Alergia na urzędy, ZOZ i inne instytucje państwowe

25.03.10, 14:59
Wiecie co, nie wiem, czy ja jestem przewrażliwiona (pewnie tak), czy skala
olewania petenta, pacjenta, interesanta w naszym kraju osiągnęła już straszne
rozmiary. Piszę tego posta, ponieważ wkurzyłam się dziś na maksa w US, ale
chciałabym też opisać kilka innych, ciekawych przeżyć, jakie zapewniło mi w
ostatnim czasie kilka instytucji. Wybaczcie kwieciste opisy, ale one w pewnym
sensie zastępują mi rzucanie mięsem, na które miewam w takich sytuacjach ochotę ;)
Wchodzę dziś do US, aby pobrać druk PIT oraz o coś tam przy okazji zapytać.
Wchodzę do pomieszczenia, nad którego drzwiami jest umieszczona informacja, że
tu wydaje się czyste i przyjmuje wypełnione druki PIT oraz udziela informacji.
Podchodzę do wolnego stanowiska, mówię z uśmiechem "dzień dobry". Uśmiecham
się niepotrzebnie, bo pan nie raczy podnieść głowy znad papierów. W sumie
"dzień dobry" też mówię niepotrzebnie, bo pan nie łapie, że taki jest zwyczaj,
i kiedy w końcu podnosi na mnie łaskawie wzrok, patrzy tak, jakbym go tym
"dzień dobry" uraziła. Usiłuję przedstawić swoja prosta sprawę:
-Chciałabym pobrać druk...- tu pan mi przerywa:
-Druki są wyłożone (gdzieś tam)
-Dobrze, i chciałabym zapytać...- pan znów nie pozwala mi dokończyć zdania:
-Informacja znajduje się (tu i tu). - mówi pan tonem jak do przygłupa.

OK, idę do informacji. Stanowisko jest puste, no ale nic to, pewnie człowiek
zaraz wróci. Wrócił, a jakże, z komórką przyklejoną do ucha, prowadząc
prywatną rozmowę. Człowiek ten zresztą to ta sama pani, która na tej czynności
spędziła ostatnie 15 minut (przynajmniej, odkąd weszłam do urzędu, w tym
czasie coś tez wypełnialiśmy z mężem) krążąc po korytarzu i olewając ludzi
oczekujących do jej stanowiska. Wróciła na chwile za biurko, ale gestem
nakazała czekać, nie przerywając rozmowy i śmichów-chichów, po czym znów
poszła na korytarz kontynuować rozmowę. Zatkało mnie, odpuściłam sobie
uzyskiwanie informacji. Uzyskał mąż, od innej osoby. Po powrocie do urzędu po
półtorej godzinie, znów zastaliśmy panią z telefonem, hihi-haha, tym razem
przed wejściem do urzędu - po co denerwować oczekujących, czego oczy nie
widzą... Biedna, zapracowana pani. A ty, człowieku, stój i grzecznie czekaj.

Styczeń, urząd pracy. Pojechałam tam dowiedzieć się, czy jest sens stać kilka
godzin w kolejce do zarejestrowania się, ponieważ zachodziły wątpliwości, czy
w ogóle mogę się zarejestrować (później się okazało, że jednak nie mogę, ale
żeby się tego dowiedzieć, musiałam jednak odstać). Idę do okienka
"Informacja". Nie zdążyłam jeszcze otworzyć ust, aby zadać moje pytanie...
-Dowód osobisty!!! - pokrzykuje zirytowana urzędniczka
Podaję dowód.
-Dzielnica zamieszkania!? - znów pokrzykuje. Zawahałam się przez sekundę,
zszokowana takim traktowaniem, a to błąd:
-No co, nie wie pani, gdzie pani mieszka!? To co, ja mam wiedzieć?! - teraz
już nie pokrzykuje, tylko prawie krzyczy.
Podaję, jąkając się z szoku nazwę dzielnicy, po czym dostaję kartę
rejestracyjną, pani już skończyła mnie obsługiwać i nie interesuje ją za
bardzo, po co przyszłam...

Powiedzcie mi, czy to tylko ja trafiam na takie osoby, czy tylko mnie zdarzają
się takie sytuacje, rodem z PRL-u (i tak dobrze, że nie witano mnie gromkim
"czego?!")? I jak na takie coś reagować?
Nie, żebym tak trafiała za każdym razem, zwykle nie, ale jestem zszokowana, że
takie rzeczy w ogóle maja miejsce... No po prostu ręce opadają.
    • bebe.lapin Re: Alergia na urzędy, ZOZ i inne instytucje pańs 25.03.10, 15:15
      nie, nie tylko Ty tak masz. czasem chcialabym, aby byl ze mna podczas takich
      wizyt towarzsz Mauser. Albo chociaz Maurer... ;)

      Choc gwoli sprawiedliwosci przyznam, ze raz czy dwa w zyciu potraktowano mnie w
      US jak czlowieka i w dodatku uprzejmie bardzo.
    • szarsz Re: Alergia na urzędy, ZOZ i inne instytucje pańs 25.03.10, 15:26
      W Urzędzie Skarbowym pewnie interweniowałabym u kierownika :)

      Ale nie, raczej mi się nie zdarza. Do US nie chodzę, wysyłam
      elektronicznie wypełnione formularze pocztą. Raz byłam na kontroli,
      przyjęto mnie natychmiast i obsłużono w pół godziny (to znaczy po
      pół godzinie miałam protokól pokontrolny w łapce).

      W Urzędzie Miejskim za prawem jazdy się nastałam okropnie. Ale tam
      też wystarczyła interwencja u kierownika, żeby dwie panie z okienek
      dla wymieniających numery rejestracyjne (15, z czego 12 pustych)
      przesunąć na przyjmowanie wniosków o prawo jazdy (3, jedno
      obsadzone, kolejka 30 osób).

      W przychodni państwowej pani w rejestracji pracuje od siódmej. W
      poniedziałki (rejestrują na cały tydzień) pani jest w pracy o 6:40 i
      rejestruje z prędkością 3 osób na minutę...

      Wniosek o paszport składałam u mojej koleżanki z liceum, więc nie
      miało prawa być źle :) Moje dziecko z kolei miało osobną kolejkę do
      paszportu i jak się zebrała ze trójka maluchów to wyszła jeszcze
      inna pani i pobierała wnioski przy stoliku w poczekalni - pewnie
      mieli doświadczenie, co kilkoro dzieci może zrobić z poczekalnią,
      hehe...

      A już w mniejszym mieście (Oleśnica) z załatwianiem formalności -
      cud miód. Kupiliśmy tam działkę i formalności było przy tym mnóstwo.
      Starostwo powiatowe naprawdę działa jak w innym świecie - mapki
      wydają od ręki, zaświadczenia itp., panu chciało się z własnej
      inicjatywy zadzwonić do nadleśnictwa i wyjaśniać sprawę z
      nieponumerowaną działką, w Urzędzie Gminy pani poradziła nam, jak
      najlepiej złożyć wniosek o zmianę WZ, dzwoniła z informacjami, na
      jakim etapie jest nasza sprawa (tylko urbanistów nie cierpię,
      urbaniści to zuo). Pani notariusz wzięła 1/3 maksymalnej stawki, bo
      sprzedający byli u niej z drugą transakcją i zapowiadali się z
      trzecią... A na koniec na rynku, za dwie kawy, dwa ciastka i lody
      zapłaciliśmy 20 złotych :D
      • agn44 Re: Alergia na urzędy, ZOZ i inne instytucje pańs 28.03.10, 17:52
        szarsz napisała:
        > A już w mniejszym mieście (Oleśnica) z załatwianiem formalności -
        > cud miód.

        Nie wydaje mi się, że to ma aż takie znaczenie. Mieszkam w niewielkiej
        miejscowości (co prawda jest to miasto powiatowe, ale ma niecałe 50 000
        mieszkańców) i tutaj w zależności od urzędu jest różnie - w jednym są mili w
        innym już nie, to samo tyczy się prędkości załatwiania spraw.
        Wydaje mi się, że dużo zależy od przełożonych. Jeśli dyrektor trzyma w miarę
        krótko swoich podwładnych, to nie pozwalają sobie np na przeciągające się
        prywatne rozmowy telefoniczne i niemiłe traktowanie petentów.
    • aadrianka Re: Alergia na urzędy, ZOZ i inne instytucje pańs 25.03.10, 15:35
      Chyba nigdy nie zdarzył mi się nieuprzejmy urzędnik/urzędniczka, w
      dowolnej instytucji. Tyle że ja w urzędach przyjmuję pozę ufnej
      Sierotki Marysi, której ten miły pan/ ta miła pani w okienku z
      pewnością pomoże. Działa bez pudła:)
      • yaga7 Re: Alergia na urzędy, ZOZ i inne instytucje pańs 25.03.10, 16:02
        Oo, ja też potwierdzam, że to dobre podejście.
        Nie ma to jak zrobić z siebie debila, żeby pani urzędniczka poczuła się
        doceniona, lepsza i bardziej chętna do pomocy ;)
    • miss.et Re: Alergia na urzędy, ZOZ i inne instytucje pańs 25.03.10, 18:50
      Nie, nie tylko Tobie :) ja aż takich przepraw nie miałam, ale pierwsza wizyta w
      UP na długo pozostanie w mej pamięci. Po odstaniu swojego w kolejce do
      rejestracji najpierw się dowiedziałam, że nie mogę, bo mi jakiegoś papierka
      brakuje. Wróciłam z papierkiem przed oblicze pani urzędniczki i znalazłam się w
      gronie oficjalnie bezrobotnych. Ale najpierw musiałam podpisać oświadczenie, że
      nie jestem rolnikiem. I że moi rodzice nie są rolnikami. Bo skoro jest się
      zameldowanym na wsi, to z założenia jest się rolnikiem i trzeba udowodnić, że
      się nim nie jest ;D ale to raczej urzędowy absurd a nie olewanie ludzi.
      Na opryskliwe biurwy kumpela ma niezawodną metodę, testowaną wielokrotnie. Po
      takiej, dajmy na to, próbie uzyskania informacji mówi się takiej sztuce: Bardzo
      mi pan(i) pomógł(pomogła), bardzo pan(i) miły(miła), uprzejmie dziękuję i życzę
      miłego dnia. I to wszystko okraszone najpromienniejszym i najbardziej lukrowym
      uśmiechem na jaki nas stać ;))) Delikwent zwykle przeżywa wtedy ciężki wstrząs,
      prawie widać jak mu się świat wali ;))
      • schaetzchen Re: Alergia na urzędy, ZOZ i inne instytucje pańs 25.03.10, 20:14
        Ja raz miałam bardzo nieprzyjemna rozmowę w ZUSie - kiedy chciałam się o cos dowiedzieć. Nadęta panienka, która jak się okazało i tak mi nie pomogła (nie wiem czy z wredności czy z niewiedzy). Natomiast kiedy jadę do ZUSu składac papiery - zawsze trafiam na przemiłą panią, uśmiechniętą, mówiącą "dzień dobry", kiedy raz pomyliłam się w papierach - pokazała mi to i powiedziała jak poprawić.
        Podobnie miłe wrażenia mam z US - pojechałam kiedyś zapytać się czy moje składki zdrowotne które wpłacam ZUSowi mogę odliczyć od podatku - pani była miła i kompetentna, a gdybym miała papiery ze sobą, to policzyła by mi sama te słupki :)
        W urzędzie paszportowym trochę się nadenerwowałam, ale nie na durnowatość czy złośliwość urzędniczek - to było świeżo po wprowadzeniu nowych wzorów paszportów i chyba po skomputeryzowaniu urzędu - panie były nieco przestraszone i chyba jeszcze niezbyt pewnie się po komputerze poruszały. Ale starały się :)
        Najgorsze wspomnienia mam z ambasady kanadyjskiej, kiedy to lata temu (ale już za III RP) starałam się o wizę - pracująca tam urzędniczka - Polka - potraktowała mnie z miejsca jak oszustkę, próbującą dostać się "na lewo" do tego raju na ziemi jakim jest Kanada. Postanowiłam wtedy że to moja ostatnia wizyta w tym przybytku. No i słusznie - znieśli wizy do Kanady :)
        Miło natomiast było w ambasadzie USA (i to po 11.IX) - a więc... nie ma reguły :)
    • besame.mucho Re: Alergia na urzędy, ZOZ i inne instytucje pańs 26.03.10, 12:35
      Swojego czasu miałam kupę biegania po różnych urzędach i wyrobiłam
      sobie kilka niezawodnych zagrań ;). Chwilę się przyglądamy, oceniamy
      która metoda na pana urzędnika/panią urzędniczkę najlepsza i w
      zależności od tego przybieramy pozę:
      A/ Sierotki. Och, ja się na niczym nie znam, a pan/pani są tacy
      mądrzy i mi na pewno pomogą i wytłumczą
      B/ Klienta upierdliwego. Dobrze, fajnie że państwo mi to załatwią
      ale kiedy? Jak? Aha, będzie pan do kogoś dzwonił. Dobrze, to ja
      zaczekam aż pan zadzwoni. Ach, będzie pan dzwonił jutro? Dobrze, to
      proszę mi podać pana numer, będę dzwoniła żeby się dowiedzieć czy
      już załatwione. Ach i proszę mi podać swoje nazwisko, żebym
      wiedziała na kogo się powoływać kiedy się okaże że jednak trzeba coś
      zrobić inaczej. I najlepiej nie odpuszczać dopóki wszystko nie
      będzie zalatwione w naszej obecności, inaczej wszystkie prośby łatwo
      zostają zapomniane po zamknięciu drzwi.
      C/ Klienta agresywno-zdecydowanego. Czyli ja nie mam obowiązku tego
      wiedzieć, to pana/pani obowiązek mi pomóc. (Moje ostatnie odkrycie -
      zawsze byłam pewna, że taka postawa może tylko pogorszyć sprawę, ale
      ostatnio nie wytrzymałam i wybuchłam w ten sposób przy młodej bardzo
      niesympatycznej pani, która wolała zająć się komórką i internetem a
      nie moją sprawą i - o dziwo - poskutkowało).
      D/ Klienta pochlebczego. Niezawodny tekst - "Och, nie wierzę, kto
      jak kto, ale pan NA PEWNO jest w stanie to załatwić!". "Jak ja tam
      pójdę to pewnie mi tego nie zrobią, ale pana Z PEWNOŚCIĄ
      posłuchają". Działa głównie na panów, którzy od razu chcą udowodnić,
      że rzeczywiście są wszechmogący ;).

      Niestety w niektórych miejscach dosyć rzadko się zdarza, że można
      być po prostu normalnym sympatycznym klientem, bo pan/pani w okienku
      też są mili i chcą pomóc.
    • anulla1974 Re: Alergia na urzędy, ZOZ i inne instytucje pańs 26.03.10, 13:02
      Nie, nie tylko Tobie się to zdarza. Jak mam iść cos załatwiać w
      urzędach to od razu czuję się gorzej. Szczególnie źle wspominam
      warszawski UP i mazowiecki NFZ. Pomijam już zaginiony akt ślubu.
    • fanka_tomcia Re: Alergia na urzędy, ZOZ i inne instytucje pańs 26.03.10, 19:50
      nie jest aż tak źle ;)
      dla mnie najgorsze są upierdliwe formalności, takie jak potwierdzanie co miesiąc
      dowodu ubezpieczenia w Urzędzie Pracy. A jeszcze przychodnia sobie wprowadziła,
      że należy zaktualizować ważność ubezpieczenia, w styczniu nikt mnie o tym nie
      poinformował kiedy się rejestrowałam i przy następnej wizycie nagle zaskoczenie
      - nie ma karty w gabinecie, trzeba stać w kolejce i potwierdzić ubezpieczenie,
      aby dostać kartę... Z tym, że ważne jest oczywiście miesiąc, więc trzeba będzie
      się co miesiąc wybierać do przychodni i wystać w kolejce swoje, aby potwierdzić
      ubezpieczenie, bo inaczej nie zaniosą karty do gabinetu. (a ja w tej przychodni
      najczęściej odwiedzam gina u którego już wcześniej zawsze były problemy z
      kartami, nie jest fajne łażenie do rejestracji po "zaginioną" kartę, oczekiwanie
      na wizytę przez te akcje sporo się wydłuża).
      Już większy problem z ludźmi w kolejkach, bo jak ja z polecenia lekarza zgłaszam
      się po kartę poza kolejką albo chcę tylko o coś zapytać kobiety w rejestracji
      (np. czy jest konieczność czekania pół godziny w kolejce w danej sprawie ;) ),
      to od razu ludzie lecą "z pyskiem", a najczęściej to starsi :/

      W UP też często wchodzę poza kolejką, bo ja tylko do podbicia ubezpieczenia, co
      zajmuje 2 minuty, a musiałabym czekać np. godzinę aż zarejestrują wszystkich.
      Oczywiście wejście do sali aby zapytać kierowniczki, czy można bez kolejki,
      łączy się często z warczeniem oczekującym. I najczęściej właśnie kierowniczka mi
      podbija ;) A co, mam być "święta" i czekać grzecznie kilkadziesiąt minut, żeby
      załatwić swoją 2-minutową sprawę? ;) (w przypadku kolejki "mieszanej" to co
      innego, ale jak większość jest do rejestracji to sorry)

      W każdym razie z UP mam niezłe doświadczenia, mogliby uprościć procedury :P (po
      co potwierdzenie ubezpieczenia co miesiąc, jak jestem ubezpieczona non stop...)
      tak samo w przychodniach.

      W US byłam raz i było ok, na początku weszłam do złego pokoju, ale miłe panie
      powiedziały, gdzie mam pójść ;)
      Ogólnie w tego typu miejscach jestem traktowana miło ;) (wygląd "sierotki"?
      głosik dziecka?) Jeśli były takie sytuacje, to w tym momencie nie pamiętam,
      widać nie było jakiejś szczególnej traumy ;)) Gorsze doświadczenia mam ze
      sklepami :PP
    • ida14 Re: Alergia na urzędy, ZOZ i inne instytucje pańs 26.03.10, 23:23
      Ja to mam jakis automat taki, ze jak mam cos zalatwic to sie robie głupsza niz
      koło od siewnika. Odruchowo otwieram szerzej oczka, usta mi ida w dzióbek lekko
      usmiechniety i wygladam jakbym sie zgubila :) i nigdy nie planowalam tego, samo
      wychodzi. No i dziękuję radosnie, za każda informacje jakby stanowiła dla mnie
      sens zycia :)
    • kaga9 Re: Alergia na urzędy, ZOZ i inne instytucje pańs 29.03.10, 15:06
      W urzędach bywam -jak dotąd -rzadko, skarbówkę odwiedza mąż. Jeśli już muszę się
      gdzieś zjawić, to chyba mam szczęście do urzędników, natomiast do szału
      doprowadzają mnie kolejki i niemożność załatwienia całej sprawy w jednym
      miejscu. No, chyba że mowa o kolejce w przychodni, ale tu bywamy wszyscy, a
      przynajmniej większość z nas i dobrze wiemy, czym pachnie status "zwykłego"
      pacjenta (7 stycznia, chcąc dostać się do specjalisty, w przyszpitalnej
      przychodni usłyszałam, że niedługo będą przyjmować zapisy na II półrocze- a
      wiem, ze to nie jest skrajny przypadek).

      W ramach alergii na instytucje- ale to już nie wina urzędników- irytują mnie
      złodziejskie przepisy. Tak się złożyło, że moi dziadkowie mieli błędy w
      dokumentach- babcia zmienioną literę w panieńskim nazwisku, a dziadka odmłodzili
      o dzień. Prostując te dane, wydaliśmy w swoim czasie kwotę może nie kosmiczną,
      ale taką, która mogłaby z powodzeniem zostać przeznaczona na przyjemności- a
      przecież zawinił urzędnik PAŃSTWOWY!
      • agn44 Re: Alergia na urzędy, ZOZ i inne instytucje pańs 29.03.10, 16:07
        kaga9 napisała:
        > W ramach alergii na instytucje- ale to już nie wina urzędników- irytują mnie
        > złodziejskie przepisy. Tak się złożyło, że moi dziadkowie mieli błędy w
        > dokumentach- babcia zmienioną literę w panieńskim nazwisku, a dziadka odmłodzil
        > i
        > o dzień. Prostując te dane, wydaliśmy w swoim czasie kwotę może nie kosmiczną,
        > ale taką, która mogłaby z powodzeniem zostać przeznaczona na przyjemności- a
        > przecież zawinił urzędnik PAŃSTWOWY!

        Ostatnio słyszałam, że mają wprowadzić kary dla urzędników, za ich błędy. Może
        się coś zmieni i następnym razem to pani w okienku zapłaci za swoją pomyłkę a
        nie dziadkowie.
        • kasia_grubasia Re: Alergia na urzędy, ZOZ i inne instytucje pańs 26.05.10, 20:05
          Ach kary za błędy, w końcu. Mój TŻ trzy razy chodził do sądu po odpis z ksiąg,
          za każdym razem miał błąd w nazwisku. Za pierwszym razem nie zauważył błędu na
          pierwszej stronie kilkudziesięciostronicowego odpisu. No dobra, pomyślał,
          zdarzyło się, wrócił poprawić. Pani oczywiście, że to jego obowiązek sprawdzić,
          i że ma zapłacić drugi raz. No to się zjeżył i odmówił płacenia. Pani robiąc
          straszną łaskę poprawiła błąd. W domu przeczytał cały odpis i znalazł jeszcze z
          10 błędów w swoim nazwisku. W sądzie pani wyjechała z tekstem: "nie wie pan jak
          się pan nazywa?!" i oczywiście znowu że ma płacić. Na szczęście chłop mój nie
          jest w ciemię bity i tym razem to on zrobił awanturę, że chyba ona nie powinna
          tu pracować jak robi takie błędy i że chce rozmawiać z kierownikiem. I żeby nie
          było - za każdym razem odstał godzinę w kolejce, wypełnił DRUKOWANYMI literami
          wniosek, m.in. pole z nazwiskiem, a na odpis bez błędów czekał kilka miesięcy,
          podczas których bank pobierał złodziejskie opłaty za brak owego odpisu :(
    • jul-kaa Re: Alergia na urzędy, ZOZ i inne instytucje pańs 26.05.10, 16:10
      Wygrzebuję wątek, bo byłam dziś w MOPSie (becikowe) i było przemiło, przeuroczo,
      ah! Pani mnie nawet PRZEPROSIŁA, że nie wiedziałam, że muszę mieć xero dowodu
      męża :) Aż się cieszę, że jutro idę tam znowu :)
      • thorrey Re: Alergia na urzędy, ZOZ i inne instytucje pańs 26.05.10, 16:52
        jul-kaa napisała:

        > Wygrzebuję wątek, bo byłam dziś w MOPSie (becikowe) i było
        > przemiło, przeuroczo, ah! Pani mnie nawet PRZEPROSIŁA, że nie
        > wiedziałam, że muszę mieć xero dowodu
        > męża :) Aż się cieszę, że jutro idę tam znowu :)

        Pewnie szkolenie mieli ;) Że urzędnik musi być uprzejmy i
        kompententny :))). I cieszę się że Ty się cieszysz :)))
        • nomina A w ZUSie... 26.05.10, 19:20
          A w ZUS-ie panie nie tylko są miłe, ale ta na linii pierwszego kontaktu mówi do mnie "kochanie" (kochanie, spokojnie, proszę złożyć wniosek i niczym się nie przejmować itd.). Jakaś nowa strategia wykańczania obywateli :O!
          • beniutka_bo zwie się 26.05.10, 19:44
            "zagłaskać petenta na śmierć"
            • thorrey Re: zwie się 26.05.10, 19:50
              beniutka_bo napisała:

              > "zagłaskać petenta na śmierć"
              No własnie, popatrzcie, z tego co jul-kaa pisze, to ją w tym MOPSIe
              tak naprawdę to chyba "spławili" (skoro musi przyjść jeszcze raz)
              a ona się jeszcze cieszy ;)
        • jul-kaa Re: Alergia na urzędy, ZOZ i inne instytucje pańs 26.05.10, 21:57
          thorrey napisała:

          > Pewnie szkolenie mieli ;) Że urzędnik musi być uprzejmy i
          > kompententny :))). I cieszę się że Ty się cieszysz :)))

          Przyznam, że takiego szczerego uśmiechu, jaki miały obie panie mopistki
          (mopsistki??) to się chyba udawać nie da :)
    • maith Re: Alergia na urzędy, ZOZ i inne instytucje pańs 26.05.10, 21:19
      Podobno ludzie wracający z zagranicy potrzebują czasem pomocy
      psychologa, żeby się przestawić.
      Nie mam pojęcia, skąd się bierze ten prymitywizm.
      Wiem, że nie dotyczy wszystkich urzędów.
      Wyjątkiem są najczęściej urzędy z jakichś przyczyn nowe.

      Ale skoro opisałaś to tutaj, to przekopiuj to, dodaj adresy urzędów i
      wyślij do jakiejś Uwagi. Dziennikarze zwykle nie lubią się
      przepracowywać. A tam z tego co mówisz, uzyskają satysfakcjonujące
      ich nagrania bez większego wysiłku.
    • 100krotna Re: Alergia na urzędy, ZOZ i inne instytucje pańs 26.05.10, 21:48
      Ze dwa tygodnie temu uszkodziłam sobie rogówkę w oku, przy pracach budowlano-wykończeniowych, układałam kostkę granitową z tatą ;);) Nie wiem co dokładnie zrobiłam,poszłam spać normalnie, bez żadnych objawów, rano oko mnie lekko piekło, karuzela zaczęła się od momentu wyjścia na słońce.
      W skrócie:
      Oko jaskrawoczerwone, paskudnie bolące, bez możliwości otwarcia powieki. Łzy lecące ciurkiem, i od łez spuchnięte pół twarzy, że o takiej drobnostce jak całkiem zatkany nos nie warto wspominać. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, co się dzieje, chociaż wydawało mi się, że może mieć to związek z pracą przy granicie i cemencie dzień wcześniej. Nieco chyba tez panikowałam, czemu chyba nie ma się co dziwić...

      Siostra mnie eskortowała półślepą (na drugie oko widzę słabo, nawet w okularach, wreszcie uwierzyłam okulistce, że na może na nie niedowidzę, wcześniej nie przyjmowałam do wiadomości), do tego otwarcie zdrowego oka wiązało się z pierońskim kłuciem w tym uszkodzonym (nie wiem czemu, ale tak było).
      Usiłowałam się dostać do okulisty w Krakowie, w trybie awaryjnym.

      Byłam w czterech przychodniach - w żadnej nie ma możliwości dostać się od ręki w trybie awaryjnym, panie mogą mnie zarejestrować, najbliższy termin za miesiąc - bardzo fajnie, tyle, że mnie boli teraz, zaraz zacznę jęczeć albo sobie wydłubię oczko. Nic nie poradzą, może nawet lepiej, jak wydłubię to przynajmniej pogotowie mnie odwiezie...
      Ale! Proszę iść na ul.Kopernika, tam jest klinika okulistyczna, na pewno panią przyjmą, opatrzą, pomogą.
      Poszłam. Do okulisty w klinice można się dostać na termin jedynie ze skierowaniem od okulisty w przychodni. I nic nikogo nie obchodzi, że mnie nie przyjmą w przychodni, bo ludzie, bo cięcia, bo terminy... Nie ukrywam, zaczęłam robić niewielką awanturę, acz chyba nieco żałosną, bo to był już mój czwarty przystanek i miałam fizycznie dosyć - a przez zatkany nos i opuchniętą twarz mówienie też mi nie szło najlepiej.

      Wybrałam się do jeszcze jednej przychodni. Kto mieszka w Krakowie, ten wie, ze z Kopernika na długą jest niedaleko, trzy przystanki - ale wie też, że dwa tygodnie cała Długa i skrzyżowanie z Basztową było nieprzejezdne i całkowicie rozkopane, stąd o tramwaju mogłam pomarzyć - dobrze, że nie wybrałam się w ten dzień w szpilkach, tylko w płaskich bucikach, bo siostra musiałaby chyba zdobyć taczki lub transportować mnie 'na barana'.
      Dostałyśmy się wreszcie do przychodni. W rejestracji pani powiedziała, że lekarz jest! wolny! Pani zaraz pójdzie zapytać, czy mnie ten lekarz przyjmie!
      Nie przyjął. Dokładniej, to nie przyjęła, bo skończyła już pracę i wykańczała kawę. Albo herbatę.
      I rzeczywiście za jakieś 20 minut wyszła. Wiem, bo siedziałam na korytarzu i trzymałam się za głowę i oko, bo po jaskrawym słońcu miałam dosyć.
      Pani lekarz akurat wyszła, zdziwiła się, po czym usprawiedliwiła (zdaje się plułam jadem (i łzawymi smarkami) na odległość i unosił się nade mną opar wściekłej cholery)
      "Wie pani, ja już dzisiaj wychodzę, mam swoje sprawy" (było około 12 w południe)

      W końcu dostałam się na dyżur okulistyczny. Zaczynał się o 18-tej, byłam w przychodni ok 17:10, do gabinetu weszłam 20:30 - ale to już drobiazg! Lekarka wkropiła krople, znieczulacz, zaświeciła, oglądnęła, stwierdziła uszkodzenie rogówki, wypisała receptę i kazała przyjść do kontroli za dwa dni - wizyta trwała jakieś 5-10 minut. (przy czym stwierdziła, że ją okłamuję, jak to mnie w nocy nie bolało, czemu nie byłam już rano u okulisty, proszę się nie ruszać, przecież to panią nie boli! - tu mi wetknęła coś w oko i poruszała, ale niegrzeczne zachowanie już miałam wtedy gdzieś, uszczęśliwiona, że się w ogóle dostałam)
      Do okulisty próbowałam się dostać od 9 rano. Misję zakończyłam sukcesem o 20:50 mniej więcej.
      Za dwa dni też byłam w kilku przychodniach, z odpowiedzią odmowną, ale już mnie na szczęście nie bolało, w okularach przeciwsłonecznych mogłam spacerować spokojnie. Trzeciego dnia dostałam się do przemiłej pani okulistki w przychodni na ul.Rusznikarskiej - w której do okulisty rejestrują rano (od 8 chyba) na dany dzień. Tylko trzeba przyjść wcześniej, co by sobie miejsce w ogonku zająć.

      (Dyżur okulistyczny w Krakowie: ul.Widok 31, na Dąbiu, w dni powszednie od 18:00, w soboty chyba jakoś wcześniej - gdyby ktoś kiedyś nieszczęśliwie potrzebował. Podobno jest też taki sam gdzieś na ul.Fiołkowej (to już Ugorek))
      • thorrey Re: Alergia na urzędy, ZOZ i inne instytucje pańs 26.05.10, 22:33
        100krotna - O rany. Jak czytam o Twojej gehennie, to przypomina mi
        się jak sama 0 lat temu przeciełam sobie w pracy rogówkę kartką
        papieru A4. Oczywiście, do przychodnie panstwowej nie dostałam się,
        a jakże. Poszłam do okulistki-żony dalekiego znajomwego. Inaczej bym
        chyba umarła z bólu.

        I jeszcze coś o lekarzach - też mniej więcej 10 lat temu poszłam
        sobie ostatni raz do ZOZ owego ginekologa. Na moją nieśmiałą prośbę,
        żeby mi może cytologię zrobił, to mnie zrugał jak szczeniarę, że on
        ma 35 zł rocznie na pacjentke i nie będzie marnował tych pieniędzy
        na moją cytologię.

        Ironia losu jest taka, że parę tygodni temu dostałam - z tego samego
        ośrodka zdrowia! - piękny list zapraszający mnie na bezpłatne
        badania cytologiczne. Chyba się wybiorę i wypytam się, co się
        takiego stało, że nagle chcą marnować pieniądze na moją cytologię,
        bo ten lekarz jeszcze cały czas tam przyjmuje....
        • 100krotna Re: Alergia na urzędy, ZOZ i inne instytucje pańs 26.05.10, 23:23
          Thorrey, aż mnie ciarki przeszły jak przeczytałam o tym przecięciu kartką. Już
          na myśl o przecięciu palca papierem mam delikatny 'wzdryg', ale jak przeczytałam
          o oku to dostałam gęsiej skórki i zjeżyła mi się na chwilę szczecinka na całym
          ciele. Brrr...
          Ja momentu, kiedy mi coś wpadło, czy zatarcia nie poczułam, dopiero później
          się zaczęło. Na szczęście już wszystko ok - no i teraz wiem, gdzie się udać,
          trochę mądrości na przyszłość.

          Co do lekarza - jeśli uznasz, że warto iść i zapytać - zdaj później relację ;)

          Kurcze, muszę się przejść po urzędach i przychodniach, nauczyć się tego
          zgryźliwego tonu - wtedy każdy upie*dliwiec będzie wiedział, że trafił swój na
          swego i że ze mną mu tak łatwo nie pójdzie...
          • beniutka_bo zapalenie krtani 26.05.10, 23:40
            No wspomnień czar normalnie...
            W Wawie jestem na gościnnych występach, nawet nie zapisałam sie tu do
            lekarza-nigdy nie potrzebowałam.
            Tak ok 2lata temu w styczniu dopadło mnie zapalenie krtani z wszystkimi
            kwiatkami temu towarzyszącymi- niknący głos,lekkie podduszanie, gorączka, no
            miodzio. Poszłam do przychodni przy akademiku, żeby dostać się do lekarza,a tam
            pani w rejestracji zapytała grzecznie "czego" no to ja męczę sie,chrypię
            najgłośniej,jak tylko mogę,a ona na koniec: proszę głośniej,nie słyszę. No to ja
            znów.Przyszła inna,słysząca lepiej,powiedziała,że nie ma miejsc. No to poszłam
            do innej przychodni. Iść do lekarki zapytać,czy przyjmie,bo nie ma numerków.
            NIE,przyjść po 22 na nocny dyżur. No to wracając przechodziłam koło
            pogotowia,zaszłam spanikowana,bo juz mnie podduszało (tak,nie ma to jak
            porywisty wiatr przy ujemnej temperaturze). I tu hicior wszech czasów: nie mogę
            przyjąć,proszę poczekać do wieczora,aż zacznie się pani bardziej dusić i niech
            ktoś pani po pogotowie zadzwoni. Musiałam mieć wymowną minę:]
            No dobra,ostry dyżur laryngologiczny na Banacha. koleżanka zadzwoniła,czy na
            pewno przyjmą,jak pojadę. Przyjmą,ale nie wiedzą,kiedy. No to byłam tam o 14.30.
            Weszłam o 20 i usłyszałam:oooo,gardziołko się pali, damy antybiotyk,lek
            zmniejszający obrzęk krtani i coś osłonowego.Zwolnienie?A po co? dlaczego pani
            nie poszła na pierwszy kontakt? Aż z radości głos mi na trochę wrócił. Po całym
            dniu uradowana kupiłam leki i do akademca. Następnego dnia kolos (3+). Uhhh
            Koniec końców: 10godzin szukania w Warszawie.
            A teraz zmądrzałam i jak coś, to mam zorganizowane tak: antybiotyk na
            stanie(gardłowe sprawy mam dość często),a jak jeszcze inna bajka:na
            busa(ok30min)busem do domku(2,5godz, ew pociąg 2 godz), w międzyczasie
            rejestracja telefoniczna. I po max 4godzinach od wyruszenia jestem u lekarza bez
            szarpaniny.
            • izas55 Re: zapalenie krtani - antybiotyki 27.05.10, 09:12
              > A teraz zmądrzałam i jak coś, to mam zorganizowane tak: antybiotyk na
              > stanie(gardłowe sprawy mam dość często)

              Beniutko i Dziewczyny, nie poczujcie się urażone tym co napiszę ale muszę na to zareagować. Tak jak lobbuję wśród koleżanek w pracy o stanikach, tak może u was polobbuję trochę na temat racjonalnego używania antybiotyków.

              Ja wiem, sama mam ciężką alergię na lekarzy (nie na wszystkich oczywiście, ale na wielu takich jak np. opisani w twoim poście). Ale bardzo was proszę nie bierzcie antybiotyków bez wizyty u lekarza. Co więcej, jeżeli jesteście np. przeziębione lub drapie was w gardle, weźcie zwolnienie a nie antybiotyk.
              W 90% jest to infekcja wirusowa a ANTYBIOTYKI NIE POMAGAJĄ NA INFEKCJE WIRUSOWE (przepraszam, za ten wrzask, ale ze względów zawodowych mną rzuca jak słyszę o czymś takim). Nie proście również o antybiotyki jeżeli lekarz tego nie proponuje, i odmawiajcie jak chce go wam przepisać "osłonowo". A po drugie, dobór antybiotyku zależy od bakterii która was dopadła. W wielu przypadkach (głównie ze względu na bezsensowne nadużywanie źle dobranych antybiotyków) przepisywane antybiotyki w ogóle nie są skuteczne!

              Zajrzyjcie proszę www.antybiotyki.edu.pl/galeria_antybiotyki.php
              Dowiecie się więcej o akcji informacyjnej dotyczącej racjonalnego użycia antybiotyków

              Beniutko, jeżeli trafi ci się "gardłowa sprawa", a będziesz w Warszawie odezwij się do mnie to sprawdzę co ci w tym gardle siedzi.
              • beniutka_bo Re: zapalenie krtani - antybiotyki 27.05.10, 09:50
                gronkowiec mi siedział;/
                Przeleczył się mój facet,ale ja nie brałam leków w tym samym czasie,co on,a
                mieliśmy kontakt podczas jego antybiotykoterapii,więc złapałam. Spoko,żebym ja
                wzięła antybiotyk,to musi być na serio ciężki kaliber (jestem i tak już na
                "antykach" więc unikam innych)
    • paskudek1 Re: Alergia na urzędy, ZOZ i inne instytucje pańs 27.05.10, 10:46
      współczuję serdecznie, jednak nie naucozno nas jak egzekwować od urzędników ywkonywania ich obowiązków. BO należało ta panią rozmowną pouczyć zimnym głosem gdzie jest albo zawołać kieronika a nawet naczelnika urzędu i grzecznie zapytać co tu się do cięćkiej..... dzieje?
      To ja też opowiem ale ostrzegam długo będzie:)
      Przez kilka lat mieszkałam i pracowałam w Warszawie ale oczywiście zameldowana i wszelkie formalności załatwiałam w swoim mieście. Także rozliczałam się z US. W 2002 we wrześniu wyszłam za mąż, zmieniłam nazwisko, dokumenty itp. Już teraz nie pamiętam czy rozliczenie za ten 2002 rok miałam już z mężem czy sama ale na pewno z n owym nazwiskiem. W grudniu 2003 dostałam pismo z US żebym przyszła i coś wyjaśniła bo im się dane nie zgadzają. Kurcze dobrze że mamusia wtedy jeszcze miała jakies znajomości i udało się przełożyć termin wizyty na urlop około świąteczny. Ok, przyjechałam poszłam do US. I tam szlag mnie trafił pierwszy raz.
      Otóż zrobili tam sobie jedną salę do obsługi petenta a reszta pokoi na korytarzach za drzwiami z DOMOFONEM. Noż kurcze, nie powiem jakie słowa mi się cisnęły na usta, ale niecenzuralne to pewne. No dobra odbębniłam te wyjasnienia, nawet bezboleśnie przesżły.
      Wesoło zaczęło się jak urodizłam dziecko w 2004. Nadal mieszkaliśmy w Warszawie ale przyjechałam do mamy (i zostałam hihii) ale nadal formalności wszelakie trzeba załatwiać w miejscu zameldowania.
      I znowu włączyła się mamusia, podsunęła pod nos kwity z MOPSu o macierzyńskie czy ciś takiego. W każdym razie nagle słyszę "musisz dostarczyć PIT11 z zakąłdu pracy za 2002 rok". No okmusze to muszę nie wnikam po co. CHarakter mam wredny, jak nie musze to się nie interesuję. No dobra, mąż papier przywiózł po poszukiwaniach:)
      Następne papiery z MOPSem, o wychowwczy już, załatwiałam sama. Poszłam po formularze z tegoMOPSu i min potrzebne jest zaświadczenie o dochodach za 2002 rok z US. No ok, niech im będzie. POszłam do US, wypełniłam stosowny kwietek i czekam tydzień. PO tygodniu idę do US z całym plikiem papierów bo jak odbiorę zaświadczenie o dochodach to idę do MOPSu i skąłdam. Termin się kończył.
      DOstaję kwit z okienka, odchodzę i..... staję jak wryta bo na papierze widnieje ze moje dochodzy w tamtym rku wynosza zero złtych. NO ki czort se myślę? Jakie zero do licha, zakłąd pracy mnie rozliczał, co jest grane. Wracam do okienka ale kierują mnie do pokoju na piętrze,do takiego z domofonem:). No i tam się zaczyna polka z przytupem i krakowiak, dwa w jednym. Bo pani mnie w bazie znaleźc nie może NIJAK. Ani po nazwisku panieńskim, ani po mężu, ani po NIPie ani po dacie urodzenia ani po NICZYM. NO nie ma mnie w komputerze znaczy się nie istnieję, dochody zero:)
      Została zapytana o ten PIT 11 z pracy, poleciałam z wywalonym ozorem do domu (dzięi Bogu mam blisko) i przyniosłam. Pani sobie skserowała i wtedy mnie olśniło - już raz tak było że wołali ten papier z pracy. NO to się zapytałam tej pani czy ja tego kwitu mam pilnować jak kolii brylantowej? BO wydawało mi się ze ONI to powinni tez mieć a tu się okazuje że kicha.
      Sowją drogą pewnie gdzieś ten PIT11 za 2002 rok mam ae tak od razu nie znajdę a w US jak widac mnie znaleźć na piechotę nie umieją. I się tak zastanawiam ILU jeszcze papierów tam nie znajdą bo im system nie pokazuje gdzie są?
    • kotwtrampkach Urząd Pracy 31.08.10, 20:07
      miałam założyć nowy, albo zacząć pisać bloga ze złości, ale w ostatniej chwili
      mi się czytany kiedyś wątek przypomniał..

      no bo nie mogę.. ostatnio się tam rozpłakałam ze złości. Ja rozumiem, że jak
      ktoś nie ma pracy, to już sama w sobie porażka; ale tak strasznie mnie wkurza
      nieszanowanie mojego czasu, że nie mogłam się powstrzymać..

      W moim mieście ów przybytek jest na samym końcu miasta, więc dojazd niezależnie
      od godziny to dłuższa wyprawa, albo "spacer" w spalinach, bo to niesamowicie
      zakorkowana i ruchliwa ulica.

      najpierw Pani nie mogła sobie poradzić z moimi umowami, bo jak to umowa o pracę
      i w tym samym miesiącu umowa zlecenie. to inne kodeksy! przyniosłam
      zaświadczenia, ile dokładnie dostałam kasy i ile zostało odprowadzone za każdym
      razem (tego w umowach nie było - Obawiam się, ze zlecenia już nie dostanę tam
      gdzie miałam, żadna biurowa Pani nie była zadowolona, kiedy prosiłam o wypisanie
      kolejnych druczków.. i też trochę przykre informować wszystkich, ze się pracy
      właśnie nie ma..)

      Nie było to do niczego potrzebne, bo i tak za mało zarobiłam, żeby się załapać
      na zasiłek. Ale to nic. dwie umowy miałam wypłacone "na koniec", czyli po 2
      miesiącach - a urzędniczka z UP uparła się, żeby jej to rozbić na osobne
      miesiące.. (nie dało się, ale musiałam jeszcze raz jechać)
      NIe mogę robić stażu, bo pracowałam. Nie mam szans na pracę w zawodzie (bo głupi
      mam zawód), jeżeli nie zrobię wcześniej stażu. Załapię się na staż, jeżeli przez
      rok będę zarejestrowana. Ok.

      czasem się trafia okazja na drobną umowę, którą trzeba wypisać na siebie - np. 2
      godziny wykładu. Trzeba się bardzo nagimnastykować, żeby dostać tę umowę do 7dni
      i osobiście pojawić się w Urzędzie. Podpisać ponownie WSZYSTKIE PAPIERY (i
      dostać kilka kopii). u pośrednika przepisać termin (mimo że się było chwilę
      wcześniej zapytać, czy ofert nie ma). Godzina w plecy + dojazdy.

      A jeszcze pani podczas rejestracji wszystko pisała/podawała/drapała się w głowę
      jedną ręką, drugą trzymając pod stołem. W żółwim tempie.
      jak ja się miałam nie poryczeć. Za drugim razem chyba. Siedziałam, a łzy kapały
      mi po twarzy, chusteczka jedyna szybko przemokła, jeszcze krew z nosa zaczęła
      cieknąć, a ja się ruszyć nie mogłam, tylko zastanawiałam się, czemu wszystko na
      raz.. nie mam pracy. nie mam wakacji. dziecko biorę na wycieczkę do up.
      wcale mi nie lepiej ;-(
      • kotwtrampkach Re: Urząd Pracy 31.08.10, 20:08
        a powie mi ktoś, kiedy się robi lepiej od momentu wyżalenia się..?
        bo mi dalej źle :-(
      • anulla1974 Re: Urząd Pracy 31.08.10, 20:24
        Kocie trzymaj się. Mi po wizytach w UP robiło się ciut lepiej dopiero następnego
        dnia albo za dwa dni.
      • justinehh Re: Urząd Pracy 31.08.10, 21:13
        Też się tam muszę wybrać, może się chociaż na ubezpieczenie załapię ...
      • nomina Re: Urząd Pracy 31.08.10, 21:40
        Kocie, a jaki masz zawód?

        Pocieszają Cię opowieści z cyklu "inni mają gorzej"? Może to poprawi Ci nastrój: ja, kiedy mnie już lekarze okaleczyli, usłyszałam w UP - "A pani czego tu szuka, jak pani jest niesprawna?!".

        Tylko jakoś żadna pinda nie widziała, że ja nie zachorowałam na głowę i nie straciłam swoich kwalifikacji.

        Od tego czasu z UP nie mam nic wspólnego już prawie trzy lata, ale to ciągle boli, jak sobie przypomnę :(.
        • kotwtrampkach Re: Urząd Pracy 01.09.10, 18:35
          od dziś mój zawód to matka pierwszoklasistki. Okazało się, ze na świetlicę to
          można zapisać dziecko, jak rodzice OBOJE pracują. Jak zamierzają to już nie. Jak
          mają umowy zlecenia też nie. wolontariat ich nie obchodzi. a może ja dziwnie
          trafiłam..?

          o rany, mam ochotę sobie zrobić jakieś odczynianie uroków "urzędowych" :) :)
          czytałam niedawno o przelewaniu jajka, wydało mi się skrajnym zabobonem - może
          to kara widzących? :)
          • anka-ania Re: Urząd Pracy 01.09.10, 20:39
            kotwtrampkach napisała:

            > Okazało się, ze na świetlicę to
            > można zapisać dziecko, jak rodzice OBOJE pracują. Jak zamierzają to już nie. Ja
            > k
            > mają umowy zlecenia też nie.

            Bosz, co z głupota i nieznajomość realiów... Przecież dzisiaj umowa zlecenie
            jest niemal równorzędna z umową o pracę, nawet składki mogą iść takie jak z
            umowy o pracę.

            Kocie, a na tej świetlicy, to musisz tak szczegółowo wyjaśniać, na podstawie
            jakiej umowy jesteś zatrudniona? Nie można tego i owego przemilczeć? ;)
            • kotwtrampkach Re: Urząd Pracy 02.09.10, 17:59
              muszę mieć pieczątkę z zakładu pracy. Zbyt często zmieniam pracodawcę. Gdyby to
              była jedna umowa, to tak, ale ja mam umowy na kilka dni, kilka godzin.. I to
              przy projektach, a oni się tak straszliwie boją kontroli, ze prawie nie wierzę,
              że się moze udać - ile razy rozmawiałam, żeby mi dali umowę o dzieło zamiast
              zlecenia (kwestia ok 20-30% )..
Inne wątki na temat:
Pełna wersja