle sam pomysł skorygowania wady jest zły, ile sposób zrealizowania tego pomysłu. Sposób taki, który nie będzie wywoływał w dziecku ciągłego poczucia bycia wadliwym. Mało kto potrafi to robić, niewielu jest fachowców, którzy umieją lub chcą pouczyć, wskazać JAK coś zrobić, żeby nie obróciło się przeciwko.
        • joshima Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 17.08.11, 11:05
          verdana napisała:

          > Moi rodzice NIE są toksyczni i nigdy mi nie mówili, ze jestem brzydka, przeciwn
          > ie. Jednak nigdy w zyciu nie poczulam się ładna, mimo skorygowania wiekszości w
          > ad. Podobnie moj najstarszy syn nie czuje, ze ma jakiekolwiek sukcesy zawodowe,
          > po wieloletniej reedukacji.
          Czyli jednak Twoi rodzice nie stanęli na wysokości zadania, bo ograniczyli się do korygowania wad.

          > I tu widze najwieksze niebezpieczeństwo.
          • Gość: basca Re: O błogosławieństwie nicnierobienia IP: *.ghnet.pl 17.08.11, 12:15
            > Czyli jednak Twoi rodzice nie stanęli na wysokości zadania, bo ograniczyli się
            > do korygowania wad.

            Po pierwsze możemy jedynie gdybać, co by było gdyby:
            - nie korygowali wad. Czy Verdana wtedy poczułaby się ładna? Podejrzewam, że sama dostrzegłaby swoje wady i wpłynęłoby to na jej postrzeganie
            - oprócz korygowania, podjęli większe wysiłki w celu zwiększenia samopoczucia w kwestii wyglądu. Ile czasu, wysiłku by to zajęło? Czy wtedy - skoncentrowana na dbaniu o siebie - zostałaby profesorem?

            Może jednak to była najwłaściwsza droga!? Zwłaszcza że nie dla każdego uroda jest najważniejsza, a Verdana męża ma więc... ;) Po drugie na wychowanie człowieka ma wpływ DUŻO rzeczy. On sam - jego charakter, charakter rodziców, ich metody wychowawcze, otoczenie, koledzy, finanse itd.... IMO nie ma co gdybać.
              • verdana Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 17.08.11, 15:11
                Ależ ja nie mam cienia pretensji do rodziców - robili wszystko bardzo taktownie, robili to (a nawet znacznie mniej) nuiż kazali lekarze i specjalisci. Oni byłi własnie w sytuacji dzisiejszych rodziców - posłuchali specjalistów i robili to, uwazając, ze jest to absolutnie konieczne. Najśmieszniejsze , ze mam nadal nadwagę, płaskie stopy i nieprawidłowy zgryz:) I w niczym mi to nie przeszkadza.
                Rodzice robili nbardzo wiele rzeczy, prócz korygowania wad. Tylko rodzice rzadko sobie zdają sprawę, ze dziecko, stale poprawiane, myśli o sobie coraz gorzej. Rodzice w życiu nie powiedzieli mi,z e cos jest "nie tak" z estetycznego punktu widzenia - to wszyssko były zalecenia lekarskie. Ale IMO raczej zaszkodziły, niz pomogły.
    • oliwe Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 17.08.11, 12:55
      Prawdą jest, że to głównie rodzice projektują i przypisują swoim dzieciom wady, które nie koniecznie wadami są a już szczególnie takimi, które obowiązkowo trzeba korygować. Każdy rodzic jest zafiksowany na coś co miał lub czego właśnie nie miał i tego szuka w swoim dziecku.

      Jeśli całe życie był dumny ze swoich idealnych zębów to będzie leciał po aparat dla dziecka które takowych nie ma, podobnie jak ten który mocno cierpiał z powodu krzywych. To samo dotyczy nauki, charakteru, urody czy zdrowia.

      Czy mamy na to wpływ? Chyba nie, działamy podświadomie i instynktownie, dopiero otoczenie pokazuje nam, że przesadzamy, w którąś stronę.

      Ja jako dziecko zmagałam się z nieśmiałością, rodzice mnie wypychali gdzie tylko się dało żebym przełamywała swoje opory, dziś odnoszę sukcesy w zawodzie opartym na relacjach interpersonalnych ale czy gdybym się zaszyła na przykład w zaciszu laboratorium byłabym mniej szczęśliwa? Sądzę, że nie. Tak czy inaczej szkoła byłaby dla mnie koszmarem bo w grupie fajni są ci otwarci kontaktowi a ja chciałam być fajna. Gdyby mi ktoś powiedział, że nie muszę i najważniejsze bym była sobą i czuła się dobrze w swojej skórze, że odstawanie od grupy nie oznacza bycie gorszym tylko indywidualistą wtedy byłoby inaczej.

      Za mało jest w świecie doceniania różnorodności pod każdym względem, dominuje jakieś pragnienie unifikacji, dopasowywania, nieodstawania od norm. Trzeba nie lada siły charakteru by iść trochę pod prąd. Czuć dumę i siłę ze swojej odrębności.

      A rodzicom przychodzi to nader trudno, mnie samej nie wyłączając.
      • joa66 Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 17.08.11, 13:27
        Wydaje mi się, że taką granicą (czasami trudną do zauważenia) jest to, że dziecko wie, że rodzice widzą w nim przede wszystkim człowieka, dziecko a nie ucznia (przyszłego ucznia), pacjenta, itp. Niestety, czasami nam się wydaje, że tak właśnie traktujemy dziecko, jednak jego uczucia są zupełnie inne.


        Ktoś pisał tutaj o ogromej pracy włożonej w rozwój dziecka, co zaowocowało po latach wynikiem 94 pkt na egzaminie gimnazjalnym i zerowym życiem towarzyskim. Fajnie by było wiedzieć jak pomagać dziecku , żeby miało to zwykłe życie towarzyskie, nawet kosztem paru punktów.
        • Gość: tika Re: O błogosławieństwie nicnierobienia IP: *.adsl.inetia.pl 17.08.11, 15:21
          Tak , ja. Też nie jestem towarzyska :) nigdy nie zabraniałam synowi spotykać się z kolegami! Miał kolegę z podstwówki dwie ulice dalej i czasmi wpadali do siebie.Ale potem przestał się spotykać. Nie ja mu kazałam- tamtem po prostu kilka razybył zatrzymany za spozywanie alkoholu w miejscu publicznym.(ale dowiedzialam sie od syna)
          Nie wydaje mi się, żebym widziała tylko ucznia czy pacjenta.
          Po prostu pewne sprawy są podstawowe, i na nich bazuje cała reszta. Dla mnie podstawą było czytanie i słyszenie. wadę wymowy, dysgrafię i brak sprawnosci fizycznej odpuściłam. Taki jest i już. Jeszcze jest w takim wieku, że moge go do czegoś zmusić.(typu zapisać na zajęcia sportowe, ale on nie cierpi takich zajęć)
          Powiem,że najwiekszy sukces mojego syna to chodzenie,proszenie i podciąganie ocen u nauczycieli. U ucznia który w podstawówce ciagle dostawał jedynki za brak, nie wiedział,zapomniał, nie ustłyszał... to NOBEL.
          Teraz w liceum chciałabym jakoś wpłynąć na rozwój społeczny. JEśli ktoś ma jakikolwiek pomysł jak... to ozłocę. Póki co bedzie obowiązkowe uczestnictwo w wycieczkach wyjściach szkolnych.
          Fajnie mieć dobry kontakt z dzieckiem, ale tę pępowine muszę nadciać...
          • verdana Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 17.08.11, 15:38
            Ależ własnie to jest dokładnie to, o czym piszę. młody człowiek jest w liceum, poprawił to, co matka uznała za słuszne (hm, dla mnie akurat wyciaganie ocen, to jest to, czego nie znosze, ale sa rózne opinie) - i nadal musi być poprawiany. Nie jest towarzyski? A może mu z tym dobrze? Syn jest, jaki jest, ale nadal musi się zmienić, nie dlatego, zę sam czuje się z tym źle, ale dlatego, ze zdaniem rodziców powinien byc inny.
            I dokladnie to uwazam za przegięcie, szczególnie w stosunku do licealisty.
            • Gość: tika Re: O błogosławieństwie nicnierobienia IP: *.adsl.inetia.pl 17.08.11, 21:20
              wyciaganie ocen to też moim zdaniem idiotyzm, ale wszyscy tak robią.Ale nie zrozumiałaś mnie- jak trzeba wyciagmąć ocenę to trzeba iść do nauczyciela, zpytać czy jest mozliwość, poprosić, zwykle nie ma ustalonych sztywno regół, nie przegapić że nauczyciel mówi że jak ktos chce to ma... A jemu zdarzało się póśc do szkoły atu klasa pojechała na wycieczkę, on nie chciał ale zapomniał. Są skrócone lekce, ni pamiętał, nie zapisał. Zapytanie pani dlaczego ma 1 ze sprawdzianu było ponad jego mozliwosci (podpisał jakims bżgrołem i pani pomyliła uczniów) itp itd. Dla mnie to olbrzymi sukces, bo oznacza to zachwanie w spółeczeństwie i radzenie sobie.

              co do towarzyskości. Nie wiem! może masz rację,a moze nie. Może cos się da zrobić? a moze nie- jemu z tym dobrze (chyba)Ale czy to normalne że brak jakichkolwiek kontaktów towarzyskich- przez trzy lata nie odwiedził go NIGDY zaden z kolegów z klasy. On tylko raz czy dwa bo MUSIAŁ odpisać lekcje nie dało sie przez internet.Na wycieczki klasowe i inne niechce jeżdzić i się wykręca- bo beznadziejne nidne męczące i towarzystwo tylko sie wygłupia. Jesli myslisz że jego matka jest wybitna intelektualistka z super przecietnym poczuciem humoru i umiejętnościa organizowania ciekawych wyjśc itp to niestety sie grubo mylisz.
              Do kina... jak juz musi to z mamusią. Czy to jest dobrze i ok? fajnie ja chętnie z nim pójdę do kina, podyskutuje o książce (czytamy te same fantasy), Razem pokucharzymy w kuchni, skomentujemy demotywatory... Tylko /cenzura/ on nie jest moim mężem.
              Dla mnie ten układ jest niezdrowy i dlatego chciałam coś zrobić. Jeśli zostawie go samego to będzie grał lub czytał do us... śmierci. On nie ma potrzeby wychodzenia z domu. Może tak spedzić pewnie kilka miesiecy
              • verdana Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 17.08.11, 21:35
                Moje dzieci są takie same - ani do nikogo nie chodzili, ani nie zapraszali. W tym roku syn zaprosił kolegę pierwszy raz w życiu, bo mieli jakiś projekt do zrobienia. Z tym, ze w szkole nie bylo problemów, mieli towarzystwo - najmniej chyba córka. Na wycieczki jezdzili, ale na dyskoteki nie bylam w stanie żadnego z nich wygonić. Obozy, tak, obozy lubili i lubią (bo dwoje jest juz kompletnie doroslych, więc stąd czas przeszły).
                Do kina - róznie. Stari chodzili głównie rqazem, mlodszy - z siostrą, kiedyś z przyjaciółką, ale b. rzadko, czasem ze mna lub sam. W domu tez głównie czytali, grali/ogladali filmy.
                I nawet się nie staram, bo syn mówi, ze w szkole ma kompletnie dosyć towarzystwa. jak tak sobie mysłę, to ja go nawet rozumiem. Cały dzień w towarzystwie, ma prawo miec dosyć. Ja to rozumiem, bo sama nie przepadam za towarzystwem.
                Starsi zaczęli mieć bliskich kolegów dopiero na studiach. Ja też. Mąż - jak wyżej. Powód jest dramatycznie prosty - i ja i mąż i moje dzieci od dzieciństwa woleliśmy towarzystwo dorosłych... Dopiero, kedy rówieśnicy zaczęli być dorosli poczulismy się dobrze w ich towarzystwie.
                Nie wiem jednak, czy to samo dotyczy Twojego syna - bo moje dzieci w samej szkole czuły sie w towarzystwie całkiem nieźle, tylko po szkole juz miały go dosyć.
                • oliwe Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 18.08.11, 02:00
                  Kwestię kontaktów społeczno-towarzyskich się mocno przecenia co najlepiej obrazują sieci kontaktów na portalach społecznościowych. Ludzie tak naprawdę mało wnoszą do naszego wewnętrznego życia, zwłaszcza dla tych jednostek bardziej zamknietych, refleksyjnych, którym wystarczy pasja, książka czy własna głowa. Jeśli trafiamy na osoby interesujące potrafia nas zafascynować i do kontaktu z nimi nie trzeba się zmuszać. Jeśli wokół nie ma nikogo takiego trudno oczekiwać entuzjazmu z powodu kontaktów z byle kim. Kontakty to spory wysiłek, one nie instnieją tak sobie trzeba je podtrzymywać, rezerwować czas dla znajomych, dostosowywać się do wspólnych planów itd. W ogóle mnie to nie dziwi, że ktos tego nie lubi bo rozumiem to doskonale.

                  Ważna jest równowaga pomiędzy ilością a jakością kontaktów, między szanowaniem siebie a rezygnacją z pewnej części własnej tożsamości, między brakiem intensywnych kontaktów a samotnością. Każdy to musi wypracować sam, rodzice w tym nie pomogą, moga jedynie wpędzić w efrustracje i uświadomić, że jesteśmy do niczego bo jesteśmy niepopularni.
                • joa66 Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 18.08.11, 07:25
                  A ja bym była ostrożna w takiej sytuacji. Jeżeli samotnictwo jest wyborem - ok. Ale skąd wiedziec czy tak naprawdę nie jest "wyuczone" np poprzez lata pracownaia nad sobą i lekcjami do godz 22.00?

                  To nie chodzi o to, żeby ciągle ulepszać dziecko, tylko dac mu szansę na poznanie czegoś czego nie zna (z różnych powodów).
                  • Gość: basca Re: O błogosławieństwie nicnierobienia IP: *.ghnet.pl 18.08.11, 09:54
                    >To nie chodzi o to, żeby ciągle ulepszać dziecko, tylko dac mu szansę na poznanie czegoś
                    > czego nie zna (z różnych powodów).

                    Dziecko chodzące do szkoły wie co to towarzystwo, nie jest mu to obce.
                    Dla mnie to wygląda jak "ulepszenie". Tyle, że zamiast zdolnego lub ładnego dziecka dorosły próbuje zmodyfikować dziecko na towarzyskie. Przy czym zastrzegam - nie jestem pewna na ile szkodliwe są te "ulepszenia".
                    W końcu dziecku zabraniamy tego czy tamtego - też może czuć się gorszy. Robimy to po to, żeby przystosował się do życia w społeczeństwie. Pokonywanie nieśmiałości/samotności - w naszym społeczeństwie niezbyt pożądanych cechy - jest również pewnym przystosowaniem dziecka do życia.
                    Granica jest więc dosyć płynna. No i sposoby są różne...
    • Gość: tika Re: O błogosławieństwie nicnierobienia IP: *.adsl.inetia.pl 18.08.11, 09:48
      Bardzo dziękuję za odpowiedzi trochę mnie podniosły na duchu :)
      Własnie zastanawiam się czy własnych lęków doswiadczeń, nie przenoszę na syna.Pewnie tak. Mam ponad 40 lat i jakos tak mi wyszło, że żadnych zajomych i przyjaciół. Gdzieś się rozjechali, mają inny tryb zycia, nie mamy o czym rozmawiać.. i tak wyszło. Nawet sąsiedzi z kamienicy-powyjeżdzaliza granicę, za Kraków a mieszkania stoją puste lub wynajmują studentom.
      Mąż pracuje na okragłożeby utrzymac rodzinę.Ja dorabim troche w domu, ale pracy w swnsie etatu(i kontaku z ludzmi ) luz raczej nie znajdę. Ja nie mam żadnej rodziny i czuje sie smotna- i dlatego boję się tego przywiązania syna do mnie. Biedna jego przyszła żona :)
      Syn idzie do liceum no.. elitarnego. Licze, ze znajdzie tam jakichś kolegów bo nie lubi idiotów.Podobno trafiają tam indywidualiści:) ale zobaczymy jak wyjdzie w praniu, bo opinie zawsze są bardzo różne. Tak czy inaczej jest to dobry okres na rozwijanie kontaktów, bo moge go troche dopingować.
      Z wychowaniem, korygowaniem zachowania, rozwijaniem i hamowaniem czegoś jest jeden problem. Niby są ogólne zasady al e takie samo działanie może przynosic zupełnie rózne efekty. Zanim sie urodzi miałam plany będę wychowywac tak i tak,zwracać uwagę na itp itb. Potem byłam mocno żdziwiona, że juź takie maleństwo to nie tabula rasa- ma swój charakter i określone zachowania
    • rycerzowa Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 20.08.11, 09:31
      OK, dyskusja skończona, ale tak na wszelki wypadek - gdyby młode matki nie zorientowały się, że to były pedagogiczne żarty w stylu, że na kłopoty wychowawcze to " najlepiej smarkaczowi dać w dupę" - napiszę:
      nie dajcie się nabrać, że wad dziecka nie trzeba korygować!

      Opinia, że dziewczyna, której
      - nie wyleczy się zeza,
      - nie wyprostuje zębów,
      - nie wyprowadzi z otyłości,
      - nie zlikwiduje platfusa ani garbienia się,
      - nie poprawi wymowy,
      będzie miała świadomość "bycia ładną" ( gdyż nie otrzyma od rodziców i lekarzy informacji o swej "niedoskonałości"), jest bardzo bardzo ... naiwna.

      Zachwyt mamuś, tatusiów i babć jest może warunkiem koniecznym ale dalece niewystarczającym do zbudowania wysokiej samooceny. Przynajmniej od pewnego wieku. Przynajmniej dla ludzi w miarę inteligentnych.

      Osobna sprawa, jak się do dziecięcych problemów podchodzi, jak je traktuje. Ale to temat na inną książkę.

      Zatem pamiętajcie: jak wysoka gorączka - do pediatry, jak krzywe zęby - do ortodonty, jak się izoluje od otoczenia - do psychologa. Specjalista podpowie, czy to problem w ramach normy, czy trzeba interweniować.
      Howgh.

      -
      • verdana Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 20.08.11, 09:43
        Nie zrozumiałaś zupełnie.
        Podam przyklad krzywych zębów. Moja córka miała wystające zęby i oczywiście miała też aparat. Ale pierwszy z ortodontów stwierdził, ze powinna chodzić w aparacie całą dobę, a że przez rok będzie miała kłopoty z mówieniem - to drobiazg. Wazne są zęby.
        Zmienilyśmy ortodontę. Aparat nosila, przednie zęby się cofnęły, ale pozostał jeden, praktycznie niewidoczny, ktory rósł poziomo. Zaproponowano usunięcie czwórek, aparat stały i korekcję tego zęba.
        Zostawiłam jak jest. Bez przesady.
        Podobnie z odchudzaniem. Warto pilnować, aby dziecko zbyt nie utyło, warto pilnować, by w domu nie było slodyczy, warto odchudzać otyłe dziecko. Nie warto całe dziecinstwo patrzeć dziecku w talerz, zabraniać słodyczy, gdy ma niewielką nadwagę. W ten sposób dziecku się nie pomoże. Ja mam niewielką nadwagę i problem, corka większa - i zero problemu. Bardzo jej zazdroszczę mozliwości zjedzenia czegokowiek bez wyrzutów sumienia, czy kupienia sobie ubrania, bo mnie się nawet nie chce mierzyć.
        Pamiętajcie, aby korygować powazne problemy, a nie kazdy drobiazg...
        • rycerzowa Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 20.08.11, 11:24
          Zrozumiałam cię doskonale, spoko.
          Tylko obawiam się, że niejedna młoda matka nie pojmie, że utożsamienie braku przesady z nicnierobieniem jest w twoim poście figurą stylistyczną, parabolą, czy jak to tam zwą.

          Poważnie mówiąc, więcej znam ludzi, mających ogromny żal do rodziców, że w swoim czasie pewne sprawy zaniedbali - z lenistwa, ignorancji, braku możliwości - niż tych, których rodzice przesadzili.

          Twoja córka też może mieć do ciebie skryty żal za "większą nadwagę". I nie daj się nabrać, że jest "zero problemu". W kazdym razie na dyskoteki (to jest hasło) nie chodziła i nie chodzi. Jest na tyle inteligentna, iż wie, że nie ma po co.
          • verdana Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 20.08.11, 11:34
            Ludzie mają zal do rodziców i o to, ze robili i o to, ze nie robili. Tym akurat kierować się nie można.
            We wszystkich pstach zaznaczałam wyraźnie, ze nie chodzi o powazniejsze problemy. Ale to, co teraz się dzieje jest już powaznym problemem. niemal kazde dziecko kierowane jest na różnego typu zajecia wyrównawczo-korygujące, do psychologa, większość znanych mi matek niemowląt i dzieci jest odsylana od specjalisty do specjalisty z rzeczami, które naprawdę są błahe.
            Córka do mnie zalu nie ma, bo wielokrotnie mi mowiła, ze cieszy się, ze nie ma tak przechlapane jak ja.
            Na dyskoteki nie chodza moi synowie z niedowagą. Córka jest jedyna, ktora czasami bywa, choć nie przepada - ze względu na hałas, nie nadwagę.
            Rozumiem, ze dziewczyna z niewielką nadwagą (a nawet otyła...0 nie ma po co chodzic gdziekolwiek, tylko powinna siedzieć w domu i się wstydzić? Cóż, tak wstretnego zdania dawno nie slyszałam...
            • rycerzowa Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 20.08.11, 13:15
              Hej hej, a gdzieżem to ja napisała, co powinny robić dziewczęta z nadwagą?
              To ty sugerujesz, co powinni robić rodzice (NIC!), zamiast nie przesadzać.
              Bardzo to nieodpowiedzialne.

              A co robią albo czego nie robią owe dziewczęta nie zawsze wynika z ich wyboru.
              I w tym rzecz.

              Obecne lato spędzam na placach zabaw z kilkunastomiesięczną wnusią.
              I jakoś tak zwykle na każdym placu bawi się z nami jakaś dziewczynka, w wieku ok- 7-10 lat.
              Owszem, moja wnusia jest urocza a ja bardzo lubię dzieci w wieku szkolnym, ale to raczej nie jest powód, dla którego te dzieci tak do nas lgną. Otóż każda z tych dziewuszek ma jakiś widoczny "feler", nadwagę (niedużą) albo wystające zęby. I nie widać, by rodzice coś z tym robili, dziewczynki zawsze mają z sobą słodycze w dużych ilościach.
              Najwidoczniej są odrzucane przez grupę rówieśniczą, albo wydaje im się, że są odrzucane.
              (Czasem udaje mi się włączyć taką dziewczynkę do zabawy koleżanek i wtedy jest frajda).
              Naprawdę szkoda mi tych "grubasek", spędzających samotnie wakacje gdzieś w kącie placu zabaw, czekających aż zjawi się jakaś starsza pani, by z nimi pogadać, w coś się zabawić.
              • verdana Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 20.08.11, 13:41
                Sugerujesdz, ze kazda dziewczyna z nadwagą Wie, ze nie powinna pokazywać się na dyskotece - dlatego tam nie chodzi. Nie z wyboru, jak własnie dodałas, tylko dlatego, ze dziewczyna z nadwagą MUSI mieć kompleksy.
                Widzę, ze Ty w każdym dziecku widzisz feler. I uznajesz, ze celem kazdego rodzica jest miec dziecko doskonałe, dziecko z felerem trzeba naprawic - bo najmniejsza niedoskonałość jest zła. Warto zmarnować część dziecinstwa aby człoweiek wyglądał idealnie. Bo to się liczy.
                Dorośli sobie wyobrazają, ze każde dziecko z wystajacymi zębami czy lekką nadwagą jest odrzucane - tak naprawdę powiodem odrzucenia nie sa krzywe zęby czy drobna niedoskonałość, albo nastawienie rodziców - póki jesteś gruba, nie możesz liczyć na kolezanki. Prawde mowiąc, , poza chorobliwą otylością, czy poważnym oszpeceniem - a i to nie zawze- nie spotkałam się z tym, aby drobne wady urody byly jakimkolwiek powodem wykluczenia. mam wrażenie, ze to są Twoje, niedobre doświadczenia, a nie rzeczywistość.
                Naprawde sądzisz, ze dziecko z drobną nadwagą nie ma kolegów? Cóż, dziwne.
              • morekac Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 20.08.11, 13:53
                I jakoś tak zwykle na każdym placu bawi się z nami jakaś dziewczynka, w wieku
                > ok- 7-10 lat.
                > Owszem, moja wnusia jest urocza a ja bardzo lubię dzieci w wieku szkolnym, ale
                > to raczej nie jest powód, dla którego te dzieci tak do nas lgną. Otóż każda z t
                > ych dziewuszek ma jakiś widoczny "feler", nadwagę (niedużą) albo wystające zęb
                > y. I nie widać, by rodzice coś z tym robili, dziewczynki zawsze mają z sobą s
                > łodycze w dużych ilościach.
                > Najwidoczniej są odrzucane przez grupę rówieśniczą, albo wydaje im się, że są
                > odrzucane.

                Ten piękny opis można zinterpretować również w ten sposób: każde dziecko ma jakiś feler, zaś ich grupa rówieśnicza jak raz pojechała na wakacje. :-)
                • verdana Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 20.08.11, 14:14
                  1. Co robi dziewczynka 7-10 lat na placu zabaw dla dzieci? Dlaczego z tak dużymi dziećmi są rodzice, ktorzy 'nic nie robia" w spawie ich zębow i wagi i jak to się na tym placu zabaw przejawia?
                  2. jak się ma stwierdzenie z tego wątku, ze część dzieci wręcz czeka nz atały aparat na zęby, ktory jest przejawem 'nastoletniosci", do odrzucania dzieci z krzywymi zebami? Jeśli większość mlodych ludzi ma aparat, znaczy to , ze wiekszość ma krzywe zęby - i jest odrzucana????
                  3. Co zrobić, jeśli dziecko jest po prostu brzydkie. Wagę ma wlasciwą, zęby proste, ale małe oczy, rzadkiw wlosy i za duzy nos? Tez się nie spodaoba... czyli - fundujmy opreacje plastyczne i potwierdzajmy swoim zachowaniem, że tylko idealne jednostki mają prawo do życia towarzyskiego.
          • Gość: asia_i_p Re: O błogosławieństwie nicnierobienia IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.08.11, 10:44
            Rycerzowa, zlituj się, ja byłam jak patyk, a na dyskoteki nie chodziłam, bo słuchać nie mogłam tego łomotu. Są różne gusta muzyczne i nie jest obowiązkowym dowodem prawidłowego rozwoju lubienie techno czy co tam teraz na dyskotekach grają. Nie jest też obowiązkowym dowodem dobrego mniemania o sobie chodzenie na tzw. podryw - nam starczali koledzy z klasy, byli i bystrzy, i przystojni. Męża mam z liceum, nie z dyskoteki.
    • rycerzowa Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 20.08.11, 14:59
      Sugeruję, że nie każda rezygnacja z życia towarzyskiego (dyskoteka jest tu hasłem) jest sprawą wyboru.

      A ty, Verdano, co sugerujesz? Że wygląd dziewczyny nie ma znaczenia?
      Że otyłość i krzywe zęby to są cechy, które się młodym chłopcom szczególnie podobają?
      Zresztą to działa w obie strony, chłopak też musi wyglądać, truizmów pisać nie będę.

      Nie istnieje coś takiego, jak "prawo do życia towarzyskiego" jak i prawo do miłości.
      Teoretycznie każdy niby je ma, tylko chyba nie każdy ma możliwość.
      Ja tam się wcale nie dziwię rodzicom, że dbają o wygląd swojego dziecka.
      Prawo natury - ładne wygrywa.
      I nie pomoże tu moralne oburzenie.

      • verdana Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 20.08.11, 15:13
        Tak, sugeruję, ze nie ma znaczenia. Z moich kolezanek za mąż wyszły równo - i te brzydkie i te ladne. za mąż nie wysło, mimo chęci, kilka ślicznych. najweieksze powodzenie miala dziewczyna tak brzydka, że zęby cierpły. Żadna kolezanka nie wiedziała o co chodzi, a ona się opędzić od facetów nie mogła. jest też ogólnie znane, ze bardzo atrakcyjne dziewczyny wcale nie mają szalonego powodzenia.
        Facet też nie musi wyglądać, musi się podobać. To zdecydowanie nie to samo.
        Natomiast prawdą jest, ze zbyt wysokie wyksztalcenie dziewczyny ma znaczenie - negatywne, jeśli chodzi o mozliwość znalezienia partnera. czy zatem troskliwy rodzic powinen zakazać zdobywania zbyt wysokich kwalifikacji ukochanej coreczce?
        Czyli najlepiej robią brazylijczycy, fundujący dziewczynom operacje plastyczne od 10 roku zycia.
        I ladni mają łatwiej - pod warunkiem,że są ładni, a nie "przerobieni;' na ładnych. te dzieci, ktorych rodzice wychodza z podobnych zalożeń co ty - musisz być ładny, warto dla tego bardzo wiele poświęcić, to własnie ci, ktorzy uznają, ze skoro sa nieidealni, to nic już ich w życiu nie czeka. To sa wlasnie ci, ktorych łatwo może grupa odrzucić, bo nawet rodzice uważają,że są nieusdani i przed poprawkami nie mają szans.
        Gdybyś miała rację i tylko ladni mieliby szanse na miłość, to ludzkość bylaby już przepiękna, brzydcy by wyginęli...
          • verdana Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 20.08.11, 15:48
            I miała dużo szczęścia.
            Uroda może ulatwić pewne rzeczy, moze tez utrudnić, albo po prostu nie mieć znaczenia. Poswięcanie dziecinstwa dla urody, a już na pewno patrzenie na swoje dziecko pod kątem tego, czy jest ładne i naprawianie go, nie jest dla dziecka niczym korzystnym.
            Doswiadczenie uczy,że nie tylko piękni się zenia i robią karierę. Doświadczenie też uczy, ze brak akceptacji przez rodziców utrudnia zycie.
            Rozumiem, ze wnuczka będzie pilnowana, czy nie tyje, nie pójdzie sama na plac zabaw, bo jeszcze po drodze zje pączka, jesli bedzie niska, to się jej nogi operacyjnie wydłuży, jak będze miala krzywy nos, to się zrobi operację plastyczną? Bo nieladne dziecko to kleska wychowawcza rodzicow?
          • asia_i_p Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 21.08.11, 14:30
            No i wszystko jasne.
            Zawsze się dotychczas zastanawiałam, czemu u diabła wszyscy twierdzą, że mąż się przestaje interesować żoną, która brzydnie, tyje, starzeje się, itd. i co z moim mężem nie tak, że się tak nie dzieje.
            A teraz już widzę - ponieważ - pomimo prostych w miarę nóg, prostych zębów i chudości - zdecydowanie urody nie miałam, więc poleciał na mnie, a nie na urodę. Więc jak mi przybyło parę kilo, to zmiana była na poziomie estetyki, a nie tożsamości. Dalej byłam tą kobietą, którą wybrał.
            Moja córka zapowiada się na ładną - będę musiała nad nią popracować, żeby mimo wszystko wzięła takiego, co się stara, a nie takiego, co łaskawie weźmie, bo ładna laska jest.
    • Gość: tika Re: O błogosławieństwie nicnierobienia IP: *.ip.netia.com.pl 20.08.11, 15:44
      Jeśli wracam do tematu"towarzyskości" czyli funkcjonowania w grupie, znalezienia kolegów, alceptacji czy w końcu męża/żony. to wyglad ma moim zdaniem dość niewielkie znaczenie-ale dużo większe mają kompleksy zwiazane z tym wyglądem. Gruba osoba moze mieć kompleksy i przechlapane. A może być duszą towarzystwa- znałam takiego chłopaka na studiach-
      Ale to czy ktos jest lubiany czy nie to "COŚ" nie daje się wyznaczyć i opisać. Kidyś były to zasady dobrego wychowania- dziś okrojone do tego żeby mówić dzieńdobry dziękuję i jak i czym jeść bezę. Kiedyś naczelną zasadą było traktować każzdego tak, żeby czuł sie dobrze w naszym towarzystwie, a reszta to były szczególy...
      • verdana Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 20.08.11, 15:56
        No, IMo trafiłas w sedno. Niezakompleksiona dziewczyna moze nie zauwazać swojej nadwagi, czy krzywych zębów, a zakoppleksiona będzie każde spojrzenie interpretować jako "odrzucenie".
        A tak swoją droga, to jako za gruba dziewczynk, w dodatku w okularach, nigdy w życiu nie usłyszałam od kolegów złego słowa na temat mojego wyglądu. A od dorosłych - owszem.
        Trochę mi to przypomina historie wyczytaną w pamiętniku pewnej Żydowki, ktora przed wojną konczyła polską szkołę i uwazała, ze nie ma w klasie kolegów, bo sa sami antysemici. Kiedy dorosła, zorientowała sie,z ę nie koledzy byli antysemitami - to ona miała paskudny charakter, ale zamiast zastanowić się nad sobą, znalazła najprostszy powód "wykluczenia".
      • joshima Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 20.08.11, 16:38
        Gość portalu: tika napisał(a):

        > A może być duszą towarzystwa- zna
        > łam takiego chłopaka na studiach-
        Gruba, naprawdę gruba osoba, jeśli jest dusza towarzystwa to jest to li tylko jedynie maska. Sama otyłość, jeśli nie jest spowodowana chorobą, świadczy o tym jak poważne problemy ze sobą ma taki człowiek. Możesz mi wierzyć.
        • asia_i_p Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 21.08.11, 14:35
          Po pierwsze, ustalmy, co to znaczy naprawdę gruba - przy BMI 30-40 rzeczywiście ciężko już być duszą towarzystwa, bo robi się niebezpiecznie dla życia i zdrowia.
          Ale jeśli bardzo gruba to, jak zwykle na tym forum, rozmiar 40-44, to nie trzeba poważnych problemów ze sobą, starczą kiepskie nawyki żywieniowe i tzw. słaba silna wola. I wtedy naprawdę można się ze sobą pogodzić i nieźle sobie żyć.
    • Gość: domza2 Re: O błogosławieństwie nicnierobienia IP: *.rzeszow.vectranet.pl 20.08.11, 17:27
      Nie czytając wszystkich wypowiedzi w tym wątku napiszę od siebie, że dla mnie najgorszą sprawą jest "przyspieszanie rozwoju", to jakiś koszmar. W czasach, kiedy rywalizacja zaczyna się nie od przedszkola, ale od piaskownicy jest to szczególnie rażące - podpieranie poduszkami, aby pochwalić się, że czteromiesięczniak siedzi, prowadzenie dziewięciomiesięczniaka za raczki...
      Ale sama jestem dzieckiem, które mama poprawiła : mimo spisania mnie na straty przez logopedę mama dzięki swojej determinacji i godzinom ćwiczeń dziennie przed lustrem zlikwidowała moje powazne jąkanie się. dziś jestem jej za to bardzo wdzięczna. Dzięki swojemu uporowi nie dała sobie wmówić, że jako "krakowskie" dziecko choruję na płuca i taka moja uroda, okazało się, że w płucach rośnie spory guz... itd. - przykładów jest więcej.
      Sama miałam podobne dylematy. Ja postanowiłam "nic nie robić", nie przyspieszać rozwoju córki w żaden sposób..., ale gdy miała niespełna dwa lata i mówiła mało , a ja nadal ani nie uczyłam, ani specjalnie nie stymulowałam czekając aż dziecko samo dorośnie w końcu zaczęłam powolutku uczyć ... efektem było opanowanie w krótkim czasie kilku nowych słów - wtedy przekonałam się, że tego typu "poprawianie" ma sens.
      Starszemu dziecku warto dać wybór. Ja mam jedno ucho bardzo odstające, a drugie normalne. Nigdy nie miałam jakiś kompleksów z tym związanych, ale gdy miałam naście lat mama zaproponowała mi, że gdyby mi to ucho przeszkadzało to fundnie mi operację plastyczną, na co tato powiedział: właśnie z tym uchem jest taka a nie inna, jedyna w swoim rodzaju. Ponieważ nie mialam kompleksów chętnie przychyliłam się do wypowiedzi taty - czułam się wyjątkowa i tak jest do dziś.
      Verdana napisała jedną straaaasznie ważną rzecz - że dzieciństwo nie może służyć jedynie temu, by przyszłość była udana, że jest wartością samą w sobie. Jeśli "poprawianie" kosztuje dziecko nerwy, ból, jest czymś zbędnym to jest to błąd, ale są sprawy, które mogą tak poważnie zaciążyć na przyszłości dziecka, że trzeba się nimi zająć. Ważne by zachować złoty środek. Metodą na jego odnalezienie niech będzie samopouczucie dziecka, chociaż to tak trudno "zważyć", bo przecież ćwiczenia na platfus czy logopedyczne mogą być nużące. Wydaje mi się, że mądry rodzic wie co i jak:)
    • rycerzowa Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 20.08.11, 19:43
      To jest w ogóle bez sensu, gdy dyskusja nad jakimś problemem odbywa się w ten sposób, że rzecz sprowadza się do absurdu a potem atakuje.
      Te argumenty o zmarnowanym dzieciństwie, o poświęceniu życia etc. brzmią zwyczajnie niepoważnie.
      Rzeczywistość przeczy wszelkim apokaliptycznym wizjom pseudomoralistów.
      Czy ja źle widzę, czy jednak obecnie dzieci są bardziej niż kiedykolwiek zadbane, kochane, rozumiane, szanowane, szczęśliwe ?
      I - tak, tak - ładniejsze i zdrowsze?
      Dziewczyny - nie bójcie się dbać o swoje dzieci!



      >Rozumiem, ze wnuczka będzie pilnowana, czy nie tyje, nie pójdzie sama na plac zabaw, bo >jeszcze po drodze zje pączka, jesli bedzie niska, to się jej nogi operacyjnie wydłuży, jak będze >miala krzywy nos, to się zrobi operację plastyczną?

      Spoko - wnusia odziedziczyła dobre geny, już dziś jest miss wszystkich trzech podwórek i tak raczej zostanie.
      Na pewno nie będzie pasiona.

      >.Bo nieladne dziecko to kleska wychowawcza>rodzicow?

      A dlaczego tak bardzo ci zależało, by syn "nie sprzedawał pietruszki"?
      Bo to klęska wychowawcza rodziców, by potomek został bez matury?
      Czy raczej ból serca, że chłopak funkcjonuje poniżej swoich możliwości?
      Strata dla jednostki i społeczeństwa?
      • verdana Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 20.08.11, 19:57
        Nie są. Nie mylmy zadbania i opieki z poprawianiem dziecka (na wszelki wypadek podkreslam jeszcze raz - nie chodzi o cięzkie problemy, ale o coś, co nie jest powaznym problemem).
        Czym innym jest dbanie, aby dziecko bylo zdrowe i rozwijalo się prawidłowo, a czym innym - pilnowanie, aby kazdy drobiazg był idealny. To nie jest wcale dbanie o dziecko - to dbanie o to, aby mieć satysfakcję, ze ma się dziecko idealne, najwyższego gatunku. Dbaniem o dziecko moze być zarówno bardzo słuszne wyslanie dziecka do logopedy, aby się nie jąkało, jak i zabranie dziecka od logopedy, gdy widzimy, ze przestaje mówić, bo się wstydzi, ze trochę sepleni...
        Dbanie o dziecko to dbanie nie tylko o jego przyszłość, ale takze teraźniejszość i nie sprowadza się do wyszukiwania wad i niwelowania ich, ale także do zaakceptowania tego,z e nikt nie jest idealny.
        Ja taż odziedziczyłam dobre geny, nie bylam pasiona, przeciwnie - i co? Geny to nie wszystko.
        Zalezalo mi, by inteligentne dziecko nie sprzedawało pietruszki, ale mogło sprzedawać ja własnie dlatego, ze sama, naprawianiem go i stresowaniem o mało do tego nie doprowadziłam. Nie naprawiany bezustannie mlodszy, uczy się nie tylko lepiej, ale jest dużo szczęśliwszy, niz jego starszy brat z klasyczną nerwicą i niewiarą w siebie. Syn odzył w momencie, gdy przestałam go poprawiac, ale było już za późno. Zresztą, nawet jego byli nauczyciele mówią,z e teraz już nigdy by dziecka z dysfunkcją tak nie traktowali.
        Pisże to wlasnie jako matka "naprawianego" dziecka, które mialoby się o wiele lepiej zostawione w spokoju, jak jego mlodsze rodzeństwo.
        • verdana Marek Aureliusz 20.08.11, 20:20
          "Boże, daj mi pogodę ducha, abym godził się z tym, czego zmienić nie mogę,
          odwagę, abym zmieniał to, co zmienić mogę,
          i mądrość, abym zawsze potrafił odróżnić jedno od drugiego."
          Punk trzeci jest zasadniczy. Ale zastosowanie tylko jednej z dwóch pierwszych linijek w wychowaniu dziecka może zamienić jego życie w pieklo.
          • joa66 Re: Marek Aureliusz 20.08.11, 22:56
            Tak...Marka Aureliusza wszyscy kochamy, tylko problem z "odróznianiem jednego od drugiego" polega na tym, że prawie wszystkim wydaje się, że odróżniają . I tym poprawiającym i tym nicenierobiącym ;)

            I co wtedy? :)

            Moim zdaniem rodzic w naturalny sposób nie jest obiektywny, świat nigdy nie będzie idealny i tak naprawdę jedyne co można zrobić to apelowac do tzw specjalistów, aby nie prowokowali rodziców niepotrzebnie do zbędnych poprawek.

            I może jeszcze jedna rzecz, ale to dotyczy wszystkich, dorosłych też - nie traktowanie siebie ani innych jak towaru do jak najkorzystniejszego sprzedania.
                  • Gość: sebalda Re:Pushing IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.08.11, 13:30
                    W pewnej dyskusji oburzyło mnie nieco takie nastawienie Bi_scotti:
                    "Moje dzieci nie mialy z nami latwo - wymagalismy duzo, chwalilismy rzadko, oczekiwania rosly wraz z Nimi (...) Generalnie to podejscie mielismy zawsze takie, ze nasze dzieci maja byc madrzejsze i osiagnac wiecej od nas - chcemy widziec pokoleniowy progres wink A tego sie bez pracy nie da miec ... Mnie sie czasem zdaje, ze wielu rodzicow wymaga za malo i nie daje mlodym szansy na pelny rozwoj; zeby czlowiek mogl doswiadczac jakiegos rozwoju potrzebne jest stawianie coraz wyzszych wymagan i od tego sa rodzice - zawsze o pol stopnia wiecej niz mlode moze akurat osiagnac bez wysilku".

                    Ale potem przeczytałam taką jej wypowiedź i się wycofałam:
                    "Sredni przeszedl gehenne rehabilitacji, ktora chyba najprosciej ilustruje wartosc postawy "wymagac zawsze o pol kroku wiecej niz dzieciak moze w danym momencie osiagnac bez wysilku". Moj syn mial nie mowic, mial sie nie moc poruszac na dwoch, mial byc niezdolnym do skonczenia zwyklej szkoly itd. Chodzi, mowi, nawet spiewa skonczyl studia, pracuje, zyje ze stala partnerka. To sa tysiace godzin super ciezkiej pracy calej rodziny a przede wszystkim ordynarnego, brutalnego "pushing" gdy Mlody sie buntowal, nie chcial, juz "nie mogl". Tak mniej wiecej odkad skonczyl 14 lat to On sam juz wiedzial, ze pushing ma wartosc i ze w tym pushing jest cala nasza milosc do Niego".
                    Wiem, że wątek nie dotyczy kwestii naprawiania ewidentnych ułomności, ale uważam, że w wielu przypadkach nie można dzieciom odpuszczać, one z natury często są leniwe, niechętne jakiejkolwiek pracy, a pewne osiągnięcia muszą być jednak tą pracą często okupione.
                  • rycerzowa Re: Marek Aureliusz 21.08.11, 13:33
                    Verdano, wiesz, że jesteś tu instytucją, że z twoim zdaniem wielu się liczy, zatem powinno cię to obligować do większej odpowiedzialności za słowo.

                    Rzuciłaś sobie sentencję o błogosławieństwie nicnierobienia, oczywiście z przymrużeniem oka, ja mogłabym ci tylko przyklasnąć, z takim samym przymrużeniem. No bo przecież "nic" nie musiałam robić, a dzieciaki ho ho ho.

                    A jakaś matka dziecka z dysleksją co sobie pomyśli?
                    Co tam jakieś zalecenia, nie trzeba robić NIC, wystarczy czekać, aż się potomek zapisze na doktoranckie. Ćwiczeniami można tylko zaszkodzić.
                    Przecież przeczytała o tym w internecie, jakaś szanowana pani profesor o tym napisała.

                    No to może wypada powtórzyć się i napisać, co włożyłaś do tego garnka z zupą z gwoździa?
                    Bo na pewno nie NIC.

                    Nie znam się na dysleksji, ale bardzo wątpię, by najlepszym rozwiązaniem było nicnierobienie.

                    Wiem, co chciałaś napisać.
                    Że są tak trudne przypadki dysfunkcji, że żadne ćwiczenia nie pomogą. Machnąć ręką i skupić się na dobrych stronach dziecka.
                    Że jak ktoś ma wybitne skłonności do tycia, to nawet najbardziej restrykcyjna dieta nic nie da. Nie ma sensu się katować, pozostaje polubić siebie. I liczyć na to, że znajdzie się ktoś, kto nas polubi, choćby na zasadzie, że każda potwora...
                    Że z introwertyka nie zrobi się duszy towarzystwa, choćby to było marzeniem rodziców.
                    I tym podobne.

                    Ale to nie znaczy, że nie należy się przejmować wadami dziecka, bo to jest politycznie niepoprawne.
                    Nie zlikwidujesz seplenienia, póki czas? No to nie będzie mogło być nauczycielem, a może o tym marzy.
                    Nie będziesz walczyć z płaskostopiem? Potomek zapłaci za to zniekształceniem kości, bólami w późniejszym wieku, bo to chodzi o zdrowie, nie tylko o urodę.
                    Izolowanie się od rówieśników interpretujesz jako objaw indywidualizmu, wyrastania ponad poziomy? Może tak być, ale częściej jest to problem zaburzeń a wtedy odpowiednia terapia mogłaby dziecko pomóc, uwolnić od lęku, od cierpienia.
                    I tym podobne.

                    Czyli na pewno nie NIC.
                    Na pewno z sensem.
                    • verdana Re: Marek Aureliusz 21.08.11, 16:17
                      Może sobie pomyśli, ze lepszy dorosły z dysleksją niż z nerwicą.
                      Odpowiedzialność za slowo to stałe podkreslanie, ze piszę o rzeczach średnio istotnych, a nie prawdziwych problemach - nikogo nie zachęcam do lekcewazenia chorób, do tego, aby dziecko wymagające pomocy pozostawić bez niej. natomiast nadal zdecydowanie uwazam,z e to, co sie teraz dzieje, jest fatalne. Korygowane sa nie tylko ewidentne schorzenia, ale wszystko to, co rodzice uznają za wadę - nietowarzyskość, niezgrabne poruszanie się, nie do konca czytelne pismo, odstające uszy, ktore przeszkadzają rodzicom, a nie dziecku, jeden krzywy ząb, nieidealna wymowa.
                      I z pełną odpowiedzialnością za slow ostwierdzam, ze korygowanie tych wad, ktore dziecko nie przeszkadzają w normalnym życiu, nie sluzy absolutnie niczemu - za wyjątkiem przekonania rodziców, ze dziecko jest ich wlasnością , a więc ma byc ich wizytówką.
                      Nie wiem, gdzie wyczytałaś, ze nalezy nic nie robić. Nie nalezy tylko przerabiac dziecka, uznając,z e takie jak jest się nie nadaje, bo nie spełnia naszych wygórowanych standardów. Uczenie dziecka, wychowanie, czytanie mu, pomoc w nauce, rozmawianie, spacery- nie naprawiają wadliwego dziecka.
                      Nie, nie chciałam napisać, ze w trudnych przypadkach dysfunkcji cwiczenia nie pomogą. Chcialam napisać, ze nie kazda drobna wada czy dysfunkcja dziecka musi być naprawiana przy użyciu wszystkich sił i środków, ze czasem lepiej po prostu pogodzić sie z tym, ze dziecko brzydko pisze czy że ma trzy kilo nadwagi, zamiast wlec po specjalistach, kazać przepisywać zeszyty i być na scislej diecie.
                      Gdzie przeczytałaś o izolowaniu od rówiweśników??? Otóż wlasnie przed dokładnie takimi dzialaniami przestrzegam... Mamy w domu sednio towarzyskie dziecko, ktore ma w szkole kolegów, dobre kontakty, przyjaciół, ale zdecydowanie po powrocie ze szkoły woli ksiażkę czy film niż spotkania towarzyskie. I wtedy zaniepokojony rodzic uznaje to za "izolację" i dysfunkcje i przy pomocy terapeutow usiluje zamienić domatora w dusze towarzystwa. Jest to akurat to, przed czym staralam sie przestrzec - kompletna nieakceptacja wlasnego dziecka i jego charakteru i próby ksztalrtowania go tak, jak nam wydaje się, ze byloby dobrze.
                      • Gość: prill nietowarzyskość i inne IP: *.dclient.hispeed.ch 21.08.11, 18:58
                        Jestem dzieckiem naprawianym.
                        Nie mam pracy, w sumie od 4 lat nie pracowałam, teraz mam dziecko, ale co potem?
                        Sama myśl o rozmowie mnie paraliżuje. A w sumie do jakiegokolwiek egzaminu nie podejdę to zdaję.
                        Moja mama zapłaciła, żeby przyjęto mnie do liceum, mimo, że zdałam egzamin tak, że bym się dostała. Później przed studiami chodziłam na korki i zmusiła mnie do wręczenia "prezentu" przed egzaminem, który i tak zdałam tak, że bym się dostała.

                        Mam drastycznie obniżone poczucie własnej wartości, co niezbyt dobrze wpływa na moją rodzinę, bo czasem mam takie jazdy, że mój mąż się męczy z bezsilności.

                        Kilka razy usłyszałam od matki, że jestem gruba. Nie jestem, jestem normalna, ale mam obsesję, że jestem gruba. Mąż każe mi się leczyć, bo już znieść nie może jak potrafię pól wieczora płakać lub mówić mu jak się nienawidzę kiedy patrzę na siebie w lustrze.

                        Pamiętam jak już na studiach obracałam się trochę w adwokackim światu i jaki był to dla mojej mamy prestiż. Jaka czuła się ważna. Przed każdą imprezą mówiła mi "ładnie się ubierz, bo X (jakiś żonaty adwokat) tam będzie". Jak ktoś był singlem, ale z bogatej, wykształconej rodziny, to słyszałam "bierz się za niego". Długo byłam singlem.

                        Nie pozwalam sobie na na chwile nietowarzyskości i chadzam w różne miejsca nawet jak mi się nie chce, bo myślę, że jak nie pójdę, to wyjdę na nietowarzyską, nikt mnie nie będzie lubił, nigdy więcej nie zaprosi.
                        Przy moim zdroworozsądkowym mężu się to poprawia.

                        On ma 3 b. dobrych kolegów. Jak go poznałam, to na kawę wychodził raz na rok z byłą żoną i na szachy czasem z jakimś kolegą. Myślałam, że jest dziwolągiem.
                        Kiedyś go spytałam czemu nie chodzi z kolegami na piwo, a on mi na to, że jego koledzy nie są tak ciekawi jak jego zainteresowania.
                        Teraz jest minimalnie bardziej towarzyski, a ja mu zazdroszczę, że jak nie ma ochoty, to gdzieś nie idzie. Że nie ma ciągłych wyrzutów sumienia.

                        Zeszyty w szkole musiałam przepisywać, bo brzydko pisałam. Nadal brzydko piszą.

                        Życie...
                        Chyba przyda mi się kolejna terapia...
                        • Gość: tika Re: nietowarzyskość i inne IP: *.adsl.inetia.pl 21.08.11, 19:54
                          Jestem dzieckiem nienaprawianym.
                          Nie mam pracy, właściwie to nigdy nie małam, zawsze za najnizsza krajową- tu mam kompleksy bo człowiek powinien na siebie zarobić postarać itp.
                          Nikt nie płacił żebym sie gdzieś dostała, sporo chorowałam (jakieś alergie nerwice itp ale nic śmiertelnego) Opuszczałam szkołę, efekt powtarzałam klase w LO i oblałam maturę. Kolezanka namówiła mnie, żebym poszła z nia na egzamin( podobne nazwiska-posadza nas razem) i podpowiem jej cos z biologii- no i fuksem dostałam się na ..lekarski . Po roku z hukiem wyleciałam bo jednak zaległosci dały o sobie znać. Pewnie jakaś mała łapówka- miałam propozycje korepetycji od asystenta no ale w domu bieda aż piszczała
                          Moja mama brdzo mnie kochała i w ogóle doceniała mnie, ale myśl że może potrzebuję jakiejś pomocy, przypilnowania itp zwłaszcza w LO była jej zupełnie obca. np w pierwszej klasie skreślili mnie z listy uczniów bo dwa miesiace nie było mnie w szkole-byłam w szpitalu.
                          Ja chyba latałabym do szkoły nauczycieli itp....
                          Moje poczucie wartości hm... 48 lat, żadnych perspektyw na pracę, Mąż pracuje (ma firmę) ale finansowo sie nam nie przelewa. emerytura nie jawi sie najlepiej ZUS mi przysłał że dostane 325 zł. Własciwie to ja już przezyłam swoje życie i nic mnie dobrego nie czeka.
                          Moj mąż czasem się denerwuje na moje podejście.
                          Jestem nietowarzyska- nie potrafie podtrzymywać kontaktów. O moich imieninach nikt nie pamiętał
                          • verdana Re: nietowarzyskość i inne 21.08.11, 20:00
                            Nie jesteś "nienaprawiana' - jesteś zaniedbana. matka, ktora nie zalatwia ze szkołą rzeczy tak podstawowej, jak usprawiedliwienie dwumiesięcznej nieobecnosci, nie pamięta o imieninach, nie dba o zdrowie dziecka jest nieudolna, albo los dziecka jej nie interesuje. Latanie do szkoły, uczenie dziecka higieny, to zwykle wychowanie, pomoc dziecku, a nie zmienianie go na kogos całkiem innego.
                            No i nie zwalałabym bałaganiarstwa w wieku 48 lat na wychowanie. Raczej już - na lenistwo.
    • Gość: tika Re: O błogosławieństwie nicnierobienia IP: *.adsl.inetia.pl 21.08.11, 20:15
      To nie miało tak zabrzmieć Verdano. Moja mama juz dawno nie żyje. Wiec o imieninach nie mogła pamietać.Jak byłam w szpitalu to duzo czasu spedzała pod oknem(zakaźny-odwiedzin nie było). Chodzi o to,ze te wady to były własnie takie, które mozna zaakceptować... jak kros sie garbi(nie ma skoliozę wadę cos tam) to mozna zostawić tak jak lekko krzywe zęby, ajk nie chciało mi sie wychodzić z domu(wolałam czytac ksiażkę)- to mam taki nietowarzyski charakter,
      Nie uczę się to bedę powtarzać klasę... A dyskutowane tu jest właśnie poprawianie takich błędów, czasem asekurowanie dziecka żeby się nie oparzyło, chociaż obiektywnie zasłuzyło na to
    • Gość: tika Re: O błogosławieństwie nicnierobienia IP: *.adsl.inetia.pl 21.08.11, 21:15
      Chciałam jeszcze dodac, że właśnie nie byłam traktowana jako uczeń, jak dostałam kiepska ocenę cos nie wyszło zawsze byłam pocieszana i nigdy nie słyszałam pretensji. Mama kochała mnie bezwarunkowo i byłam własnie dla niej dzieckiem. Jak na tamte czasy to uczyłam się dobrze- do ogólniaka szło kilka procent uczniów, a szkoła nie była obowiązkowa (średnia)
      Ta ocena przyszła mi do głowy własciwie ostatnio jak porównuję wychowywanie mojego syna.
      Wcześniej nie przyszło by mi do głowy, że mogło być inaczej w sensie lepiej...nie czułam się zaniedbana, zawsze mogłam pogadać itp zwierzyc sie ze wszystkiego
      • verdana Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 21.08.11, 21:42
        Wiesz, pretensje do rodziców ma większość osób - za to, ze coś zrobily lub nie. Mnie rodzice nie zmuszali do nauki języka - ale obawiam się, ze po prostu zmusić mnie nie bylo mozna. Powyżej jakiegos wieku, a już na pewno w okolicach końca liceum trzeba raczej miec pretensję do siebie, ze czlowiek się nie postarał, a nie do rodziców, ze nie zrobili pewnych rzeczy za nas.
        ja też jestem balaganiara, i też specjalnie ode mnie porzadku nie wymagano. Ale zdaję sobie sprawę, ze to, ze nie sprzatam to nie jest wina mojej mamy, tylko moja, a własciwie mojego prywatnego lenistwa. I ze to jest jakiś wybor, a nie automatyczny wynik wychowania.
        Zawsze moze być lepiej - zamienilabyś przyjemne dziecinstwo na dziecinstwo, pełne uwag, ćwiczeń, zakazów i nakazow - a przede wszyskim braku aprobaty? Pocieszanie na wymówki i dodatkowe lekcje? Strach, ze pewne rzeczy, z jakich się zwierzysz, będą analizowane i że matka zechce je zmienić?
      • verdana Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 21.08.11, 22:06
        Bo człowiek nie składa się tylko z wychowania. I jego doroslość moze od wychowania zalezeć w niewielkim stopniu... Dlatego też uwazam, ze nie nalezy dla przyszlości poswięcać szczęśliwego dzieciństwa - bo dziecinstwo juz nie wroci, a czy da się 'ustawić" dobrą przyszłość jest bardzo watpliwe.
        Miedzy Wami jest jednak różnica - Ty wspominasz i mamę i dzieciństwo dobrze.
        • Gość: prill Re: O błogosławieństwie nicnierobienia IP: *.dclient.hispeed.ch 21.08.11, 22:19
          Po terapiach, wyprowadzeniu się z domu w zasadzie zaraz jak poznałam obecnego męża moje stosunki z mamą są poprawne, a nawet bardzo dobre.

          Czasem mam migawki z dzieciństwa, kiedy przechodzi mnie dreszcz (np. w drugiej klasie SP czegoś nie rozumiałam z matematyki, ona nie umiała wyjaśnić, próbowała, ale ja nie kumałam, nakrzyczała, powiedziałam jej "jesteś niedobra", wzięła pas i mnie sprała, miałam kilka siniaków - dwa razy tak mnie sprała. raz jak chciała ubrać inną sukienkę niż ona chciała, żebym włożyła).

          Mieszkam poza Polską. Mam z nią kontakt codziennie. Mam lęki jak nie mam tego kontaktu. Boję się, że umrze (dużo mówi, że ją coś boli, że ma złe wyniki), że się obrazi itp.
          Ale też mieszkając w innym kraju czuję się tak... bardziej na swoim.

          Ale chyba takie życie...
          Mam duże opory, aby jej powiedzieć, że ją kocham i permanentne wyrzuty sumienia z tym związane.

          Ciekawa tylko jestem czy to jest do wyprostowania.
        • joa66 Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 21.08.11, 22:31
          Ta dyskusja toczy sie wokól rodziców, a ja jednak będę sie upierac , że to z czym warto "walczyć" to nie różne rodzicielskie postawy , ale nauczyciele, pedagodzy itp.

          Przez lata walki z róznymi dysfunkcjami syna, moja siostra NIGDY nie usłyszała od żadnego psychologa (a szukała najlepszych) , żeby pamietała, ze jej dziecko jest przede wszystkim człowiekiem. WSZYSCY ją nakręcali , a kiedy efekty były mizerne, sugerowali, że pracuje z synem za mało. Więc pracowałą non stop - nie z powodu jej ambicji, tylko miłości do syna. Wierzyła, że mu pomaga.

          Rodzic bywa naprawdę bezbronny kiedy różne terapie są zalecane przez pedagogów, często miłych, ciepłych i życzliwych.
          • verdana Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 21.08.11, 23:34
            No, ja trafilam na trzech specjalistów, ktorzy widzieli dziecko, nie dysfuncję - gdzieś tak na 10 w sumie. Teraz jest rochę lepiej, ale te 20 lat temu rzeczywiście bylo fatalnie - mialam wrażenie, ze absolutnie wszystkiemu winna jest matka - nie rodzice! Łącznie z płaskimi stopami, czy wadą wymowy.
            I rzeczywiscie, caly czas mowiono jedno - jesli dziecko nie robi postępów, to oznacza, ze nie pracuje. Dziecko bylo regularnie rugane przez reedukatora, ja takze. Szlag mnie trafił, kiedy przy najmłodszym specjalisci powiedzieli mi wprost, ze przy dysortografii nie mozna liczyć na wiele, własciwie tylko na nie pogarszanie się sytuacji.
            Podobnie bylo z logopedami. . Moje dzieci źle wymawiały "r". Mialy "r" francuskie. Jedna z pań powiedziala mojej corce, ze w ogole nie chce slysdzeć czegos tak obrzydliwego, jak to "r". Byla to moja ostatnia wizyta u tej specjalistki. Po roku intensywnych ćwiczeń moje dzieci przestaly mówić francuskie "r" - i "r" w ogole. Bo "za malo ćwiczyły", bo "nie pilnowałam", bo "gdyby cwiczyly, to by już dawno mowiły", bo "rodzicom się nie chce". Dopiero nauczycielka powiedziała mi, że mają wadliwą budowę krtani. Nie uwierzylam, przecież logopeda by wiedziała. W zeszlym roku syn, jako wykladowca, został przebadany przez foniatrę - ma taką budowę, ze nie wymowi litery"r".
            Trzecie dziecko zostało skierowane do logopedy. Formalnie złożylam pismo, ze nie zgadzam sie na terapię. Syn grasejuje i nie narzeka - w przeciwieństwie do starszych, ktorzy martwią się wada wymowy, uzyskaną wytrwałą, cieżką pracą.
    • Gość: tika Re: O błogosławieństwie nicnierobienia IP: *.adsl.inetia.pl 21.08.11, 22:42
      Prill , nie wydaje mi się że to OT. To jak dziecko ocenia korygującą nadmiernir/za mało matkę to dla mnie bardzo istotna informacja. Oczywiście jak pisze Verdana obiektywnie trudno ocenić co było by gdyby...
      Moja mam zmarła jak byłam na pierwszym roku studiów. I naprawdę nie wiem co było by gdyby było inaczej.Ponieważ była dobrą przyjaciółką wystaczała mi tylko ona. A tak musiałam sobie dać jakoś rady w życiu, Mieć znajomych współmieszkańców- wymagało to wejścia w życie. Nie zrobiłabym tego mieszkając z nią
    • rycerzowa Re: O błogosławieństwie nicnierobienia 22.08.11, 12:49
      Czyli widzicie - wszyscy specjaliści i terapeuci to debile i konowały, w niczym nie pomogą a tylko zaszkodzą, dziecko zniszczą, rodziców z torbami puszczą.
      Nic nie robić, bo to zabiera dzieciństwo.
      Jakieś tam bajeczki o Demostenesie, o kamyczkach i ćwiczeniach, to po prostu mity greckie, nic innego.
      Dała natura dziecko z wadami, na pewno wiedziała co robi. Wszelkie działania naprawcze to działanie przeciw naturze, zatem przejaw laicyzacji, wybujałego konsumpcjonizmu, liberalizmu
      i braku patriotyzmu.

      No, czasem, w przypadkach szczególnie trudnych, można zadziałać, np. zoperować rażąco odstające uszy. Ale bez przesady! Z umiarem! Tak tylko trochę! A najlepiej tylko jedno!
      Drugim niech sobie latorośl głupie myśli od głowy odgania.
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka