Gość: Ada
IP: *.pool85-53-160.dynamic.orange.es
27.12.12, 00:41
Corka ma 4 lata. Od mniej wiecej 2 lat ubieranie sie jest problematyczne w naszym domu, ale tak zle, jak jest ostatnio nigdy jeszcze nie bylo :-( Zawsze kupowalam ubrania wieksze o co najmniej rozmiar, wycinalam metki, nie bylo mowy o koronkach, rajtuzach, wstazkach, itp. Nigdy nie zmuszalam do ubierania sie wedle mojego uznania, poza zasada, ze w zime w sandalkach nie chodzimy. Wiosne, lato i jesien jeszcze jakos przezylysmy, calkiem niezle nawet, odkad kompletnie odpuscilam jakiekolwiek proby zachecania do moich ubraniowych pomyslow (jesli niedobitki moich pomyslow zostaly). Lato corka przechodzila w mojej podkoszulce przerobionej na sukienke (nie cisnela). Teraz codzinnie przezywam koszmar, dwa razy dziennie przy ubieraniu sie. Mamy 3 pary majtek, ktore dziecko akceptuje (niedlugo sie rozleca), jedna pare skarpetek, dwie pary spodni, jedna podkoszulke i to koniec. Cala reszta skutkuje kilkudziesieciominutowa histeria, zdzieraniem z siebie ubrania, wierzganiem, placzem, krzykiem i co tam jeszcze. Przy stalym zestawie powyzsze trwa nieco krocej. Metoda prob i bledow wypracowalam co ponizej (ze srednim skutkiem):
- staram sie poswiecac kwestii ubierania jak najmniej uwagi - o ile to mozliwe :-/ Rano daje corce czas na ubranie sie w to co chce (czyli na ogol staly zestaw), ide robic sniadanie, staram sie nie zwracac uwagi na jeki dochodzace z pokoju (kiedy wczesniej bylam zaangazowana w proces ubierania sie bardziej - bylo jeszcze gorzej). 15 minut przed wyjsciem do p-kola kiedy dziecko ciagle jest nie ubrane pytam czy moge w czyms pomoc. Kazda moja interwencja, nawet na prosbe corki konczy sie placzem, zloscia i frustracja. W ostatecznej instancji ubieram ja na sile (zdarzylo sie ze dwa razy), czego naprawde chcialabym uniknac, ale tez nie moge pozwolic zeby dziecko np. nie poszlo do przedszkola, bo ... sie nie ubralo. Ostatnio dramat powtarza sie wieczorem przy zakladaniu pidzamy, bo "zimna" (grzeje na kaloryferze, z marnym skutkiem).
- wszystkie ubrania sa o dwa rozmiary wieksze niz corka, luzne, z miekkich materialow. Corka wybiera ubrania sama w sklepie, w sklepie je mierzy i jest zachwycona, ale kiedy trzeba nazajutrz cos zalozyc, problem pojawia sie od poczatku.
- bralam pod uwage zaburzenia SI, z tym ze poza jazda z ubieraniem sie, absolutnie nic mi do tego spektrum nie pasuje. Mieszkam za granica, pytalam lekarza o mozliwosc konultacji w tym obszarze, ale tutaj nie ma takich mozliwosci i lekarz nie wiedzial o czym ja mowie. Lekarz rodzinny zasugerowal tabelke z gwiazdkami i nagrodami, itp. Nie stosuje stricte tej metody, bo kary/nagrody jakos srednio sie mieszcza w moim repertuarze wychowawczym (przynajmniej na razie). Mam namiastke tego sposobu, ale nie dziala (corka uwielbia ubierac dziewczynki na komputerze, wiec sie umowilysmy, ze jesli bdzie gotowa do przedszkola na czas, to bedzie mogla ta dziewczynke ubrac, bo to dla "duzych i samodzielnych" panienek gra. Bez wiekszyc efektow). W dalszej kolejnosci lekarz zasugerowal..... konsultacje psychiatryczna, co wyaje mi sie z kolei przegieciem.
- Bralam pod uwage element "walki", testowanie wlasnej sprawczosci, granic, itp. Tak, ja pisalam corka ma wolna reke w wyborze. Granica to ubior adekwatny do pogody i nie chodzenie do przedszkola w pizdzamie (bralam pod uwage tez poslanie jej w pizdzamie, ale ostatecznie pomyslalam, ze moze to byc dla niej upokarzajace, bo jest dosc rozwinieta panna z jakas tam konkretna pozycja w grupie). Kiedy odbieram dziecko z przedszkola czesto ma podwiniete rekawy pod pachy i z duma mi mowi, ze znalazla rozwiazanie, bo tak jej nie cisnie. Nie sadze zeby w innym przypadku po kilku godzinach spedzonych w p kolu jakies dziecko pamietalo o rekawach.
- Alergii brak.
Szczerze mowiac, jestem wykonczona ta sytuacja. Taki poranny cyrk wplywa na caly moj dzien, ktory ostatnio dobijany jest przez "akcje pidzame" ;-). Martwie sie. Mam coraz mniej cierpliwosci i czuje sie bezradna i zla na siebie za brak cierpliowosci i swoja wlasna zlosc. Czuje, ze ta cala sytuacja przeradza sie dla mnie w cos toksycznego, ze mimo ze staram sie nie robic z tego "halo" dla mnie takim punktem dnia sie staje i czuje napiecie...
Jakies pomysly, rady ? Ktos ma/mial podobnie? Przeszlo?
P.S. W miare mozliwosci prosze o konstruktywne uwagi i nie czepianie sie slowek. Z gory mowie, ze kocham moje dziecko, akceptuje jego wszystkie uczucia i .... jestem wykonczona.