madzioreck
25.03.10, 14:59
Wiecie co, nie wiem, czy ja jestem przewrażliwiona (pewnie tak), czy skala
olewania petenta, pacjenta, interesanta w naszym kraju osiągnęła już straszne
rozmiary. Piszę tego posta, ponieważ wkurzyłam się dziś na maksa w US, ale
chciałabym też opisać kilka innych, ciekawych przeżyć, jakie zapewniło mi w
ostatnim czasie kilka instytucji. Wybaczcie kwieciste opisy, ale one w pewnym
sensie zastępują mi rzucanie mięsem, na które miewam w takich sytuacjach ochotę ;)
Wchodzę dziś do US, aby pobrać druk PIT oraz o coś tam przy okazji zapytać.
Wchodzę do pomieszczenia, nad którego drzwiami jest umieszczona informacja, że
tu wydaje się czyste i przyjmuje wypełnione druki PIT oraz udziela informacji.
Podchodzę do wolnego stanowiska, mówię z uśmiechem "dzień dobry". Uśmiecham
się niepotrzebnie, bo pan nie raczy podnieść głowy znad papierów. W sumie
"dzień dobry" też mówię niepotrzebnie, bo pan nie łapie, że taki jest zwyczaj,
i kiedy w końcu podnosi na mnie łaskawie wzrok, patrzy tak, jakbym go tym
"dzień dobry" uraziła. Usiłuję przedstawić swoja prosta sprawę:
-Chciałabym pobrać druk...- tu pan mi przerywa:
-Druki są wyłożone (gdzieś tam)
-Dobrze, i chciałabym zapytać...- pan znów nie pozwala mi dokończyć zdania:
-Informacja znajduje się (tu i tu). - mówi pan tonem jak do przygłupa.
OK, idę do informacji. Stanowisko jest puste, no ale nic to, pewnie człowiek
zaraz wróci. Wrócił, a jakże, z komórką przyklejoną do ucha, prowadząc
prywatną rozmowę. Człowiek ten zresztą to ta sama pani, która na tej czynności
spędziła ostatnie 15 minut (przynajmniej, odkąd weszłam do urzędu, w tym
czasie coś tez wypełnialiśmy z mężem) krążąc po korytarzu i olewając ludzi
oczekujących do jej stanowiska. Wróciła na chwile za biurko, ale gestem
nakazała czekać, nie przerywając rozmowy i śmichów-chichów, po czym znów
poszła na korytarz kontynuować rozmowę. Zatkało mnie, odpuściłam sobie
uzyskiwanie informacji. Uzyskał mąż, od innej osoby. Po powrocie do urzędu po
półtorej godzinie, znów zastaliśmy panią z telefonem, hihi-haha, tym razem
przed wejściem do urzędu - po co denerwować oczekujących, czego oczy nie
widzą... Biedna, zapracowana pani. A ty, człowieku, stój i grzecznie czekaj.
Styczeń, urząd pracy. Pojechałam tam dowiedzieć się, czy jest sens stać kilka
godzin w kolejce do zarejestrowania się, ponieważ zachodziły wątpliwości, czy
w ogóle mogę się zarejestrować (później się okazało, że jednak nie mogę, ale
żeby się tego dowiedzieć, musiałam jednak odstać). Idę do okienka
"Informacja". Nie zdążyłam jeszcze otworzyć ust, aby zadać moje pytanie...
-Dowód osobisty!!! - pokrzykuje zirytowana urzędniczka
Podaję dowód.
-Dzielnica zamieszkania!? - znów pokrzykuje. Zawahałam się przez sekundę,
zszokowana takim traktowaniem, a to błąd:
-No co, nie wie pani, gdzie pani mieszka!? To co, ja mam wiedzieć?! - teraz
już nie pokrzykuje, tylko prawie krzyczy.
Podaję, jąkając się z szoku nazwę dzielnicy, po czym dostaję kartę
rejestracyjną, pani już skończyła mnie obsługiwać i nie interesuje ją za
bardzo, po co przyszłam...
Powiedzcie mi, czy to tylko ja trafiam na takie osoby, czy tylko mnie zdarzają
się takie sytuacje, rodem z PRL-u (i tak dobrze, że nie witano mnie gromkim
"czego?!")? I jak na takie coś reagować?
Nie, żebym tak trafiała za każdym razem, zwykle nie, ale jestem zszokowana, że
takie rzeczy w ogóle maja miejsce... No po prostu ręce opadają.