Gość: zmartwiona
IP: *.aster.pl
13.11.12, 18:26
moj syn: bardzo niezależny typ, z tendencją do histerii, wrażliwy, ale zdecydowanie bardziej na swoim punkcie, obrażalski. jest bardzo inteligentny. na pewnym etapie rozwoju 'mały tyran', ale odkąd sie zorientowałam stawiam granice, choć to trudne przy jego typie reakcji (stawianie granic długo traktował jako przejaw niekochania). oprócz tego to urocze, kochane dziecko, nie sprawia problemow w przedszkolu, jest chwalony, choć ma opinię indywidualisty, niezależnego w zachowaniu, myśleniu. ma brata mlodszego o 3 lata z ktorym mają bardzo dobre relacje (chociaż czasem zdarza mu się brata uderzyc albo za mocno uścisnąć). wobec mnie i ojca zachowuje się mało pokornie, jest trudny do kierowania, słucha, gdy jemu to pasuje, inaczej zwykle gra na zwłokę. próbuje podnosić rękę, ale zawsze jest to hamowane (nie wolno)
uciekał dziś na zajęciach z ćwiczen ogolnokondycyjnych pani, rehabilitantka krzyknela na niego a wtedy syn uderzyl ją woreczkiem w twarz. dotychczas miała dość luźne podejście do dziecka, nie zbudowala chyba dystansu. ale to oczywiście nie powód... pani początkowo była mocno powściągliwa, nie powiedziala mi wprost co się stało (żeby, jak to ujęla, mnie nie martwić - uważam, ze to jakaś pomylka, przecież powinnam dostać od niej jasny komunikat o takim zachowaniu syna). stwierdzila, ze sobie poradzi, bo wg. niej syn testuje granice. reakcją syna na jej komunikat w mojej obecności, ze na zajęciach dostał ostateczne ostrzeżenie, był bezczelny śmiech prosto w twarz nauczycielki. aż mnie ciary przeszły, nie zobaczylam ani cienia żalu, pokory czy strachu
nie wiem co z tym zrobić. tzn. dalej stawiać granice, ale cholernie sie zmartwilam, bo wyglada na to, ze dotychczasowe moje metody wychowawcze okazały się porażką