czy da się " mnie naprawić"?

07.01.08, 12:33
przeklinam, potrafię powiedzieć do własnego dziecka-"ty s....." nie umiem
panować nad sobą.mam tego świadomość że źle robię i wstydzę się tego. boje się
pójść do psychologa bo inni w domu pozwiedzą wariat z niej całkowity.moje
problemy zaczęły się po powrocie do domu ze szpitala[mieszkałam u teściów
teraz u rodziców i szczerze żałuję ze po ślubie nie poszliśmy na
swoje-człowiek by inaczej kombinował i może by było inaczej,-teraz mogę tylko
gdybać]. synek urodził sie w 33tyg ciąży,przez cesarkę[łożysko się odkleiło]w
szpitalu mimo zmęczenia nic nie wskazywało na to że ja tak teraz będę robić.ma
teraz 11m. staram się powstrzymać- nie umiem, staram się spokojnie zabawić ale
po czasie ze zdwojona złością wybucham- efekt mały płacze i marudzi, znowu
jestem zła że się dałam ponieść i mam ochotę kłapnąć drzwiami i nie wrócić.w
domu zaczęło się jak po karmieniu, przewijaniu, praniu i tym podobnych
rzeczach chciałam jakoś odpocząć od tego wszystkiego zrelaksować się,
zapomnieć i nie udało się bo słyszę że płacze a oni do mnie zajmij się
nim-wtedy się wściekłam i nie chciałam-kto powiedział że mamy muszą być non
stop 48godzin na dobę przy dziecku, w pieluchach, a tatusiowie? a nasz
komfort? może moje zachowanie jest też i przez moich rodziców, jak byłam mała
i nastolatka, to tylko mną pomiatali i teraz jak ja chce zrobić coś po swojemu
i wiem że to dobrze będzie i na spokojnie to się wtrącą [nawet mąż] podważą
mój autorytet i ja się wściekam i znowu błędne koło. mam pytanie czy da się
"mnie naprawić"? bardzo proszę o odpowiedź.
    • justyna_dabrowska Re: czy da się " mnie naprawić"? 07.01.08, 13:49
      To dobrze że Pani o tym tu pisze. To jest pierwszy krok. Zobaczyć
      siebie z boku i zapytac samego siebie o chęc zmiany. Tak, możemy
      wiele zmienić w swoich zachowaniach, choć kosztuje to troche pracy i
      wysiłku. Terapia nie jest rzeczą łatwą i nie jest zawsze przyjemna
      ale otwiera oczy i powoduje że stajemy się pełniejsi, bardziej
      świadomi, bardziej żywi. Najpierw trzeba sie rozliczyc ze swoja
      przeszłością co często boli i nie zawsze to co dzieki terapii
      zauważamy w sobie - nam sie podoba. Ale zmiany moga byc ogromne.
      sama tego doświadczyłam (jako terapeuta miałam obowiązek poddać sie
      terapii własnej) a także widziałam to u wielu moich pacjentów.
      Zachęcam bardzo do szukania pomocy psychologicznej po to by
      przerwać "sztafetę pokoleń".
      Powodzenia
      JD
    • skrobkaj Re: czy da się " mnie naprawić"? 07.01.08, 15:43
      pani Justyno kiedyś powiedziałam że nie będę swojego dziecka traktować tak jak
      moi rodzice mnie, wierzę że się swoim katem nie stanę i tak się teraz męczę sama
      z sobą, próbuje pracować nad sobą. moja mama [szanuję ją] mówiła tak i to
      słyszałam-"z bachorami i ze wszystkim" i ja chyba podświadomie w główce to
      zakodowałam i tego typu rzeczy.kiedyś nasz ksiądz powiedział i to chyba
      prawda-"gdyby każdy człowiek przyszedł i szczerze ale naprawdę szczerze
      wyspowiadał się i co mu na sumieniu leży to psychologowie nie mieli by pracy".
      spróbuje obu metod.
      dziękuje
    • skrobkaj Re: czy da się " mnie naprawić"? 07.01.08, 15:56
      zapomniałam dodać że jak znajdę dostateczną odwagę to skorzystam z takiej
      pomocy, czyli jeszcze trochę ale już nie długo.potrafię ładnie się z dzieckiem
      bawić, szkoda tylko że tak łatwo wyprowadzić mnie z równowagi.
      pozdrawiam
      • skrobkaj Re: czy da się " mnie naprawić"? 17.01.08, 19:02
        nie będe czytać niechce mi się i niemam już siły. w tej chwili
        nienawidzę wszystkich, męża też-zabawne bo tak go kocham czy
        kochałam. i rzeczywiście od miłości do nienawiści 1 krok

        mam ochotę kłapnąć drzwiami i pójść w cholerę...daleko i zacząć
        życie od nowa!
        ninawidzę też i siebie.

        mówcie co chcecie! mam dość!
    • arwen8 Re: czy da się " mnie naprawić"? 09.01.08, 18:03

      skrobkaj napisała:

      > może moje zachowanie jest też i przez moich rodziców, jak byłam
      > mała i nastolatka, to tylko mną pomiatali i teraz jak ja chce
      > zrobić coś po swojemu i wiem że to dobrze będzie i na spokojnie to
      > się wtrącą [nawet mąż] podważą mój autorytet i ja się wściekam i
      > znowu błędne koło.
      [...]
      > kiedyś powiedziałam że nie będę swojego dziecka traktować tak jak
      > moi rodzice mnie
      [...]
      > moja mama [szanuję ją]

      I tu właśnie jest pies pogrzebany! Zauważ sprzeczność - doskonale
      pamiętasz, że rodzice Tobą "pomiatali", a jednocześnie czujesz
      przymus by podkreślić w nawiasie, że "szanujesz" matkę. Właśnie ten
      nieuzasadniony, bezwzględny "szacunek" dla rodziców nie pozwala Ci
      przerwać błedne koło powielania tych samych zachowań.

      Prawda jest taka, że wcale nie musisz czuć szacunku do rodziców, nie
      musisz ich kochać. Nie musisz już dłużej bać się ich "kary". Wiem,
      że mieszkasz z rodzicami i to dodatkowo komplikuje sprawę, ale nawet
      w takiej sytuacji możesz zacząć powoli uczyć się asertywności życia
      w zgodzie ze swoimi prawdziwymi uczuciami (a te nie zawsze są "miłe"
      i "wygodne").

      Może Ci pomóc w tym książka Susan Forward "Toksyczni rodzice" oraz
      książki Alice Miller ("Zniewolone dzieciństwo", "Dramat udanego
      dziecka", "Bunt ciała", etc.). Warto po nie sięgnąć zanim
      zdecydujesz się na terapię.

      Twój stosunek do dziecka jest bezpośrednio związany z Twoim
      stosunkiem do rodziców. Ponieważ boisz się wyrazić swoją wściekłość
      na nich, znalazłaś sobie doskonałą osobę zastępczą (tzw. "kozła
      ofiarnego") na którego zupełnie nieświadomie przelewasz swoją złość
      i frustrację. Nie chcesz się zachowywać w ten sposób, nie możesz
      tego zachowania kontrolować, jest to silniejsze od Ciebie. Masz
      wyrzuty sumienia bo przecież kochasz swoje dziecko, a jednak coś Cię
      rozwściecza i eksplodujesz.

      Możesz to zmienić, możesz przerwać błedne koło, kiedy zrozumiesz i
      odczujesz, że Twoja złość tak naprawdę nie ma NIC wspólnego z Twoim
      dzieckiem, że dziecko jest jedynie substytutem rodzica, któremu
      chciałabyś wykrzyczeć to wszystko ale powstrzymuje Cię lęk i
      poczucie, że rodziców należy "szanować" bez względu na to, jak podle
      się wobec Ciebie zachowywali.

      Książki pomogą Ci lepiej zrozumieć ten problem i rozwiązać go.
      Terapia również pomoże. Ale nie ksiądz.

      P.S. Tylko TY sama tak naprawdę jesteś w stanie "naprawić" siebie.
      Jest to trudna i bolesna praca, ale nikt inny za Ciebie jej nie
      dokona. Decyzja należy do Ciebie.
      • Gość: 8newra Re: czy da się " mnie naprawić"? IP: *.adsl.inetia.pl 16.01.08, 20:44
        arwen8 napisała:
        > Prawda jest taka, że wcale nie musisz czuć szacunku do rodziców, nie
        > musisz ich kochać. <

        To tylko kwestia czasu, kiedy objawi się następna Alice Miller i jej wyznawcy,
        którzy głośno powiedzą nam, że równiez my rodzice wcale nie musimy kochać swoich
        dzieci. I określą zależność kata- ofiary, gdzie ofiarą będą rodzice, a katami
        dzieci. Przecież to małe dzieci sprowadzają rodziców do funkcji niewolniczej
        nieustającej 24 godzinnej opieki. To koszmarni nastolatkowie zmieniają życie
        swoich rodziców w piekło na ziemi. To dorosłe dzieci porzucają swoich
        zniedołężniałych rodziców na pastwę bezdusznych pracowników domów opieki.
        Instynkt macierzyński? To tylko piękny mit, jak miłość do matki i ojca.
        Przecież w nie tak odległych czasach zamożni ludzie wcale poświęcali wiele uwagi
        swoim dzieciom, powierzając opiekę nad nimi i ich wychowanie nianiom, bonom,
        guwernantkom, renomowanym szkołom z internatami.
        Tylko co nam wtedy pozostanie?
        • skrobkaj Re: czy da się " mnie naprawić"? 18.01.08, 14:12
          rodzice moich rodziców nie szanowali swoich dzieci. moi nas.
          - to nie znaczy że mamy kontynuować taką tradycje.
          leży mi wiele na wątrobie i być może jak wygarnę co, to może będzie
          inaczej-ale być może.
          mój dziadek śp. gnoił moją matkę, kiedyś moim braciom kazał szukać
          dziadka(że on nie jest ojcem mojej mamy), zaczął się do mnie lepiej
          odzywać jak ja do niego z przeklonem że wystarczy normalnie
          powiedzieć a nie morde drzeć i wytłumaczyć o co chodzi a nie tylko
          kląć. szkoda że moja mama się mu nie sprzeciwiła, nie podniosła
          głosu, tylko wysłuchiwała i po kątach płakała. być może by ją lepiej
          traktował i sądze że tak by było.

          naprawę tego co w nas boli trzeba zacząć od naszych dziadków, potem
          rodziców,a na końcu nas.(mam dziś troche lepszy humor)

          skoro nasi rodzice są toksyczni, my nie musimy tacy być.

          ja mam wyrzuty co do pracy, tylko jak pracowałam to wcale się nie
          przejmowalam że zostawilam dziecko w domu-wiedziałam że krzywda mu
          się nie dzieje. faktycznie że kiedyś dzieci byly traktowane inaczej
          i rodzice się tym nie przejmowali

          stałam się swoim katem i nie umiem( a może sie przyzwyczaiłam do
          tego) tego zmienić.
          zabawne ale głęboko wierzę że gdybym mieszkała w swoim własnym
          domu,takich złych sytuacji by nie było.

          nie jest łatwo kiedy bieda i dbać oto by mieć co jeść. a może i
          kocham? może ociupinke?! ( mój ojciec pijak-nie wiecie jak ciężko na
          to patrzeć!, mama dba o opłaty o nas o sobie zapomniała-skutek zawał
          w wieku 40l i operacja, więc czemu mimo tego złego mam jej nie
          kochać czy szanować? każdy inaczej odczuwa i co dzień to inaczej)
          a przecież jak trzeba pomoc to pomagają i rade też dadzą! -mam żal
          za brak szacunku co do mnie ale czy warto całe życie się boczyć?-
          szkoda mi tylko mojego dziecka bo ostatnio nie umiem się z nim
          obchodzić.
          rajuśku jak ciężko mi!
          nie wiem czy ostatnio jestem zdolna do kochania!

          kto na starość zaopiekuje się nami jeżeli my z chęci zemsty wyrzucim
          swoich niedołeżnych rodziców-nasze dzieci powiedzą:
          "a Ty co zrobiłaś(eś) ze swoją matką, ojcem jak byli chorzy i
          starzy? więc wynocha!"
          moja nauczycielka polskiego w szkole powtarzała: "nie wiesz jaki los
          cię spotka, masz cieżko możesz mieć gorzej albo i lepiej ale szanuj
          rodziców jacy by nie byli, bo los jaki ich spotkał może się na tobie
          zemścić"
          odezwę się jak się zmienię a może i wcześniej.
          serdecznie pozdrawiam,
          pozdrawiam takich jak ja płaczących przed monitorem i szukających
          siebie w swym ciężkim życiu, siebie lepszego
          • arwen8 Re: czy da się " mnie naprawić"? 18.01.08, 15:14
            skrobkaj napisała:

            > naprawę tego co w nas boli trzeba zacząć od naszych dziadków,
            > potem rodziców,a na końcu nas.

            Tu się mylisz. Każdą "naprawę" zaczynamy od siebie, bo tylko na
            zmiany w sobie mamy wpływ. Rodziców nie zmienisz, nieżyjących
            dziadków tym bardziej. To, co możesz zmienić, to Twój własny
            stosunek do nich.

            > mam żal za brak szacunku co do mnie ale czy warto całe życie się
            > boczyć

            Nie chodzi o "boczenie się". Chodzi o szczerość wobec siebie i
            zrozumienie dla swoich niewygodnych uczuć.

            > kto na starość zaopiekuje się nami jeżeli my z chęci zemsty
            > wyrzucim swoich niedołeżnych rodziców-nasze dzieci powiedzą:
            > "a Ty co zrobiłaś(eś) ze swoją matką, ojcem jak byli chorzy i
            > starzy? więc wynocha!"

            Zaopiekowanie się sobą na starość jest tylko i wyłącznie TWOIM
            obowiązkiem. Sama sobie organizujesz życie w taki sposób, żeby nie
            obarcząć odpowiedzialnością za swój los inne osoby, szczególnie
            swoje dzieci.

            Szanujące siebie dziecko, kiedy dorośnie może powiedzieć: "Jak mogłaś
            (eś) tyle lat tkwić w toksycznym związku z rodzicami, którzy
            pomiatali Tobą, szantażowali, wykorzystywali i krzywdzili? Jak mogłaś
            (eś) poświęcić swoje życie dla osób, które tak bardzo krzywdzili
            Ciebie od dziecka? Jak mogłaś(eś) zaniedbywać i krzywdzić mnie przez
            to, że ONI byli dla Ciebie ważniejsi niż Ty sam(a)? Jak więc mogę
            mieć szacunek dla Ciebie, skoro Ty sam(a) nie miałaś(eś) szacunku
            dla siebie a więc i dla mnie? Twoim obowiązkiem było przerwanie tego
            błednego koła. Nie mogę zgodzić się na to, byś zniszczył(a) moje
            życie tak samo, jak Twoi rodzice zniszczyli Twoje. Więc wynocha!"

            I takie dziecko będzie miało rację!

            > moja nauczycielka polskiego w szkole powtarzała: "nie wiesz jaki
            > los cię spotka, masz cieżko możesz mieć gorzej albo i lepiej ale
            > szanuj rodziców jacy by nie byli, bo los jaki ich spotkał może się
            > na tobie zemścić"

            Jak widać, była to prawdziwa nauczycielka Czarnej Pedagogiki.
            Bezmyślne, bezwzględne posłuszeństwo nakazowi "szanuj rodziców jacy
            by nie byli" zniszczyło życie wielu osobom, utrzymując ich zarówno w
            pozycji "ofiary" (swoich rodziców) i "kata" (dla swoich dzieci). Sęk
            w tym, by świadomie wyjść poza te dwie kategorie. Świadomość tego,
            że MOŻNA nie kochać rodziców i nie szanować i nie wybaczać jeśli
            wyrządzili dziecku ogromną krzywdę, pomaga w uwolnieniu się z
            roli "kata/ofiary", pomaga przerwać błedne koło.

            Czy uważasz, że dziecko maltretowane fizycznie i psychicznie,
            gwałcone, bite, poniżane, porzucone, etc. powinno nadal
            czuć "szacunek" wobec takich rodziców? Czy dziecko alkoholików
            powinno czuć "szacunek" i "obowiązek" opiekowania się rodzicami?
            NIE! To, co takie dziecko czuje, to wcale nie jest "szacunek" lecz
            STRACH, ogromny, dziecięcy, obezwładniający STRACH przed karą czy
            domniemaną "zemstą losu", o której mówiła Twoja nauczycielka. I póki
            nie nauczymy się odróżniać prawdziwego szacunku od strachu nie
            będziemy w stanie przerwać błedne koło powielania. Będziemy takiego
            samego bezwzględnego "szacunku" domagać się od naszych dzieci, tym
            samym krzywdząc ich.

            Nie można czuć "szacunku" i "miłości" tych, którzy nas krzywdzą.
            Nieważne, czy robią to świadomie, czy nie. Można oszukiwać siebie,
            można wmawiać sobie, że czujemy "szacunek", kiedy czujemy strach,
            i "miłość", kiedy czujemy nienawiść. Ale prawdziwe uczucia
            wściekłości, lęku, żalu, osamotnienia wciąż będą tkwić w naszej
            nieświadomości. Będą też dawać znać o sobie w formie chorób
            psychosomatycznych, depresji, prób samobójczych, agresji
            wobec "kozłów ofiarnych" (czyli naszych dzieci, małżonków,
            współpracowników, zwierząt, osób zupełnie przypadkowych),
            niekontrolowanych wybuchów agresji/histerii, nerwicy, etc.

            Póki nie przyznamy sobie prawo do szczerości wobec siebie samych i
            prawa do nienawiści wobec osób, które na to uczucie zasługują, nie
            będziemy w stanie się zmienić i uwolnić od przeszłości. Będziemy
            wciąż powtarzać, że rodzicom należy się bezwzględny szacunek i
            miłość, że kochamy swoich rodziców, chociaż nie traktowali nas z
            szacunkiem, bili, poniżali, maltretowali, etc. I póki będziemy się
            tak okłamywać, będziemy krzywdzić siebie i innych. Będziemy "katami"
            dla siebie i dla innych, ponieważ wciąż będziemy tkwić w
            roli "ofiary" swoich rodziców, "ofiary" tego bezwzględnego szacunku
            dla nich, "ofiary" wybaczenia i zrozumienia, którym obdarzyliśmy
            rodziców.
            • skrobkaj do arwen8 21.01.08, 22:16
              nienawidzić nie umiem i nie potrafię. co mi po bezgranicznej nienawiści skoro mi
              i tak nie będzie lepiej[są w życiu różne chwile i lepsze i gorsze, gdzie ma się
              ochotę wszystkich wystrzelać ale czy warto tak w tym tkwić- dla mnie nie].
              nie muszę szanować ale szanuję i nikt mi nie zabroni ani nakaże, i takie jest
              moje zdanie i odczucie i nikt i nic tego nie zmieni-a co do kochania to nie mam
              zdania bo różnie bywa-tak szczerze to może nie kocham,zabawne bo nigdy nie
              usłyszałam tego od rodziców-nie wiem.ostatnio już czasem myślę że nie umiem już
              kochać.
              aż tak bardzo nie zostałam skrzywdzona-chodzi mi o katowanie, molestowanie i
              tego typu.
              a z dziadkami to faktycznie "wypaliłam"-pisałam pod chwilą impulsu, nie o to mi
              chodziło-jakby moja matka przeciwstawiła się toby może było inaczej-mogę tylko
              gdybać.
              przepraszam-w tej chwili nienawidzę szwagierki i niektórych klechów,którzy
              pomiatają nami-zwykłymi ludźmi.
              trochę nie potrzebnie przeczytałam "jestem okropną matką..." bo gdzieś sobie
              chyba zakodowałam i sama mam ochotę czasem wstać i sprać aż będzie siny-i jak to
              wyrzucić z głowy,wcześniej nie miałam takich myśli.
              dzięki wam po trochu staję się lepsza.
              nawet tak można sobie trochę pomóc
              • arwen8 Re: do arwen8 22.01.08, 21:27
                skrobkaj napisała:

                > nienawidzić nie umiem i nie potrafię.

                I w tym tkwi problem.
              • arwen8 Re: do arwen8 23.01.08, 16:02

                skrobkaj napisała:

                > nienawidzić nie umiem i nie potrafię. co mi po bezgranicznej
                > nienawiści skoro m i tak nie będzie lepiej

                Nienawiść jest takim samym normalnym uczuciem, jak każde inne. I tak
                samo jak każde inne uczucie ma prawo zaistnieć. Jeśli ktoś wyrządza
                Ci wyraźną krzywdę, a Ty twierdzisz, że kochasz tę osobę, to tym
                samym okłamujesz siebie, a usprawiedliwione i całkowicie uzasadnione
                uczucie nienawiści wypierasz w nieświadomość. Będzie ono
                tam "siedziało" i powoli zatruwało Twoje życie do czasu
                aż "eksploduje", wyrządzając tym samym krzywdę Tobie (np. choroby
                psychosomatyczne, depresja, samobójstwo, etc.) lub innym (agresja,
                morderstwo, etc.). Póki będziemy negować to uczucie, bać się go, to
                ono będzie nami nieświadomie rządzić. Odejdzie, kiedy pozwolimy mu
                zaistnieć, kiedy przyznamy sobie prawo do nienawiści dla osób, które
                to uczucie w nas słusznie wywołują.

                > tak szczerze to może nie kocham,zabawne bo nigdy nie usłyszałam
                > tego od rodziców

                To wcale nie jest "zabawne". To jest bardzo smutne, przykre i
                bolesne. Używając słowa "zabawne" próbujesz po raz kolejny oszukać
                siebie, przekonać siebie (i cały świat), że słowo "kocham" nie było
                istotne, że jako dziecko nie cierpiałaś z braku ciepła
                rodzicielskiego, że nie odczuwałaś potrzeby czułości (miłe słowa to
                też rodzaj czułości), że nie czułaś żalu, gniewu i bólu z powodu
                braku tych słów, że nie zazdrościłaś koleżankom, których rodzice
                mówili "kocham cię". I będzie to wszystko wydawać Ci się "zabawne"
                i "śmieszne", póki nie zdobędziesz się na bolesną szczerość wobec
                siebie samej i nie uświadomisz sobie, jak naprawdę bolesny i smutny
                jest ten ciężar dzieciństwa, który dźwigasz.

                > aż tak bardzo nie zostałam skrzywdzona-chodzi mi o katowanie,
                > molestowanie i tego typu.

                Jakie smutne zdanie. Smutne, ponieważ umniejszasz w nim swoje
                uczucia, przeżycia, wspomnienia. Umniejszasz siebie. Krzywda, to nie
                tylko "katowanie, molestowanie i tego typu". Spróbuj przypomnieć
                sobie bolesne wydarzenia ze swojego dzieciństwa. Spróbuj wczuć się
                całą sobą w uczucia małej Skrobkaj - to przecież byłaś TY, to były
                TWOJE uczucia. Spróbuj te uczucia uszanować. Spróbuj uszanować swój
                ból, swoją złość, lęk, żal, samotność. Nie porównój swojego bólu do
                bólu dziecka które Twoim zdaniem było "bardziej" skrzywdzone. To nie
                ma najmniejszego sensu. Skup się na krzywdzie, którą wyrządzono
                TOBIE, bo to ona wywiera wpływ na Twoje zachowanie w życiu dorosłym.
                Uznawanie jej za czynnik mało istotny, umniejszanie jej znaczenia
                ("aż tak bardzo nie zostałam skrzywdzona"), prowadzi do
                samooszukiwania się i powielania tych samych zachowań. To dlatego
                np. osoby, które twierdzą, że "wychowawcze" klapsy wcale nie były
                dla nich krzywdzące (przecież były dla ich "dobra"!) stosują takie
                same "metody" w wychowaniu własnych dzieci. To dlatego np. osoby,
                które były ofiarami umniejszania ("jaki z ciebie niejadek", "jesteś
                głupi", "popatrz, jak pięknie rysuje Piotrek, a ty wciąż tylko
                bazgrzesz", "do niczego się nie nadajesz", "matoł!", "co z ciebie
                wyrośnie", "przesadzasz!", "opowiadasz głupoty", etc.) umniejszają
                własne dzieci w podobny sposób. To dlatego np. osoby które nie
                zaznały czułości i bliskości od rodziców nie potrafią okazać
                czułości własnym dzieciom...

                Skoro krzywda takich osób nie jest "znacząca", lub w ogóle nie
                jest "godna" bycia uznaną za krzywdę, to mogą one dawać sobie
                przyzwolenie na krzywdzenie innych w podobny sposób. Brak
                współczucia dla innych zaczyna się od braku współczucia dla siebie,
                braku zrozumienia własnych uczuć, szczególnie tych niewygodnych.

                > trochę nie potrzebnie przeczytałam "jestem okropną matką..." bo
                > gdzieś sobie chyba zakodowałam i sama mam ochotę czasem wstać i
                > sprać aż będzie siny-i jak to wyrzucić z głowy

                Nie da się po prostu "wyrzucić z głowy" tak mocnej złości. Można
                jednak ją zrozumieć. Przede wszystkim należy zrozumieć, że ta
                ochota "czasem wstać i sprać aż będzie siny" nie ma NIC wspólnego z
                Twoim dzieckiem. Jest to źle ukierunkowana nienawiść. Nienawiść,
                którą przenosisz na osobę zastępczą, tzw. "kozła ofiarnego",
                ponieważ nie możesz/boisz się ukierunkować ją pod właściwym adresem.
                Najłatwiej jest wyobrazić sobie spranie małego dziecka "aż będzie
                sine", bo dziecko nie przedstawia żadnego zagrożenia. Spróbuj
                wyobrazić sobie to samo, ale zastępując w tej myśli dziecko własnymi
                rodzicami! Ciężko, prawda? Ciężko wyobrazić sobie, jak pierzemy "aż
                będzie sina" własną matkę. Ciężko wyobrazić sobie jak rozwalamy
                głowę butelką ojcu-alkoholikowi. Te osoby chronimy zawsze i
                bezwzględnie. "Kochamy" je i "szanujemy", nawet jeśli wyrządzili nam
                ogromną krzywdę (co tam, to przecież nie była żadna "krzywda", skoro
                nie było "katowania, molestowania i tego typu"). Nie możemy nawet w
                najstraszniejszym koszmarze wyobrazić sobie podniesienie na nich
                reki lub nawet głosu. Nie wyobrażamy sobie nawet powiedzenia im o
                swoich prawdziwych uczuciach w sposób spokojny i zrównoważony. Nie
                boimy się jednak wyobrażać sobie krzywdę, jaką możemy wyrządzić
                własnemu dziecku. Dziwimy się jedynie, że nagle pojawiają się takie
                myśli, przecież kochamy to dziecko. Zastanawiamy się, czy
                jesteśmy "okropną matką". A zastanowić się należy nad tym, do kogo
                właściwie czujemy tę złość, kogo naprawdę chcemy skrzywdzić,
                ponieważ nas skrzywdzono, komu nie możemy wykrzyczeć naszego bólu,
                żalu, złości. Wtedy "nagle" się okaże, że nasza złość nie ma nic
                współnego z małą, bezbronną, ufną i kruchą (zarówno psychicznie jak
                i fizycznie) istotką, którą jest nasze dziecko.

                Twierdzenie, że każda matka ma podobne "mordercze mysli" wobec
                swojego małego dziecka uspokaja matki ale nie pozwala im w pełni
                zrozumieć dlaczego takie myśli zaistniały i jak można tym myślom
                zaradzić. Chęć wyrządzenia krzywdy malutkiej, bezbronnej istotcę,
                która sama nie wyrządziła nam żadnej krzywdy NIE jest chęcią
                normalną, aczkolwiek bardzo rozpowszechnioną wśród nieświadomych,
                sfrustrowanych rodziców. Jest to zawsze objaw przeniesionej, źle
                ukierunkowanej złości. Dlatego tak ważne jest zrozumienie i świadome
                przeżycie tej złości. I nie ma to nic wspólnego z byciem "idealnym
                rodzicem". Rodziców idealnych nie ma. Są natomiast rodzice świadomi
                i nieświadomi. Ci pierwsi, zaniepokojeni własnymi myślami, będą
                próbować zrozumieć swoje uczucia, będą próbować wydobyć je z
                nieświadomości. Wytłumaczenie, że "każdy tak ma" nie będzie ich
                satysfakcjonowało, ponieważ będą szukać odpowiedzi na pytanie
                DLACZEGO tak się dzieje. To podstawa.
          • skrobkaj Re: do arwen 18.01.08, 23:46
            może i prawda.
            a co mi powiesz na to że nie mogąc wytrzymać u teściów wyniosłam się i mieszkam u rodziców, bo nie mam gdzie. szl... mnie tam trafiał! mąż wkurzony ale ja zadowolona, może nie do końca ale jednak mi ulżyło. chciałabym mu, im wszystko wygarnąć-nie umiem. czuje się poniżana, nie mam poczucia wartości, wegetuję tylko...
            czy to jest mój 1 krok do mojej naprawy?
            jak myślisz? czy sprzeciwiając się w ten sposób albo robiąc raczej coś dla siebie nie patrząc czy inni cierpią, czy ja w końcu będę miała spokój?
            chyba nie trzeba odpowiedzi bo wiem że, skoro mi tu lepiej niż tam to coś znaczy że faktycznie CZAS PRZESTAć SMAROWAć INNYM TYłKI żEBY JAśNIE PAńSTWA NIE OBRAZIć! przez taką moją głupotę i przez wpływ innych czuję się tak, jak czuję! i to jest smutne. dla mnie
    • Gość: bozena Re: czy da się " mnie naprawić"? IP: *.dsl.bell.ca 20.01.08, 02:47
      odpowiadam ze da ale to dluga i ciezka droga przeczytaj jeszcze raz
      b.powoli wszystkie wypowiedzi zebym ja to wiedziala 25 lat temu
      dzisiaj nie musiala bymkorzystac z poradni psychologa .tak jak ty
      zostalam okaleczona najpierw przez rodzicow potem przez meza i na
      koncu w mniejszym stopniu zaczlam okaleczac wlasne dzieci .Ty jestes
      w lwpszej sytuacji bo jestes mloda i juz wiesz ze cos jest nie tak
      dlatego ciesze sie ze jests swiadoma i juz szukasz pomocy ja dopiero
      w wieku 50 lat doszlam do tego ile straconych smutnych lat i co
      jest przyczyna.Prosze cie w imie twoje i twojego dzieciatka szukaj
      pomocy gdzie mozesz i jak umiesz bo warto twoje zycie sie dopiero
      jako matka zaczyna .Nie zmarnuj tej szansy tzn. wiesz ze jest
      problem zacznij naprawic go dzisiaj strach jest naszym najwiekszym
      wrogiem w tej sytuacji .Ja zebym wiedziala wczesniej z pewnoscia bym
      mogla to naprawic kupe lat temu ale nigdy nie jest zapozno tylko
      szkoda mojego zdrowia i radosnych dni ktore mi uciekly ,ale
      pocieszam sie tym ze jeszcze mam mnostwo dni przed soba ,gdzie chce
      sie cieszyc nimi z moimi dziecmi a moze kiedys wnoczkami. Pozdrawiam
      serdecznie
      • skrobkaj Re: czy da się " mnie naprawić"? 21.01.08, 21:25
      • skrobkaj bo Bożeny 21.01.08, 21:42
        dziękuję za otuchę i pocieszenie. to co piszesz to że i z mężem to i ja
        zaczynam mieć. zbieram się na odwagę i spróbuje w tym tygodniu, jak mi się uda
        napiszę czy poszłam po pomoc. co do wnucząt to patrząc na moją mamę będziesz je
        kochała może nawet bardziej niż swoje dzieci i będziesz je rozpieszczała-za moje
        nerwy to mi się od matki oberwało.
        pozdrawiam również serdecznie
        • Gość: do skrobajki Re: bo Bożeny IP: *.dsl.bell.ca 21.01.08, 22:24
          dziekuje za wiadomosc chociaznie spodziewalam sie wcale odpowiedzi
          ciesze sie ze chociaz swoim gorzkim doswiadczeniem jestem w stanie
          pomodz komus kto tego potrzebuje chociaz to skromna pomoc ale zawsze
          jakas.Musze ci powiedziec ze pomimo wszystko nie jestem w stanie
          rozliczyc sie z moimi rodzicami sama czasami nie wiem czy ze
          strachu,szacunku,czy respektu naprawde ciezko mi to ujac w jedno
          slowo .Pomiewaz jedna z moich siostr to zrobila jest mi b, smutno to
          zrobic musze znalesc jakies inne rozwiazanie.Ja patrze na to troszke
          z innej strony moi rodzice sa w wieku 78lat i jest mi pomimo
          wszystko ich szkoda bo pewnie tez nie zdawali sobie sprawy z tego
          jak to wszystko zawazy na naszym zyciu.Narazie jestem na drodze
          zrobienia porzadku ze sobo .Poukladac po kolei swoje mysli i
          rozterki.Bardzo chce to zrobic teraz poniewaz wybieram sie do szkoly
          na 7 miesiecy chce pracowac w szpitalu. Nie wspominalam ci ze
          zamieszkuje w Kanadzie .Jezeli miala bys ochote ze mna utrzymywac
          jakis kontakt podaje ci moj prywatny imel bo tu nie za bardzo
          chciala bym sie obnarzyc,moze ze wstydu ,zeby nie byc orzez kogos
          skrytykowanym albo cos takiego .Wiem tylko jedno bylam ,jestem i
          napewno bede pomimo wszystko nastawiona do siwata i ludzi
          pozytywnie.Przeciez jutro musi byc lepszy dzien.Serdecznie
          pozdrawiam Przemysl sobie w spokoju i b. powoli nastepny krok zeby
          nie zranic osob ktore zranily ciebie bo przeciez nie oto
          chodzi.Mamy obie za zadanie nie powtorzyc tego samego to trzeba
          przerwac stanowczo lae i b, madrze.Nerwy i wsicieklosc obrazliwe
          slowa nic nie pomogo a moga jeszcze bardziej pogorszyc a tego
          napewno nie chcesz.ZYcze ci powodzenia i cierpliwosci.Podaje ci moj
          imel. bozena-gardenia@yahoo.com
          • skrobkaj Re: bo Bożeny 07.02.08, 00:33
            nie mogę się z Tobą skontaktować przez e-mail serwer nie wysyła wiadomości.
            nie wie czy dobrze zrobiłam, napisałam mężowi o tym poście. może pomoże mi w tym.
            mam nadzieję że się mocno nie będziesz gniewał,nie chcę Cię za nic karać
            mieszkając osobno-ja chcę tylko normalnie jakoś żyć.
            dzięki dziewczyny-jakoś mi lżej,jakoś sie uspokoiłam.
            mój adres:groszek_dmk@o2.pl
    • Gość: małamama Re: czy da się " mnie naprawić"? IP: *.itma.pwr.wroc.pl 22.01.08, 16:11
      Chciałabym napisać do Ciebie na priv. Mam nadzieję że się nie
      pogniewasz. Mam problem prawie identyczny, może wspólnie coś
      uradzimy. Może założymy sobie "kółko samopomocy":)
      Doszłam obecnie do tego, że wszystkie swoje problemy i emocje
      powinnam po fakcie analizować jakby z boku, bo na bierząco nie
      jestem w stanie.
      Acha - byłam u psychologa, nie znalazłam zrozumienia. Pani miała
      swoje racje, słuszne niewątpliwie, ale nie była w stanie zrozumieć,
      że ja nie mam żadnych możliwości, by się do nich zastosować.
      • Gość: bozena Re: czy da się " mnie naprawić"? IP: *.dsl.bell.ca 22.01.08, 16:37
        Przepraszam autorke watka ze pomylilam Twoje imie.DO malamama jezeli
        masz ochote nie mam nic przeciwko temu moj adres podalam w ostatniej
        odpowiedzi mozesz skorzystac z niego -czekam.Powiem Ci ze spodobal
        mi sie twoj pomysl.Ja mialam podobny problem z psychologiem ale moja
        lekarka rodzinna b.mi pomogla na rozne sposoby,za co jestem jej
        wdzieczna i zaczynam oddychac swiezym powietrzem.









        Autorke watka bardzo przepraszam ze pomylilam imie.Do
        malamama,jezeli masz ochote nie mam nic przeciwko temu moj adres
        podalam w poprzedniaj odpowiedzi mozesz z niego skorzystaczekam Co
        chodzi o psychologa bylo cos podobnegoale b.duzo pomogla mi moja
        lekarkoa rodzinne ,za co jestem jej b.wdzieczna ale o tym kiedy
        indziej.Duzo pomogly i pomagaja mi moje dzieci a przede wszystkim
        moj syn.Uratowalo mnie chyba to ,ze pozwolilam moim dzieciom
        wypowiadac sie i krytykowac mnie jezelicos im sie nie podoba bo
        przyslowie ,ze dzieci i ryby nie maja glosu nigdy mi sie nie
        podobalo.Musze konczyc bo jade do lekarza ,potem na chwilke do
        rodzicowa .Jak ja bede sie klacs spac wy dziewczyny bedziecie sie
        budzic i zaczynac nowy dzien zycze wam dobrego i pogodnego
        dnia.Pzeoraszam za ta pisownie ale nie mam polskiej tczcionki i
        jakos czasami glupio wychodzi.





        • Gość: małamama Re: czy da się " mnie naprawić"? IP: *.itma.pwr.wroc.pl 23.01.08, 11:48
          Wybacz Bożenko, ale mój post i propozycja była skierowana do autorki
          wątku. Rozumiem, że masz doświadczenie i chcesz pomóc, ale ja
          wolałabym porozmawiać z osobą borykającą się z podobnymi problemami
          jak ja, bo widzę tu, że tak jest. Wygląda na to, że obie nie możemy
          sobie poradzić ze swoimi uczuciami, że mieszkamy z teściami czy kimś
          innym, kto zawsze wie lepiej co z dzieckiem robić. Że mamy problem z
          wygospodarowaniem dla siebie czasu i ogromnym poczuciem krzywdy.
          Więc jeszcze raz proszę - Skrobkaj - odezwij się, napisz co Ty na
          to. Może wspólnie będzie nam łatwiej.
          Pozdrawiam Was dziewczyny
          • Gość: malamama Re: czy da się " mnie naprawić"? IP: *.dsl.bell.ca 24.01.08, 02:58
            Nic nie szkodzi troszke tez tak myslalam do kogo ale ciesze sie ze
            jeszcze tu zagladasz .Ja bede zagladac codziennie .Dlatego ze to co
            do tej pory jest tu napisane czytam po pare zazy i ciagle cos nowego
            znajduje .Skrobkaj na wiet nie wie jaka jest wspaniala kobieta pisze
            teraz z serca szczegolnie do niej . nawet nie wiesz ile zrobilas dla
            mnie piszac i ujmujac to wszystko w paru slowach .To poczesci bylo
            moje odbicie .Dzisiaj caly dzien bylas przy mnie myslami.A wiesz dla
            czego-od 5 lat trwa walka ze mna w srodku i wiem ze to jest muj
            koniec ucieczki przed czyms .Natomiast ze zapomnialam o wlasnym
            mezu,ktorego tak bardzo kiedys kochalam ,nalozylam mu kara za jego
            wine i nie jego on ponosil pokute najdluzej.On wie o tym ze nie byl
            u mnie w laskach jezeli tak moge sie wyrazic nie nalegal,ale czulam
            i widzialam jak bardzo sie staral zebym czyla sie lepiej .zebym
            zaczela normalnie funkcjonowac .Ja chyba zakodowalam sobie ze skoro
            ja sie tak dlugo meczylam to nie zaszkodzi jemu zeby sie pomeczyl
            pare lat-wiem ze to glupie ala zemsta wydawala mi sie odpowiednia .
            po przeczytani jeszcze i jeszcze raz Twojego listu docieralo cos do
            mnie nie wiedzialam tylko co i wczoraj dopiero dotarlo do mnie ze
            robiac kara jemu robie sobie tez. Nareszcie spadly mi obrecze ktore
            nie pozwalaly mi zyc normalnie chwala Ci za to jestes
            najwspanialszym podarunkiem jaki mogl mi dac los. jeste wspanila
            kobieta odwazna i zostaniesz w moim sercu na zawsze. kocham
            cie chociaz sie nigdy nie widzialysmy i moze nigdy nie zobaczymy
            bedziesz ciaglym gosciem w moim sercu.Bede dziekowac Bogu ze mi cie
            zeslal wiem juz dzisiaj wiem moja droga przez meki doszla konca
            musze sie jeszcze z tym oswoic zeby nie zrobic jakiegos
            bledu. jest to bardzo ale to bardzo powolny proces
            napprawienia siebie ja chyba zmienie ten tytul na koncu mojej drogi -
            urodzilam sie na nowo,lepsza moze nie ale taka jaka chcialam byc
            zawsze taka jak poznal mnie czlowiek ktorego pokochalam.Tyle spraw
            sie wydarzylo ,ze jestem skolotana jeszcze musze wiele
            przemyslec.Chce ni sie zyc KOCHAM WAS WSZYSTKI,Bede tu zagladac
            codziennie . zycze WAM z calego serca powodzenia oby wasza droga
            nie byla taka dluga jak moja . jestescie mlodsze i madrzejsze wiecej
            oczytane i smiale to wam
            pomoze.

            malamama - u mnie od tego samego sie zaczelo jak sobie zyczysz
            tak zrobisz ale gdybys kiedys chciala zadac mi jakies pytanie nie ma
            problemu ja tylko sie boje ze was strace a tak bardzo chciala bym
            byc z wami chociaz czasami tylko wiedziec co u was ,czy dajecie
            sobie rade. Nie bede dawac rzadnych rad -kazda musi znales wyjscie z
            tej sytuacji wedlug tego co uwaza i nie mam zamiaru nic sugerowac bo
            to bylby blad z mojej strony.POWODZENIA I WYTRWALOSCI JUTRO MUSI BYC
            LEPSZ DZIEN.
            • Gość: małamama Re: czy da się " mnie naprawić"? IP: *.itma.pwr.wroc.pl 24.01.08, 12:15
              Bożenko, czy to Ty podszyłaś się pod mojego nicka????
              • Gość: bozena Re: czy da się " mnie naprawić"? IP: *.dsl.bell.ca 26.01.08, 04:50
                do malamama,nie wiem cos chyba poknocilam i tak rzeczywiscie wyszlo
                przepraszam.Czytam i czytam ucze sie jeszcze raz tego co jest
                napisane za do mojego postu i jest to prawda i tylko prawda ,zeby to
                zrozumiec trzeba w to uwierzyc a w tedy zobaczycie jak latwo zacznie
                sie wam samo ukladac w calosc.
                • Gość: bozena Re: czy da się " mnie naprawić"? IP: *.dsl.bell.ca 26.01.08, 05:04
                  to o czym pisalyscie jest ujete w ksiazce pod tytulem Potega
                  podswiadomosci -autor Joseph Murphy.nie moge wam nic wiecej napisac
                  oprucz tego ze wiara czyni cuda- chciec to mudz i wy jestescie
                  kapitanem swojego statku tzn.waszego zycia . Musze sie z wami
                  pozegnac.Mam jeszcze dwie osoby ,ktory musze bo chce je doprowadzic
                  do tego samego celu co i was a wiec do tej ksiazki.Kazda odnajdzie
                  przycyne i skutki.Zegnajcie moja rola juz sie skonczyla.
            • Gość: skrobkaj Re: czy da się " mnie naprawić"? IP: *.internetdsl.tpnet.pl 06.02.08, 16:06
              wybaczcie dziewczyny nie miałam ochoty tu wchodzić. czasem boję się krytyki. był
              czas ze panowałam nad sobą. dziś był a raczej jest koszmar. z pewnością się do
              was odezwę ale wieczorem jak malec śpi.
              serdecznie pozdrawiam
    • monikadk Re: czy da się " mnie naprawić"? 24.01.08, 18:09
      NIe dam rady sie przebic przez wszystkie posty ale te co do tej pory
      przeczytalam nie dotknely tematu depresji poporodowej.
      Przeszlam to po 6 miesiacach od urodzenia. Moje zachowanie zmienilo
      sie gwaltownie. Dziecko wiecznie jeczalo (nie jeczalo, tylko mnie
      sie tak wydawalo). Chcialam trzepnac drzwiami i nie wracac, choc od
      meza mailam mase wsparcia a dziecko bylo wzorowe. Czesto plakalam i
      czulam sie bezsilna i ze nie podolam obowiazkom matki. Byla to moja
      wizja swiata takim jaki nie byl spowodowana burza hormonow. Na
      szczescie pomocna dlon pojawila sie szybko i wyszlam z tego raz dwa
      i teraz znow ciesze sie kazda chwila z dzieckiem. Jesli to co pisze
      przypomina Twoja sytuacje i uwazasz ze moje doswiadczenie moga ci
      pomoc napisz na maila gazetowego monikadk@gazeta.pl bo na tym forum
      nie bywam czesto a nie chciaalbym cie z tym zostawiac.
      MOnika
      • skrobkaj Re: czy da się " mnie naprawić"? 06.02.08, 16:23
        dziękuję.
        ze łzami w oczach czytam!
        dzięki waszemu wsparciu może w końcu uda się mi coś ze mną zrobić. kurcze czemu
        mam popsutą drukarę?
        jeżeli chodzi o depresję to na pewno ją mam i leków nie mogę (chciałam je od
        lekarza)bo karmię piersią jeszcze.
        staram się unikać komp bo za bardzo mnie wciąga.
        chciałabym żeby mój mąż to przeczytał i chyba dam mu to do przeczytania ale
        jeszcze nie dziś-naprawdę nie wiesz jak mi ciężko mężu Mój.
        pozdrawiam
        • skrobkaj czy da się " mnie naprawić"? 06.02.08, 18:01
          prośba do małamama- jak możesz to wyślij do mnie swoją wizytówkę, wchodząc na
          mój log bo chciałabym pryw a nie mogę się skontaktować
          pozdrawiam
          • gdzie-idziesz Re: czy da się " mnie naprawić"? 07.02.08, 10:18
            To ja - małamama. Nie wiem czy Ci wysłałam, bo nigdy tego nie
            robiłam wcześniej. Pozdrawiam
            • skrobkaj Re: czy da się " mnie naprawić"? 07.02.08, 17:35
              już się pogubiłam to chyba bożena,
              jak chcesz coś do mnie pryw, to mój e mail- groszek_dmk@o2.pl
Pełna wersja