Gość: sroka
IP: *.dynamic.chello.pl
10.01.13, 22:44
Poradźcie mi, w jaki sposób można karać dzieci (początek podstawówki).
Moje dzieci są totalnie rozwydrzone. Szczególnie jedno, bo drugie przynajmniej próbuje się słuchać (choć z róznym skutkiem). To moja wina, wiem o tym. Myslę, że w dużej mierze wynika to z faktu, że nie umiem okazywać swojej złości. W środku się gotuję, ale na zewnątrz nic nie widać. Tak mam i już. Nawet, jeśli staram się na nich krzyczeć, wychodzi to jakoś sztucznie i nie robi na nich wrażenia.
Chodzi o takie zwykłe sprawy - kłamanie, niesprzątanie po sobie, bicie się, niechęć do nauki. Niby banał, ale im dzieciaki sa starsze, tym mniejszy mam na nich wpływ. Wyegzekwowanie, żeby zjedli obiad nie wstając od stołu (nie tłukąc w międzyczasie brata butelką po głowie, nie znosząc do stołu zabawek/książek, nie chodząc 4 razy w czasie obiadu do toalety itd) graniczy z cudem. To samo dotyczy sprzątnięcia swoich ubrań porozrzucanych po całym mieszkaniu, odrobienia lekcji i wielu innych drobiazgów. Tłumaczenie niewiele daje. Niby rozumieją, obiecują poprawę, ale jak przyjdzie co do czego, to jakoś o wszystkim zapominają. Krzyki też się nie sprwdzają. Dać klapsa nie potrafię, bo to nawet nie tak, że jestem z zasady przeciwna, ale nie umiem po prostu się do tego zmusić. Sprawdzają się kary, ale tu mi brak pomysłów - szlaban na telewizję, komputer, słodycze - to ich boli i jest niezłym straszakiem. Ale jak już te pomysły wykorzystam, to co dalej? Poza tym z takim nagromadzeniem problemów musieliby mieć te szlabany nonstop, a nie chcę ich pozbawiać wszystkich przyjemności :-( Na razie jeszcze jako tako sprawdza się zrzędzenie, czyli wielokrotne (po kilkadziesiąt razy czasem) powtarzanie tego samego polecenia/argumentu/prośby. Ale po pierwsze mnie to wykańcza - łapię się na tym, że wolałabym sama np. sprzątnąć czyjeś brudne skarpetki ze stołu i zapomnieć o sprawie, niż przez pół godziny łazić za ich właścicielem i walczyć, żeby on się tym zajął. Po drugie mam świadomość, że im bardziej będę "marudzić", tym bardziej nie będą mnie słuchać. Z kolei jeżeli ustąpię i sprzątnę te nieszczęsne skarpetki, to oni nigdy się nie nauczą, że nie zostawia się ich na stole... Jak byli młodsi, świetnie działało stawianie ich do kąt. A nawet sama groźba, że się tam znajdą. Teraz kąt ich już śmieszy, a inne kary (te szlabany) spotykają się najpierw z płaczem i prośbami o odpuszczenie, a jeśli nie odpuszczę, to obrażaniem się, trzaskaniem drzwiami i wielkim poczuciem niesprwiedliwości. A zachowanie zamiast się poprawić, automatycznie się pogarsza, bo skoro delikwent ma już karę, to nie ma nic do stracenia. To wynika, moim zdaniem, z małego asortymentu kar i dlatego proszę Was o podpowiedzi.
Na razie jeszcze jakoś udaje mi się utrzymać ich "w ryzach". Co prawda ogromnym wysiłkiem na który nie zawsze mam siłę, ale jeszcze się udaje. Ale widzę, że powoli wymykają się i lada chwila stracę jakikolwiek wpływ na nich. Pomóżcie, poradźcie coś, póki jeszcze mam jakąs szansę ich opanować.