oola72
30.01.13, 14:34
Mam olbrzymi problem z synem. Zaczęło się od ok 2 lat, ok bunt dwulatka ,co prawda przy córce nie przypominam sobie czegoś takiego ale powiedzmy że chłopcy TO mają.
Wracając do buntu,mieliśmy mega bunt z wszystkimi tego aspektami. Darcia,bicia,upartości na amen,przekomarzania się itp,trwało to ok roku,ja malo nie osiwiałam. Potem zauważyłam że problem zaczyna się nasilać...do tego stopnia że zaczęło mi być wstyd ludzi którzy nas np widzieli. Darł się i wymuszał wszystko. Był nie do ogarnięcia ,nic do niego nie trafiało ani prośby ani grozby. Poszłam z nim do pychologa ,pani powiedziała że faktycznie ,,trudny przypadek,,ale nie ADHD i że wyrośnie, jak zacznie mówić i pójdzie do przedszkola to powinno się zacząć zmieniać na lepsze.
Poszedł.Chodzi od 5 m-cy i jest co raz gorzej....dziewczyny ja nie panuję nas własnym dzieckiem. Wymusza wszystko, w sklepach drze się o każdą rzecz,bije nas,szczypie,szarpie,wpada w jakieś niekontrolowane ataki szału i rzuca w nas wszystkim czym popadnie drąc się przy tym niemiłosiernie. Non stop chce żeby się z nim bawić ,cały czas tylko samochodami, na prosby robienia czegoś innego od razu reaguje złością. Wszystko ma być tak jak on chce i kiedy chce. Ja chcę iśc w prawo on w lewo ,ja na obiad on nie, ja chce myć włosy on nie kompletnie każda rzecz jest na nie. Doszło do tego że oboje kompletnie nad nim nie panujemy. Całe dnie w domu są tylko jego wrzaski i krzyki bo my nie reagujemy na jego żądania. Mało tego do niego nic nie trafia. Np podczas amoku gdy leje mnie dwoma rękoma bo np nie chcę mu kupić czegoś tam ,ja łapię go za ręcę,mocno trzymam i spokojnie tłumacze żeby się uspokoił,że nie mam pieniążków non stop na jego zabawki...do niego nic nie dociera bo on nic nie słyszy tak wrzeszczy. Nie jestem mu w stanie nic spokojnie wytłumaczyć ...
męża,dziadków terroryzuje identycznie np eM wraca z pracy , siada do obiadu na co podlatuje mały i zaczyna go ciągnąc za rękaw bo chce się z nim natychmiast bawić. Szarpie nim tak że maż nie jest w stanie wziąsc łyżki zupy do buzi. Sadzamy Go wtedy na fotelu i mówimy że jak tata zje to zaraz będzie się bawił samochodami ale on już tego nie słyszy bo drze się w niebogłosy. Potrafi tak i godzinę. Non stop wrzeszczeć. Znajomi czy rodzina po wizytach u nas już jawnie mówią że nam współczują bo oni w taki jazgocie nie wysiedzieli by godziny.
Cała Nasza rodzina jestesmy kłębkiem nerwów bo wszystko co wiąże się ze zrobieniem czegoś przy małym kończy się atakami szału, nawet wychodzenie na dwór to trauma bo jak syn upieprzy sobie że tatuś ma go ubierać to ja nie mogę się dotknąć ,wije ,gryzie,bije szczypie mnie gdzie popadnie.
Kurde nie wiem gdzie ja popełniłam błąd? nigdy jakoś go nie rozpieszczałam, zawsze lubiłam tez pomysleć o sobie i nie było u nas tak żeby potrzeby dziecka były dla nas najważniejsze.
Co ciekawe w przedszkolu to aniołek, panie zachwycone,chociaż na początki mówiły że rzuca czym popadnie i bije dzieci. Dostawał nawet za to kary i teraz jest podobno idealnym dzieckiem...więc może to jest sposób? kary...tylko jakie ,sama nigdy nie byłam karana ,córka też ale widzę że z nim nie da rady inaczej.
W tej chwili przerwaliśmy urlop w górach przez niego, nie wierzyłam że kiedyś to napiszę, napiszę że nie ogarniam swojego dziecka. Musiałam to zrobić bo dziecko zdezorganizowało nam kompletnie wypoczynek. Całe dnie i noce drze się w pokoju tak że aż ludzie z pokoi obok przychodzą do nas i pytają co się dzieje. Nie chce jeździć na nartach na sankach,nie chce jeść nam tez nie daję bo ucieka ze stołówki każda siła perswazji z naszej strony kończy się wspomnianymi atakami szału więc suma sumarów któreś z nas nie je i zabiera Go do pokoju żeby ludzie mogli w spokoju zjeśc. Na dworze NIGDY nie chce iśc tam gdzie my, nie chce się ubierać, nie bawi się z innymi dziećmi w pensjonacie tylko cały czas wisi na nas . Wisi non stop ,nawet u dziadków, znajomych nie odejdzie na krok.
W pensjonacie nie założy kapci bo nie, nie da się wykąpać bo nie wejdzie do prysznica, nie dociera do niego żeby nie siadać na deskę bez podkładki, nie posiedzi w karczmie na stoku nawet pół minuty ,cały czas krzyczy że chce do domu...ręce mi opadają, z eMem jestesmy kłębkiem nerwów,kłócimy się non stop , praktycznie całe te 5 dni urlopu spędziliśmy oddzielnie bo zawsze jedno musiało być z małym żeby to drugie mogło cokolwiek innego zrobić. Ma to już taką siłę że żeby mój mąż mógł np wejśc do toalety to trzeba małego czymś zając i oszukac że taty nie ma bo nie daje mu się załatwić. Cały czas drze mu się do ucha i ciągnie za rękę.
Nie mam pojęcia jak wybrnąć z tej sytuacji,co robić,jak nad nim zapanować? pomóżcie moze macie jakieś pomysły? Wasze dzieci też nie bawią się same godzinę czy dwie dziennie,też musicie im we wszystkim towarzyszyć,wymyślać zabawy,jesteście nimi non stop absorbowane? Napiszę jeszcze że jesteśmy normalną kochającą się rodziną w której nigdy nie było i nie ma przemocy.
Co z nim robić, jak się zachowywać,pomóżcie...