na_forum_na
25.04.09, 21:56
mój 11 miesięczny synek ostatnio stał się prawdziwą przylepą. co 2-3
minuty podlatuje do mojej nogi i wspina sie na ręce. 'atakuje' moje
nogi również, gdy próbuję gdziekolwiek się przemieścić (w tym samym
pokoju). każdorazowe moje wyjście do innego pomieszczenia (toaleta,
kuchnia) = wiszenie na bramce i nawoływanie już prawie przez łzy.
staram się łagodzić stres synka mówiąc do niego cały czas będąc
przez chwilę w innym pomieszczeniu.
no a dziś został z dziadkami na pół dnia (u nas w mieszkaniu) i
uziemił ich kompletnie tzn. spokój był gdy mały na rączkach lub
babcia na podłodze. gdy na 3 minuty został wsadzony do kojca i
obserwowal ich tylko z daleka (wózek wnosili ze spaceru) rozpłakał
sie tak okropnie, ze zastałam dziecko łkające, zakorkowane smoczkiem.
no horror :(
i nie wiem co to i jak z tym postępować? czy to lęk separacyjny
się 'wreszcie' u nas pojawił, czy to wzmożona potrzeba czułości
(odstawiony od cyca w tym tygodniu, ale mialam poczucie, ze
przeszedł to absolutnie bezstresowo) czy też taki etap rozwoju?
i juz mnie ciarki przechodzą na myśl o tym, co będzie jak w
październiku wrócę do pracy (wtedy mały będzie miał rok i 4
miesiace). jak najłagodniej przyzwyczaić małego do tego, że czasem
muszę wyjść (na chwilę bądź na dłużej tzn. kilka godzin)?