agibubu
20.02.12, 17:51
Zainspirowała mnie dyskusja w wątku "mamy" - zastanawiam się w którym momencie postawić dziecku granicę między "nakazaniem" wykonania jakiejś czynności, a zachęcaniem, namawianiem, przechytrzaniem, proponowaniem, kierowaniem działaniem dziecka tak, żeby ono tę czynność wykonało. Efekt jest taki sam - wspomniany przykład kąpieli, sprzątnięcia zabawek, ubrania się. Tylko zmienia się metoda - kij albo marchewka. Pierwsza jest swego rodzaju pozbawianiem dziecka możliwości decydowania o sobie, druga jest - jakby na to nie spjrzeć - manipulacją. Tak czy owak jest źle. Zastanawiam się jak daleko można posunąć się w tych cyrkowych cudawiankach przy sprzątaniu, kąpaniu, ubieraniu, jedzeniu, piciu, wyjściu na dwór. Ile czasu można robić z siebie małpę, żeby dziecko wykonało najzwyklejszą choćby czynność, której się przeciwstawia. Istnieje wszak realna groźba, że i nam kiedyś skończą się pomysły i argumenty oraz, że gdy dziecko trafi do grupy rówieśników to pani w przedszkolu nie będzie miała czasu wokół każdego dziecka wymyślać innej bajki, by to zechciało narysować szlaczek albo umyć zęby.
Sama raczej staram się dziecko zachęcać, współpracować z nim, rozumieć potrzeby dziecka, uczucia, które mu towarzyszą, ale czasem jestem już bardzo zmęczona i po prostu nie mam siły wymyślać jak obejść lub przeskoczyć jego niechęć, opór - miałabym ochotę wtedy po prostu wydać polecenie i mieć z głowy. To się czasem udaje - jest to wypadkową humoru dziecka i jego aktualnego samopoczucia. Ale czasem nie. I wtedy jest zgrzyt. Ja też jestem tylko człowiekiem. Czasem wysiadam z tej rozpędzonej lokomotywy. Zastanawiam się jak znaleźć równowagę między jednym a drugim sposobem na dziecko. Ponieważ każda skrajność jest do niczego, szukam tej równowagi, ale niekiedy jest to zupełnie nieskuteczne.