gutek001
05.03.07, 12:32
Witam,
Jestem ojczymem 4 letniej dziewczynki. "Poznałem" się z nią jak miała 20
miesięcy. Żona rozstała się w tym czasie z byłym mężem (między innymi dlatego
że stosował w domu terror psychiczny i nie brał udział w codziennym
wychowywaniu dziecka). Od paru miesięcy jesteśmy małżeństwem. Opiekę nad
dzieckiem sąd powierzył żonie. Ojciec ma prawo widywać się z córką co sobotę
przez 3 godziny w miejscu zamieszkania dziecka. Żona zgadza się jednak na to
aby zabierał ją na całą sobotę (mała bardzo się cieszy z tego). Zawsze
zabiera ją do swojej matki.
Na początku dopóki nie mieszkaliśmy razem mówiła do mnie "wujek". Odkąd
jednak mieszkamy razem i spędzamy ze sobą cały czas zaczeła zadawać pytania
kim jestem, czemu z wujkiem mieszka. Wytłumaczyliśmy jej że ma dwóch tatusiów
ktorzy ją jednakowo kochają, że jestem takim innym tatą. Zaczęła też tak do
mnie się zwracać ("tatusiu"), czasem mówi mi też po imieniu, nigdy jej nie
poprawiamy i nie wymuszamy określonego nazewnictwa. Wydawało nam się że tak
będzie lepiej dla niej. Zwłaszcza że zaczeła chodzić do przedszkola, a tam
słowo mama i tata często się pojawia. Nie chcieliśmy aby była piętnowana
przez dzieci lub też inne osoby że jest taką "pół-sierotką". Ja biorę aktywny
udział w jej wychowaniu, myję ją, czasem usypiam, chodzę z nią na spacery, do
lekarza. Mamy swoje zabawy, gesty, rytuały zarezerwowane tylko dla nas. Na co
dzień nie mówię o niej inaczej niż "córka". Jesteśmy ze sobą dość zżyci.
Nigdy nie kwestionowaliśmy przed nią istnienia "tamtej" rodziny, gdy pyta o
to to potwierdzamy że babcia, dziadek i tata ją bardzo kocha.
Od pewnego czasu gdy wraca od swojego biologicznego ojca jest dziwnie
poddenerwowana. Pyta się "czy może mnie nie kochać?". Że ją kocha tatuś A.
(biologiczny) i mamusia. Jak żona się pyta czy ktoś jej tak powiedział to
jest wyraźnie zakłopotana, nie wypytujemy jej dalej. Potem właściwie do
zaśniecia mówi żebym sobie poszedł, że mnie nie kocha. Że mam sobie iść do
innej dziewczynki. Na co dzień w chwili zdenerwowania lub jakiejś złości mówi
że mam sobie iść do pokoju itd (żonie też to mówi) ale to są takie dąsy i
bunty malucha. Jej zachowanie po powrocie od ojca jest inne niż
to "codzienne". Wyraźnie ją stresuję rozmowa o tym.
Ostatnio też czasem płacze przez sen - nie wiąże oczywiście tego bezpośrednio
z tą sytuacją ale boimy się że są to objawy stresu.
Żona pytając się o tę sytuację byłego męża została zaatakowana że to jest
teraz nasz problem że tak to zrobiliśmy. Że on nigdy na to nie pozwoli żeby
ona mówiła do mnie "tato". Że trudno jej nie poprawiać słysząc jak ciągle
mówi o mnie tata P. Trudno się z nim porozumieć, jest to wręcz niemożliwe.
Żona podejrzewa że tamta babcia może małą "maglować" pytaniami "kogo bardziej
kochasz?" "P. to twój wujek a nie tata" "trzeba kochać tatę i mamę". Czasem w
środku tygodnia sama coś powie że babcia pytała się czy ja palę itd. Sądzimy
więc że ją niepotrzebnie wypytuje. Nigdy nie stawiamy jej pytań typu "kogo
bardziej kocha" ani "z kim chciała by być" - nie zmuszamy jej do tego aby
wybierała między uczuciami do różnych osób. Dlatego też nigdy nie było z nią
problemów na tym punkcie.
Równolegle toczy się jeszcze rozprawa o podział majątku, przybiera ona teraz
kierunek korzystny dla żony. Sądzę że może mieć to związek z powyższą
sytuacją, że chcą może się jakoś odegrać na żonie.
Nie wiem za bardzo co teraz zrobić. Czy jest potrzebna wizyta u psychologa?
Czy może faktycznie źle postępujemy z żoną? Zastanawiamy się czy tych spotkań
nie ograniczyć mu do wizyt w naszym domu (napewno nie wejdzie). Odgrażał się
że sobie zmieni ten wyrok że będzie ją brał także na noc. Nie jest to
rozsądne bo mała nie zaśnie bez mamy, czasem się w nocy budzi i chce tylko
mamy. Poza tym jej ojciec i cała rodzina są ludzmi nieodpowiedzialnymi,
krótkowzrocznymi. Dodam że o jego charakterze świadczy to że żona mimo że od
dwóch lat nie mieszka w swym dawnym mieszkaniu (które jest wspólne z byłym
mężem) musi opłacać połowę czynszu cały czas, oraz połowę mediów. Nie zgodził
się na ugodę i spłatę swojej części określonej aktem notarialnym przy zakupie
mieszkania. Próbuje wywalczyć połowę.
Czy można tak łatwo zmienić postanowienie o opiece? Przecież my nie
utrudniamy mu wizyt. Czy można wyeliminować babcię z tego? Czy sąd może jej
zabronić? Przecież do bycia jej "tatą" nie trzeba być wpisanym do jej metryki
urodzenia. Chyba to że siedzę z nia w nocy jak jest chora i wykonuję inne
codzienne czynności dają mi to prawo do bycia nim. Oczywiście może mówić do
mnie jak chce, najważniejsze jest to kim dla niej jestem (że to do mnie idzie
jak płacze żebym ją przytulił, ja mam jej masować brzuch jak ją boli a nie
mam) a nie jak mnie nazywa. Czy rozsądne jest zmienianie jej znowu czegoś bo
tamten tatuś jest zły?
Wątek zamieściłem na jeszcze jednym forum. Przepraszam za chaos w wypowiedzi.
Pozdrawiam