e-kasia27
30.06.12, 13:36
Właśnie widziałam "uroczą" scenkę rodzinną.
Mamusia, tatuś, dzidziuś w wózeczku, a za nimi biegnie z rozpaczliwym płaczem 2,5 może 3latka.
Ani mama, ani tata, nawet się nie obejrzą, przecież słychać, że idzie, bo słychać na całej ulicy.
Dziecko czerwone, zgrzane, widać, że zmęczone (upał, duchota, chyba będzie burza), co chwilę podbiega pomimo zmęczenia do przodu i wyciąga w proszącym geście ręce do rodziców (wiadomo, chce na ręce!) - zero reakcji, nawet nie spojrzą.
Przy końcu ulicy rezygnuje, przestaje płakać, z opuszczoną głową, wlecze się za rodzicami.
SUKCES!
Cel wychowawczy został osiągnięty!
Teraz dziecko, pomimo zmęczenia, przejdzie i 4 kilometry!
Ma inne wyjście?
Przecież jest zależne od rodziców, kocha ich, nikogo innego nie ma, samo sobie nie poradzi, na razie nie ma dokąd uciec i nie wie, że może, nie wie, że można mieć innych rodziców - lepszych, którzy kochają swoje dzieci, liczą się z ich potrzebami i dbają o dzieci.
Ile razy dziennie to dziewczynka zostaje w ten sposób złamana?
Ile razy dziennie rodzice udowadniają jej w ten sposób, że jest zerem, że jej potrzeby się nie liczą, że jest stworzona tylko i wyłącznie do wykonywana rozkazów, że nie może mieć żadnych pragnień, bo żadne z nich i tak się nie spełni?
Ile razy dziennie rodzice w ten sposób dają jej do zrozumienia, że maja ją w du...?
Żal mi takich dzieci, bardzo mi żal, ale nic nie mogą zrobić, bo niby co miałabym zrobić?
Zwrócę uwagę, to zostanę objechana i tyle(przeżyję, bo mi to wisi), ale to przecież nic nie pomoże temu dziecku!
Rodzice i tak nie zmienią swego zachowania, bo przecież oni to robią w imię miłości do dziecka! Żeby dziecko było dobrze wychowane! Żeby było posłuszne, żeby nie sprawiało kłopotów!
A potem z takich dziewczynek wyrastają kobiety, które pozwalają się maltretować swoim mężom, bić, poniżać i jeszcze sobie wmawiać, że się im to należy, bo są do niczego, bo to one są winne, bo sprowokowały jaśnie pana męża, swoim złym zachowaniem.
Co o tym myślicie?