soffia75
17.08.09, 15:26
Układ jest taki: ja, mąż, nasza 4-letnia córa oraz babcia. Wszyscy mieszkamy razem, dorośli wychowują dziecko i - jak to w życiu bywa - każdy na swój sposób. Wychodzi z tego niezły galimatias.
Babcia: ponieważ oboje z mężem pracujemy, babcia przebywa z wnuczką przez większą część dnia. Niby stara się być konsekwentna, ale mała i tak wchodzi jej na głowę, zwłaszcza, że babcia jest osobą raczej spokojną i niekonfliktową, starającą się znaleźć kompromis w każdej sytuacji (nawet tam, gdzie go być nie powinno), a do tego wrażliwą na płacz wnusi. Wnusia doskonale zdaje sobie z tego sprawę i niejednokrotnie próbuje ugrać u babci coś dla siebie.
Mąż: zapracowany weekendowy tata, który, gdy wreszcie zląduje w domu, próbuje wynagrodzić córze swoją nieobecność - przyjmuje to formę totalnej zabawy, takiej "no limits"; przy okazji wszelkie zasady idą w kąt i małej wszystko wolno (a jak nie wolno, to tatuś momentalnie staje w jej obronie). Wrażliwy na płacz dziecka jeszcze bardziej niż babcia. Dziecko doskonale zdaje sobie z tego sprawę - kiedy tata jest w domu, odstawia fochy od rana do wieczora. Gdy ktoś jej czegoś zabroni, odmówi itp., natychmiast leci do taty z rykiem, próbując zmienić niekorzystny werdykt. Tata wówczas wkracza do akcji, szukając winnego i psiocząc głośno o "jakichś dziwnych zakazach, znów kolejna bzdura...".
Ja: czyli mama, też zapracowana. Kiedy wreszcie docieram do domu, próbuję i ja wychowywać to moje dziecię, mniej więcej w myśl metody "wychowania bez porażek". Dialog (na ile jest możliwy z 4-latką), ustalanie określonych reguł i konsekwencja. Klapsów jako metody wychowawczej nie uznaję. Niestety, w 9 przypadkach na 10 wychodzę na straszliwego tyrana - konkretnie, kiedy usiłuję wyegzekwować od małej coś nie po jej myśli. Wtedy delikwentka ryczy i leci do babci lub do taty, a ja wysłuchuję, że jestem zbyt surowa i czepiam się biednego dziecka.
Reasumując, wszystko to daje niezły wychowawczy bałagan, tym bardziej, że wszelkie moje rozmowy z pozostałymi dorosłymi domownikami nie dają żadnego rezultatu. Babcia jest niezbicie przekonana o mojej przesadnej surowości (nie pamiętając, jak wiele innych babć, że sama wychowywała mnie bardzo podobnie...). Mąż, sam wychowywany bardzo liberalnie, patrzy na mnie jak na przybysza z innej planety. Zaproponowałam im lekturę paru dobrych książek o wychowaniu, na zasadzie "poczytajcie, a potem pogadamy, co o tym myślicie" - cóż... babci książki się nie podobały, mąż nawet ich do ręki nie wziął. Stoimy więc w punkcie wyjścia, każde z nas działa po swojemu, a córa rozpuszczona jest jak dziadowski bicz - przy czym zauważa nasz konflikt i umiejętnie go wykorzystuje (co rusz leci z płaczem do babci lub do taty, skarżąc nie tylko na mnie, ale i na nich oboje nawzajem, przy czym przeinacza fakty i opowiada niestworzone historie, żeby tylko ktoś ją "pożałował").
Zaznaczam, że poświęcamy małej dużo czasu i okazujemy jej, jak bardzo jest kochana. Rodzeństwa nie ma.
Doskonale wiem, że rodzice/dorośli w domu powinni "mówić jednym głosem". Tyle, że jakoś to u nas nie wychodzi.
Będę wdzięczna za podpowiedzi, zanim osiwieję. ;)