Dokąd zmierza edukacja?

09.03.11, 16:28
Trochę górnolotny tytuł, ale nie wiedziałam jak temat ująć :)

Chodzi między innymi o dyskusję, jednak wydaje mi się, że temat wymaga szerszego spojrzenia.
Drogie Lobbystki,
jak jest/było u Was w szkole i na studiach?
Powiem trochę o sobie: prawie wszystko wygląda jak w opisany, artykule. Ok, nie ma nacisków (chyba) na wykładowców, ale nie ma też takiej potrzeby, bo każdy przedmiot można albo zaliczyć (wtedy mówi się, że jest łatwy), albo "wychodzić" (wtedy przedmiot jest trudny, a wykładowca zły ;), a w konsekwencji też zaliczyć.
Egzaminy czy kolokwia coraz częściej przyjmują formę "przygotuj prezentację", ew referat. Ostatnio sensację wywołała pani wykładowczyni, która prace sprawdziła w antyplagiacie i za ściągnięcie z internetu obniżała oceny. Oczywiście cały rok miał max 4. Tak, przyznam się, ja też. I pewnie i tak mi nie uwierzycie, że wcześniej prace pisałam sama, a ten jeden raz postanowiłam się po prostu zbuntować i zrobić "jak wszyscy". Nie musicie.
Pytania egzaminacyjne przechodzą z rocznika na rocznik. Zresztą: po co? Na drugim terminie i tak jest to samo co na pierwszym. A część wykładowców "daje przykładowe pytania", najczęściej dokładnie tyle, ile trzeba, aby zaliczyć na 3. Ktoś nie zaliczy mimo wszystko? Jest pierwszy termin, drugi, trzeci, czwarty... Do tej pory rekordem było siedem terminów, ale wszystko przed nami. Trzeba być NAPRAWDĘ zdeterminowanym, żeby nie zdać.
Z opowieści moich Rodziców wynika, że kiedyś (koniec l 70, początek 80) tak nie było. Studentom zdarzało się ponoć wylatywać z uczelni: przez 6 lat studiów nie słyszałam o takiej osobie w moim otoczeniu.
To nie jest opinia o jednej szkole. Uczęszczałam na uczęlnię prywatną, kończę studia dzienne na państwowej i zaoczne, też na państwowej. Tak jest wszędzie, chociaż, uwaga, najmniej na uczelni prywatnej (u mnie przynajmniej). Tam były jednostki, które kiblowały, mimo że się uczyły. Na uczelni państwowej przechodzą wszyscy.
Czemu nikt głośno o tym nie mówi? No dobrze, zdarzają się pojedyncze głosy, ale jakoś NIC się nie zmienia. NIC!
Mam jeszcze kilka innych przemyśleń, ale chciałabym najpierw poznać Wasze opinie. Może po prostu Trójmiasto nie jest "perfect place to study" :)
    • 3.amelia Re: Dokąd zmierza edukacja? 09.03.11, 16:33
      U mnie na pierwszym roku wyleciała 1/3 potem też parę osób się wykruszyło. No ale to było jakieś pięć lat temu.
      • amoureuse Re: Dokąd zmierza edukacja? 09.03.11, 16:38
        Ja też wtedy startowała ze studiami :) szczęśliwie wszyscy kończymy (chyba, że ktoś sam zrezygnował).
      • kis-moho Re: Dokąd zmierza edukacja? 09.03.11, 16:40
        Ja trzy lata temu skonczylam studia. Po pierwszym roku sporo osob odpadlo - albo zmienilo studia, albo poszlo do pracy. W czasie studiow tez nie bylo latwo - owszem, byly przedmioty latwiejsze i trudniejsze, ale to chyba normalne. Na pewno nikt nie zaliczal roku dlatego, ze po trzech podejsciach to juz wypada. Swoja droga, jak ktos po trzech podejsciach nie zdaje egzaminu, to albo jest leniwy, albo sie na ten kierunek nie nadaje (pewnie sa od tego nieliczne wyjatki w postaci egzaminow przygotowywanych przez ekstremalnie sadystycznych egzaminujacych).
        Wiec chyba nie wszedzie jest tak zle :o)
    • satia2004 Re: Dokąd zmierza edukacja? 09.03.11, 17:03
      Kończyłam państwową uczelnię 5 lat temu. Nie było takich cyrków. Owszem - czasem zdarzały się projekty na zaliczenie ale zwykle trudne i wymagające więcej pracy niż wkuwanie na koło. Pytania z poprzednich roczników to w formie orientacji o poziomie trudności egzaminu. Niewiele osób wylatywało - sporo rezygnowało, trochę powtarzało rok czy dwa. Terminy 'ustawowe' 1, 2 + komis. Jak się nie zaliczyło ćwiczeń to przepadał pierwszy termin egzaminu. Jeden wykładowca robił egzamin ustny (ciężki) do skutku, ale to raczej hobbystycznie - czasem podejście kończyło się słowami 'mógłbym postawić 3 ale ja wiem, że pan/pani umie więcej - proszę się zgłosić za tydzień' ;)

      Nie wiem czy wina Trójmiasta. TŻ kończył gdańską polibudę i tam to dopiero był sajgon - przegięcie zdecydowanie w drugą stronę.

      Sytuację jaką opisujesz zastała moja kuzynka pracując na uczelni prywatnej w średniej wielkości mieście. Rzuciła.
      • amoureuse Re: Dokąd zmierza edukacja? 09.03.11, 17:32
        Politechniki nie znam z własnego doświadczenia, ale mam tam znajomych. Jest zdecydowanie ciężej niż na Uniwerku, ale nie aż tak ciężko, żeby nie zdać. Czy to wynika z niżu, który obecnie zaczyna studia, i chęci zatrzymania studentów?
    • elftherinii Re: Dokąd zmierza edukacja? 09.03.11, 17:14
      Odpowiem jako studentka (AGH, fizyka t.). Wszystkie wypowiedzi odnoszą się tylko do tego kierunku na tej uczelni. Wykładowcy są różni ale pracy nie olewają.

      >Egzaminy czy kolokwia coraz częściej przyjmują formę "przygotuj prezentację", ew referat.

      Ha ha ha. Uśmiałam się, serio. Chyba 25 osób nie zdało z roku (na 90?) algebry (po 3. terminach). Zaliczenia nie miało też sporo, kolokwium zaliczeniowego nie napisało kilkanaście osób spokojnie. Jesteśmy podobno jednym z lepszych roczników - nasz dziekanat przewidywał na drugi semestr tylko 2 z 4 grup, zostały 4. Egzaminy to zadania (matematyka) lub teoria (fizyka) plus zaliczenie ćwiczeń (zadania).

      >Pytania egzaminacyjne przechodzą z rocznika na rocznik. Zresztą: po co? Na drugim terminie i tak jest to samo co na pierwszym.

      Nie przechodzą. Ewentualnie typ zadań - jeśli program się nie zmienia to najważniejsze rzeczy też - wiadomo, że z algebry będzie na 100% ortonormalizacja Gramma-Schmidta czy diagonalizacja macierzy. Na drugim terminie mamy co innego.

      >Jest pierwszy termin, drugi, trzeci, czwarty...

      My mieliśmy 3 terminy z czego 3 mógł być komisyjny.

      >Na uczelni państwowej przechodzą wszyscy.

      Zależy na jakim kierunku. U mnie odsiew był w ostatnich latach na dość wysokim poziomie. Sporo osób podobno rezygnuje i z powodzeniem studiuje inne kierunki techniczne. Podobno nie tak mało osób kończy studia w czasie dłuższym niż przewidywane 5 lat i nikogo to zbytnio nie dziwi.

      Na wykłady chodzić nie musimy - ale musimy znać materiał. Przy czym większość wykładowców nie umieszcza notatek w internecie (w zasadzie i teraz i semestr wcześniej robiła to tylko jedna osoba).
    • teresa104 Re: Dokąd zmierza edukacja? 10.03.11, 08:30
      Udaj się na jedno seminarium "bolońskie", są często urządzane w różnych miastach, a dowiesz się. Długo będziesz się dziwić, że podstawową umiejętnością, jaką nabywa się na studiach, jest świadomość konieczności ciągłego kształcenia, a wykładowca ma wpajać studentom nie treści programowe ale sołszial skils.
      Na proces boloński nałożyły się nasze polskie warunki, czyli pazerność władz uczelnianych, na studia idzie teraz każdy, kto zda maturę; każdy, kto jest na studiach, musi wydzierżyć do dyplomu.
      Liczę, że dokonanie się przemian, podział jednostek na profile ogólny, praktyczny i badawczy, wydzielenie jednostek flagowych, wreszcie skończenie z dwukierunkowością poprzez wprowadzenie opłaty za drugi kierunek (z moich obserwacji wynika, że często bardzo kiepscy studenci biorą właśnie dwa kierunki i daje im to alibi krzyżowe) sytuację poprawi.
      • amoureuse Re: Dokąd zmierza edukacja? 10.03.11, 10:00
        Co to jest seminarium bolońskie? I dlaczego miałoby mnie zdziwić? Kiedy szłam na studia oczywistym była dla mnie własna praca, siedzenie w bibliotece, szukanie informacji na własną rękę, czytanie lektur poleconych przez wykładowców. I tak wyglądał, o ja naiwna, mój pierwszy semestr. Po sesji przyszło otrzeźwienie.
        Co do opłat za studia, jestem absolutnie za, ale z innych powodów.
        Jak już pisałam: studiowałam prywatnie i państwowo. Na studiach prywatnych były w większości osoby, którym nie udało dostać się na bardzo oblegany kierunek państwowo, ciężko pracowały na stypendium, żeby mieć z czego opłacić studia i generalnie wydatek 400zł miesięcznie był w ich domach ogromnym wydatkiem.
        Na studiach państwowych młodzież z tzw "dobrych domów", wychuchana, w ciuchach z najnowszych kolekcji, spędzająca wakacje na Tajlandii i Filipinach. Nie mówię tego z zazdrości czy złośliwości. Chcę pokazać, że w większości studentów państwowych stać na drugi kierunek, bo pochodzą z dobrze sytuowanych rodzin, mają to zaplecze kulturalne i materialne, które pozwala im najpierw na branie korepetycji i chodzenie na kursy, później zdanie na studia, a następnie życie z rodzicami przez 6-7 lat, aż do ukończenia tych studiów, najczęściej właśnie na dwóch kierunkach.
        O, i najlepsze. Na Uniwerku w całej mojej grupie (30 os) nie ma chyba osoby, która nie studiowałaby gdzieś indziej albo by nie pracowała. Na początku roku akademickiego doszło do przepychanek z dziekanem bo, uwaga, "to strasznie, strasznie głupie i upokarzające, że studenci 5 roku muszą chodzić na zajęcia. Przecież my mamy swoje życie!" Poległam.
        Ale wypowiedzi powyżej też mnie lekko załamały. Czyli tylko Trójmiasto jest edukacyjnym wybrykiem natury? :/
        • felisdomestica Re: Dokąd zmierza edukacja? 10.03.11, 10:35
          No nie wiem...zupełnie co innego widzę. Na kierunkach bezpłatnych są ci, którzy zdali maturę na tyle dobrze, żeby się tam dostać. Wcale niekoniecznie bogaci i zepsuci. Mam wręcz przeciwne wrażenie, że na studia płatne idą często ci, którym nie chciało się uczyć, a którzy mają pieniądze, żeby sobie te studia opłacić, czy wręcz kupić. Czyli dzieci bogatych rodziców, którym zdolności uczenia się opatrzność poskąpiła. Nie zauważyłam, żeby studenci studiów płatnych jakoś się przepracowywali, a linkowany wywiad z tok fm tylko to potwierdza.
          Ja sama nie prowadzę wykładów na prywatnych uczelniach, ale sporo moich znajomych owszem. Na przykład na SWPSie - renomowanej jakby nie było uczelni. I zdanie o tych studentach mają nienajlepsze.
          Wydaje mi się, że zdolny młody człowiek, który dobrze uczył się w szkole, ma dobre świadectwo, ma drive do nauki, zawsze jest w stanie dostać się do dobrej uczelni na dzienne studia, na których poziom, nie ma co ukrywać, jest najwyższy. Ci co mieli trudniejszy start, bo w domu nie było tradycji kształcenia się, było biednie itd. na pewno mają trudniej. Ale takich rzeczy nie rozwiązuje się zwiększeniem dostępności studiów i obniżeniem poziomu nauki, jak to ma miejsce w naszym pięknym kraju. Tu są potrzebne rozwiązanie na poziomie szkoły podstawowej i średniej. A właściwie przedszkola. Bo tu rodzą się nierówności ciągnące się za człowiekiem całe życie.
          • besame.mucho Re: Dokąd zmierza edukacja? 10.03.11, 11:04
            Mam podobne odczucia. Wprawdzie ja nie prowadzę zajęć, więc nie mam pewnie tak szerokiej grupy do porównania jak Felisdomestica, ale patrząc np. po ludziach z mojej klasy z liceum i innych moich znajomych wnioski mam takie:
            - Na uczelnie państwowe dostali się przede wszystkim ci z nas, którzy mieli najlepsze wyniki w nauce. Procent tych, którzy są bogaci i tych, którzy nie są - podobny.
            - Na słabe uczelnie prywatne poszli przede wszystkim ci ze słabymi wynikami w nauce. Procent bogatych - j.w.
            - Na dobre (i drogie) uczelnie prywatne poszli ci, którzy mieli dobre wyniki w nauce i specjalnie chcieli się dostać tam, a nie na uczelnię państwową (zazwyczaj mają na tych uczelniach stypendia i nie są przez to one tak drogie) oraz ci, którzy wyniki mieli słabe, ale są na tyle bogaci, że ich na te szkoły stać, a wolą mieć papier np. SWPSu niż jakiejś słabszej prywatnej szkoły. W tej pierwszej grupie procent bogatych i nie - również mniej więcej równy.

            A jeszcze co do ciągnięcia dwóch kierunków - na moich studiach robi tak wiele osób, ale raczej ci lepsi studenci, a nie ci gorsi. Ale też może po prostu charakter mojego kierunku jest specyficzny - nie są to studia, które pozwalają np. łatwo znaleźć pracę, więc wiele osób szuka też innych, bardziej - nazwijmy to - konkretnych.
            • anka_z_lasu Re: Dokąd zmierza edukacja? 10.03.11, 12:44
              Na SGH nie było takich cyrków, ale to pięć lat temu, za czasów starej matury. Jak jest teraz - nie wiem. Tzn. odsiew miał miejsce podczas egzaminów wstępnych, a później ci, co się już dostali, kończyli szkołę prawie w 100%. Ale to dlatego, że po coś tu przyszli, a nie ciągnięto ich za uszy. Niektórzy wykładowcy byli bardziej pobłażliwi, a niektórzy wysoko stawiali poprzeczkę na egzaminie, ale mnogości terminów zaliczenia nie zarejestrowałam.

              Tak jak Felisdomestica i Besame.mucho nie zgadzam się również z poglądem jakoby na bezpłatne uczelnie dostawały się głównie dzieci bogatych rodziców. I uważam, że wprowadzenie opłat za studia drastycznie zmniejszy szanse młodych osób pochodzących z biedniejszych rodzin.
              • milstar Re: Dokąd zmierza edukacja? 11.03.11, 01:30
                anka_z_lasu napisała:

                > Tak jak Felisdomestica i Besame.mucho nie zgadzam się również z poglądem jakoby
                > na bezpłatne uczelnie dostawały się głównie dzieci bogatych rodziców. I uważam
                > , że wprowadzenie opłat za studia drastycznie zmniejszy szanse młodych osób poc
                > hodzących z biedniejszych rodzin.

                Pracuję na prywatnej uczelni, gdzie stypendia socjalne są wyższe niż czesne, nie przesadzałabym więc z tym zmniejszeniem szans.
                Swoją drogą moi studenci są przerażeni zapowiedzianą przeze mnie wizją egzaminów ustnych z fizyki i matematyki - u nas nie ma zaliczania "za nic"
          • amoureuse Re: Dokąd zmierza edukacja? 10.03.11, 12:31
            "Bogaci i zepsuci" nie, ale zamożniejsi. Tacy, których stać na wyjście do kina, teatru raz na jakiś czas. Tacy, co zapłacą dziecku za szkolną wycieczkę, czasem oszczędzając na czymś innym, ale zapłacą. A ile jest osób, których na to nie stać? Liceum to dla mnie żadne porównanie, bo tam też trafili ci "lepsi", czyli właśnie zamożniejsi, z tym kulturowym bakgrundem.
            A popatrzcie na podstawówkę: gdzie są teraz Wasi znajomi z podstawówki, którzy z biedy nie mieli nawet kanapek na przerwach? Miałam kilka takich osób w podstawówce. Żadna z nich nie trafiła:
            a. najpierw do dobrego gimnazjum
            b. potem do dobrego liceum
            c. na studia to już w ogóle.
            Jedna jest fryzjerką, jedna ma już dziecko i bijącego męża, o dwóch innych nie wiem. Fryzjerka i tak wylądowała najlepiej, bo ma pracę...
            • magdalaena1977 Re: Dokąd zmierza edukacja? 10.03.11, 13:01
              amoureuse napisała:

              > "Bogaci i zepsuci" nie, ale zamożniejsi. Tacy, których stać na wyjście do kina,
              > teatru raz na jakiś czas. Tacy, co zapłacą dziecku za szkolną wycieczkę,
              > czasem oszczędzając na czymś innym, ale zapłacą.
              To jest kwestia skali. To co opisałaś dla mnie oznacza po prostu "nie-biedni". Wyjście do kina raz na jakiś czas czy wycieczka szkolna to jest dla mnie standard, a nie żadna zamożność.

              > Liceum to dla mnie żadne porównanie, bo tam też trafili ci "lepsi",
              > czyli właśnie zamożniejsi, z tym kulturowym bakgrundem.
              Mam wrażenie, że w czasach mojego dzieciństwa zamożność zupełnie nie pokrywała się z tym kulturowym bakgrundem, bo inteligenci zarabiali gorzej niż prywaciarze.

              > A popatrzcie na podstawówkę: gdzie są teraz Wasi znajomi z podstawówki, którzy
              > z biedy nie mieli nawet kanapek na przerwach?
              U mnie w klasie nie było takich osób. Biedni byli ci, których nie było stać na wakacje i jechali do babci.
              Mam wrażenie, że już na poziomie podstawówki widać było różnice w inteligencji. I to te różnice przełożyły się na to, jakie ktoś dostawał oceny i do jakiej szkoły średniej poszedł, a nie zamożność rodziców. Jeśli już, to widoczna była korelacja między inteligencją rodziców i dzieci.
              Być może jedyna szansa na zmniejszanie tych szans, to interwencja na poziomie przedszkola.
              • amoureuse Re: Dokąd zmierza edukacja? 10.03.11, 14:00
                Przepraszam, ale chyba dawno nie miałaś ze szkołą do czynienia :) moja Mama uczy w gimnazjum, nie na żadnych peryferiach, w środku 250-tysięcznego miasta, i opowiada o biedzie o jakiej nawet nie mamy pojęcia. Wycieczek klasowych nie organizuje się z powodu ubóstwa. Z roku na rok coraz więcej dzieci kwalifikuje się do bezpłatnych obiadów (mimo niżu i coraz mniejszej liczby uczniów), kiedyś książek z powodu biedy nie miało 1-2 dzieci, teraz jest to nagminne itd itp, przypadki można mnożyć.

                U mnie w klasie były osoby, które w wakacje nie jechały nigdzie. Cały dzień spędzały na podwórku, oczywiście nie miały roweru czy rolek, bo nie było ich stać. Na wieś, może nie do Babci, ale do rodziny, jeździłam, nikt nie uważał tego za przejaw biedy ;)

                Ale tak, zgadzam się, że inteligencja Rodziców odgrywa ogromną, jeśli nie kluczową kwestię. Tylko inteligencja często=pieniądze (pisała nawet o tym ostatnio, bodajże anna-pia, opowiadając o tym jak nakłania do czytania...)
                • magdalaena1977 Re: Dokąd zmierza edukacja? 10.03.11, 14:24
                  amoureuse napisała:

                  > Przepraszam, ale chyba dawno nie miałaś ze szkołą do czynienia :)
                  No dawno. W PRLu te różnice majątkowe naprawdę były mniejsze niż teraz (do szkoły poszłam z całym rocznikiem w 1984 r.).

                  > Ale tak, zgadzam się, że inteligencja Rodziców odgrywa ogromną, jeśli nie klucz
                  > ową kwestię. Tylko inteligencja często=pieniądze (pisała nawet o tym ostatnio,
                  > bodajże anna-pia, opowiadając o tym jak nakłania do czytania...)
                  Bo łatwiej mówić o wyrównywaniu szans pod względem finansowym niż przyznać, że niektóre dzieci po prostu są bardziej inteligentne niż inne i że oprócz dobrego wychowania odpowiadają za to także geny.
                  • anna-pia Re: Dokąd zmierza edukacja? 11.03.11, 14:58
                    magdalaena1977 napisała:

                    > Bo łatwiej mówić o wyrównywaniu szans pod względem finansowym niż przyznać, że
                    > niektóre dzieci po prostu są bardziej inteligentne niż inne i że oprócz dobrego
                    > wychowania odpowiadają za to także geny.

                    Owszem, ale nie zawsze głupi rodzice oznaczają głupie dzieci. Mam w bliskim otoczeniu parę wyjątkowych durni, którzy mają jedno dziecko średnio inteligentne, a drugie z IQ na granicy geniusza.
                    Owszem, "niepolitycznie" jest przyznać, że X ma kłopoty z pisaniem po polsku, ale nawet jeśli ma, to niech do licha czyta (i niech w rodzinie mu czytają), zamiast przyczepiać mu łatkę "umysłu ścisłego". I niepolitycznie przyznać, że Y zawsze będzie mieć tróje, bo po prostu jest mniej zdolny do nauki, no bo przecież wszystkie dzieci mądre są ;p Cały dowcip polega na tym, że X może po prostu potrzebować więcej czasu na naukę pisania i że zacznie pisać dobrze np. w wieku lat 10 czy 14 (mam koleżankę, która dopiero w LO przestała robić błędy ortograficzne), a Y okazuje się być świetną fryzjerką czy super mechanikiem. Dzieciom trzeba dać podstawy, umiejętności konieczne w życiu (tabliczka mnożenia, czytanie ze zrozumieniem), bo nie każdy musi te studia skończyć - kto by mi kurczę samochód naprawiał?! A z drugiej strony, ostatnio mechanik zastrzelił mnie, człowieka siedzącego w zaawansowanej technice i elektronice, jakimś dzikim terminem, a jak domagałam się wyjaśnień, to pokazał mi go w książce wydanej po angielsku...
            • besame.mucho Re: Dokąd zmierza edukacja? 10.03.11, 15:32
              Z mojej podstawówki mam kontakt z niewieloma osobami i nie wiem co robi teraz reszta, ale wśród moich najbliższych znajomych na studiach jest co najmniej kilka osób, których dzieciństwo wyglądało jak u tych dzieci, o których piszesz. Na państwowej uczelni.
              Fakt, że na kierunku stosunkowo mało obleganym, ale to niewiele zmienia, bo osoby o których piszę nie podostawały się gdzieś na szarym końcu listy jako kandydaci z najsłabszymi wynikami. Przeciwnie, to w większości bardzo zdolne osoby, które dostały się ze świetnymi wynikami.

              Oczywiście jest tak, że biedne dzieci mają gorszy start. Jeśli są słabe z jakiegoś przedmiotu, to rodzice pracujący całe dnie ani nie będą mieli czasu z nimi posiedzieć nad lekcjami, ani pieniędzy, żeby zapisać dziecko na korepetycje. Ale wprowadzenie płatnych studiów moim zdaniem niewiele tu zmieni. Z biednych rodzin będą mieli wtedy szansę pójść na studia tylko ci naprawdę bardzo bardzo zdolni, bo ci będą mogli sobie na te studia pozwolić dzięki wyższym stypendiom (zakładam opcję optymistyczną, że duża suma z pieniędzy uzyskanym dzięki studentom poszłaby na stypendia dla tych biedniejszych). Ale nie wszyscy są super zdolni. No a wysokie stypendia socjalne a nie naukowe też nie rozwiążą sprawy - te mogłyby być wysokie gdyby ubogich studentów było niewielu. Czyli pewnie znów ci mniej zdolni zostają gdzieś z tyłu.
              • amoureuse Re: Dokąd zmierza edukacja? 10.03.11, 15:44
                Ale ja nie mówię o płatnych studiach, tylko o opłacie za DRUGI kierunek. To będzie wręcz lepiej dla tych, którzy mają trudniejszy start, bo miejsc nie będą blokować ci, którym było łatwiej. Ale jeśli ci drudzy będą naprawdę zdolni i mądrzy-nie będą płacić.
                • besame.mucho Re: Dokąd zmierza edukacja? 10.03.11, 15:48
                  A, przepraszam, nie doczytałam dokładnie, wydawało mi się, że mówisz o płatnej edukacji w ogóle.

                  Tak jak pisałam wyżej - wśród osób, które ja znam, dwa kierunki studiują raczej ci zdolniejsi, a procent ludzi bogatych i nie - jest podobny. Ale nie podejmuję się oceniać jak to wygląda na większą skalę, a nie na tej niewielkiej próbce którą kojarzę.
                  • amoureuse Re: Dokąd zmierza edukacja? 12.03.11, 10:39
                    To ja przepraszam, bo źle się wyraziłam :)
              • amoureuse opłata za DRUGI kierunek 10.03.11, 15:46
                No tak, dopiero teraz zauważyłam, co napisałam w odpowiedzi do Teresy :) miałam na myśli płacenie za drugi kierunek, nie za studia w ogóle.
            • turzyca Re: Dokąd zmierza edukacja? 10.03.11, 23:13
              > "Bogaci i zepsuci" nie, ale zamożniejsi. Tacy, których stać na wyjście do kina,
              > teatru raz na jakiś czas. Tacy, co zapłacą dziecku za szkolną wycieczkę, czase
              > m oszczędzając na czymś innym, ale zapłacą. A ile jest osób, których na to nie
              > stać? Liceum to dla mnie żadne porównanie, bo tam też trafili ci "lepsi", czyli
              > właśnie zamożniejsi, z tym kulturowym bakgrundem.

              A moze raczej "uznajacy te potrzeby za priorytety"? Typowa inteligencja nie zarabia duzo, ale raczej kupi spodnice w ciuchlandzie niz zignoruje potrzebe rozwoju intelektualnego. Przy okazji umiejac swietnie zaoszczedzac kase tam, gdzie tylko da sie ja oszczedzic - ksiazek dostarcza biblioteka, do teatru i opery wchodzi sie na wejsciowki (a to w Polsce wciaz jeszcze groszowe rozwiazanie i poza teatrem Kwadrat bardzo oplacalne), na wystawy w dni wolne od oplat (w czasach licealnych mialam ulozony caly grafik wyjsc, ktory Zacheta zrujnowala mi, przesuwajac swoj dzien wolny), na wystawy czasowe wchodzac na bezplatne prelekcje. Lub organizujac sie w grupe - 4 rodziny czesto juz zalapuja sie na znizke grupowa.

              > A popatrzcie na podstawówkę: gdzie są teraz Wasi znajomi z podstawówki, którzy
              > z biedy nie mieli nawet kanapek na przerwach? Miałam kilka takich osób w podsta
              > wówce. Żadna z nich nie trafiła:
              > a. najpierw do dobrego gimnazjum
              > b. potem do dobrego liceum
              > c. na studia to już w ogóle.

              Ja mialam dosc zabawny przekroj spoleczny klasy, bo podstawowka lezy na granicy dwoch osiedli i towarzystwo bylo mocno wymieszane. Korelacji kasa/rozwoj nie ma - bo kase mieli wowczas ci, ktorzy np. robili biznes na jezdzeniu na Daleki Wschod, wlasciciele spozywczakow i w ogole roznego typu prywatna inicjatywa z impetem. A dzieci nauczycielskie, lekarskie i inne inteligenckie raczej finansowo odstawaly. Kulturowy background jednak przewazyl nad kasa.


              Liceum to dla mnie żadne porównanie, bo tam też trafili ci "lepsi", czyli
              > właśnie zamożniejsi, z tym kulturowym bakgrundem.

              W mojej klasie byl i chlopak, ktoremu rodzice wynajmowali mieszkanie w centrum Warszawy, zeby nie musial codziennie dojezdzac ze swojej podwarszawskiej miejscowosci i dziewczyna, ktora przez wiekszosc czasu dostawala od szkoly zapomoge. I ktora jako jedyna w calej klasie miala komplet punktow mozliwych do uzyskania w czasie rekrutacji - miala ich 20, prog do naszej klasy to bylo 15...
        • zarin Re: Dokąd zmierza edukacja? 10.03.11, 10:51
          E tam, po co się patyczkować, ja proponuję od razu nie przyjmować na studia ludzi poniżej określonego poziomu dochodów. To jest przynajmniej uczciwe i nie robi nikomu złudzeń.

        • teresa104 Seminaria bolońskie 10.03.11, 13:23
          www.ekspercibolonscy.org.pl
          Mogę podjąć dyskusję z każdym stwierdzeniem, jakie padło w tym wątku, a następnie z sobą samą, ale ponieważ pracuję na uczelni (państwowej i prywatnej) i coraz częściej mi za to wstyd, to proszę o odpust, mam po daszek wiwisekcji.
          • amoureuse Re: Seminaria bolońskie 10.03.11, 14:04
            Dzięki za linka :)
            i chciałabym usłyszeć Twoje zdanie, byłoby naprawdę interesujące móc wysłuchać drugiej strony :) może na zachętę powiem, że nie winię wykładowców. Winię jakiś nieokreślony dla mnie system, który każe produkować magistrów i licencjatów bez opamiętania...
        • elftherinii Re: Dokąd zmierza edukacja? 10.03.11, 18:57
          >Chcę pokazać, że w większości studentów państwowych stać na drugi kierunek, bo pochodzą z dobrze sytuowanych rodzin, mają to zaplecze kulturalne i materialne, które pozwala im najpierw na branie korepetycji i chodzenie na kursy, później zdanie na studia, a następnie życie z rodzicami przez 6-7 lat, aż do ukończenia tych studiów, najczęściej właśnie na dwóch kierunkach.


          Dobrze wiedzieć, przekażę znajomym z roku, że mamy dużo kasy. :D
          Szczerze mówiąc wniosek jest dla mnie kompletną czarną magią i nie wiem skąd go wzięłaś. Nie widzę korelacji państwowa uczelnia=dobrze sytuowana rodzina.
          Ode mnie z roku mało kto mieszka z rodzicami, większość to przyjezdni.
          • amoureuse Re: Dokąd zmierza edukacja? 12.03.11, 10:44
            > Dobrze wiedzieć, przekażę znajomym z roku, że mamy dużo kasy. :D
            > Szczerze mówiąc wniosek jest dla mnie kompletną czarną magią i nie wiem skąd g
            > o wzięłaś. Nie widzę korelacji państwowa uczelnia=dobrze sytuowana rodzina.
            > Ode mnie z roku mało kto mieszka z rodzicami, większość to przyjezdni.

            Niekoniecznie dużo kasy, ale podejrzewam, że 99% Twoich studiujących znajomych miało zawsze w domu chleb, masło, ich rodzice nie byli klientami opieki społecznej, pewnie wielu było za granicą, a przynajmniej na wycieczce dalszej niż poza swoje miasto. Może trudno w to uwierzyć, ale znam dzieci, które dopiero w szkole były pierwszy raz w centrum swojego miasta.
            A widzisz, większość to przyjezdni, i co? Studiują dziennie i zarabiają? Czy rodzice im płacą za akademik? Nawet 200-300zł miesięcznie jest dla wielu wydatkiem nie do przeskoczenia, a to tylko wierzchołek, bo trzeba się ubrać, zjeść, zrobić ksero, kupić leki... Stąd moje przypuszczenie, że studia i tak są tylko dla wybranych.
    • mam_to_w_nosie Re: Dokąd zmierza edukacja? 10.03.11, 09:45
      Hmm, to już chwilę temu było, więc rzeczywiście wiele mogło się zmienić ... ale do rzeczy

      Skończyłam AGH i tak na moim kierunku:
      - zaczęło ok 160 osób, po pierwszym roku było ok 110, skończyło studia (5 letnie) ok 90-100,
      największy odsiew był jednak na pierwszych dwóch semestrach, część osób zrezygnowała sama
      przenosząc się gdzie indziej,
      - 3 terminy egzaminów, trzeci zwykle komisyjny, ale zdarzało się, że nie, jak dobrze sięgnę
      pamięcią, to im wykładowca miał "wyższą" pozycję tym 3ci termin mógł być luźniejszy :)
      - kolokwia zawsze były formą sprawdzenia wiadomości - głównie zadania do rozwiązania,
      raz był do zrobienia projekt - sporo kłopotów z tym było bo nie był łatwy (model do zaprojektowania),
      grupy dwuosobowe, każda miała nieco zmodyfikowaną treść, żeby powielać jeden pomysł
      trzeba było się nagimnastykować, jedynie na metodach obliczeniowych (3 semestry) na zaliczenie
      był do napisania program, każdy miał zupełnie inny temat, ale tu rzeczywiście zdarzało się, że
      ludzie kupowali programy. Niemniej prowadzący o tym wiedział, więc kupiony program trzeba
      było rozumieć, bo zadawał pytania,
      - wszystkie egzaminy były dwuczęściowe: zadania - pisemnie i teoria - z reguły ustnie.

      Ciekawa jestem jak to rzeczywiście wygląda teraz. Jako że ja tzw. ścisły umysł jestem, to często
      do dzisiaj pomagam różnym znajomym i rodzinie, głównie w zatrybieniu matematyki na pierwszych
      semestrach kierunków inżynierskich i mam wrażenie, że zadania są coraz prostsze ... u nas
      zadania się nie powtarzały z roku na rok, mało kto dawał zadania przykładowe, a teraz rzeczywiście
      się to zdarza. Ostatnio wyciągałam kuzyna z tarapatów (Polit. krak.) i sprowadziło się to opanowania
      kilku typów zadań ...
    • agafka88 Re: Dokąd zmierza edukacja? 10.03.11, 14:50
      Ja mam złe zdanie o większości płatnych studiów, z jakimi miałam do czynienia przez znajomych i bliskich.

      - były chłopak - przez 3 lata licencjatu na egzamin nie uczył się ani razu (chociaż on nauką nazywał czytanie książki w autobusie w drodze na egzamin). Studia zaoczne, szkoła prywatna, na podium w rankingu uczelni prywatnych, również w czołówce rankingu wprost. W przypadku niezdania egzaminu - odsyłanie na kolejny termin _bez dwójki w indeksie_.
      - kuzyn - 1,5 roku studiów zaliczone, nauka przed jednym egzaminem, reszta zaliczona przez ściąganie, lub na zasadzie - kto chce 3 proszę indeks, kto chce więcej proszę do odpowiedzi.
      - znajoma, uczelnia publiczna, studia dzienne - normą jest losowanie 1-3 osób, które dostaną 5 z egzaminu, tzw. szczęśliwy numerek 0_o
      - u znajomych na pedagogice (dzienna, ucz. publiczna) normą jest, że na egzamin obowiązują kilkudziesięciotsronicowe skrypty, albo tylko notatki z wykładów. Albo podstawą zaliczenia jest przygotowanie prezentacji multimedialnej.
      - z opowieści Pani doktor, która dorabia na prywatnej uczelni i była tam też na obronie pracy z administracji: widać, że praca napisana niesamodzielnie, chłopak nie potrafi odpowiedzieć na żadne pytanie, więc ktoś mu rzuca pytanie: proszę scharekteryzować trójdzpodział władzy - cisza. Komisja się naradza, chłopak dostaje pytanie koło ratunkowe: proszę podać kto jest prezydentem Polski. Na co chłopak: ja się polityką nie interesuję.
      I jak taka osoba mogła zaliczyć 3 lata studiów??
      - u mnie na uczelni na zaocznym prawie też zdarza się zaliczanie przedmiotów kluczowych jakimiś referetami czy esejami. Na dziennych to się nie zdarza, no chyba że jakiś fakultet.

      Przykłady mogę mnożyć. Strasznie mnie denerwuje zjawisko płacisz, masz dyplom, ewentualnie: potrzebujemy kasy, która za tobą idzie, więc zostaniesz z nami nawet jak nie będziesz nic robic :/

      Nie mówię, że wszystkie zaoczne studia są be, ale u większości znajomych na zaocznych taki schemat się sprawdza.
      • nivaliss Re: Dokąd zmierza edukacja? 10.03.11, 22:31
        > - u znajomych na pedagogice (dzienna, ucz. publiczna) normą jest, że na egzamin
        > obowiązują kilkudziesięciotsronicowe skrypty, albo tylko notatki z wykładów.

        hę? co w tym złego, że na egzamin obowiązują tylko notatki z wykładów?
        • agafka88 Re: Dokąd zmierza edukacja? 10.03.11, 23:12
          nivaliss napisała:

          > hę? co w tym złego, że na egzamin obowiązują tylko notatki z wykładów?

          że takie notatki nie są nawet równe kilkudziesięciu stronom skryptu? Rozumiem, że wykład też jest ważny, ale bez żadnej lektury uzupełniającej? W taki sposób można ogarnąć jedynie zarys przedmiotu. Przynajmniej u mnie jest normą, że obowiązują nas książki plus ewentualnie wykład. Wymaganie nauczenia się kilkadziesięciu stron ręcznych notatek z rocznego przedmiotu wydaje mi się naprawdę dziwną praktyką (mówię o studiach humanistycznych).
          • nivaliss Re: Dokąd zmierza edukacja? 11.03.11, 09:20
            No tak, jeśli mowa o studiach humanistycznych to rozumiem
    • eponak Re: Dokąd zmierza edukacja? 10.03.11, 20:05
      Ja mam chyba rewelacyjny materiał porównawczy, bo studiuję multiwydziałowo :)

      O uczelniach prywatnych "humanistycznych" mam bardzo złą opinię. Wiem kto z mojej klasy licealnej tam poszedł i co robi na studiach - są to głównie osoby przeciętne, nawet kiepskie, takie które ledwo zdały maturę, albo wręcz oblały przedmioty dodatkowe. Koleżanka przyznaje nawet otwarcie, że sesja to nie jest dla niej czas wytężonej nauki, a wytężenia portfela, bo musi opłacić zdanie egzaminów.

      UW jest rzekomo najlepszą polską uczelnią i to jest częściowo prawdą, ale tylko częściową, bo poziom jest BARDZO nierówny. Kierunki, które mają ogólnie kiepską opinię, tj socjologia, politologia, stosunki, europeistyka czy nawet psychologia to niestety bardzo duże nagromadzenie studentów przeciętnych. Przeciętni są również i wykładowcy, ale oczywiście zdarzają się skarby. Zaliczenie: prosty test z podstaw podstaw, krążące od wieków zbiory pytań, albo to o czym wcześniej pisały dziewczyny - głupi referat, odwalona byle jak praca, czasami ocena wręcz wybłagana. Czasami ocena za obecność, albo ocena na życzenie: wpisz co chcesz dostać.

      Na prawie też studiowałam :) Niby poziom, niby ogrom wiedzy, ale obecnie mam wrażenie, że prawo to masówka (wykład na 700 osób!) i pamięciówka, wielokrotnie bez dotarcia do istoty. Prawo to taka maszyna przerobowa tysiąca studentów. Tylko dla masochistów, ja wiele nie wyniosłam niestety. Wykładowcy - zależy, ja miałam zajęcia z naprawdę wybitnymi osobami, ale wiem że to nie standard. Ponieważ kierunek masowy, więc zaliczenia są bardziej sprawiedliwe i poziom wyższy.

      Robiłam i robię też kierunki, które nazwę ogólnie kulturoznawczymi. Wykładowców mam cudownych, oczytanych - wiele się od nich nauczyłam. Niestety, ale nie potrafią wymagać, więc zaliczenie to jest niestety kpina, bo sprzyja lenistwu. Do zajęć też nie przygotowywała się cała grupa, a czasami były to np 2-3 osoby. Bo jeśli nikt nie wymaga, to i nikt się nie przyczepi.

      O filologii mogę też coś powiedzieć, ale o orientalnej. Na nowożytnej jeszcze nie miałam zajęć, zresztą się nie zanosi na to. Wygląda to tak, że częstokroć nie ma książek (albo nie ma ich w ludzkich językach), a jak są, to ciężko je upolować, może być też tak, że jest 1 egzemplarz na cały wydział w bibliotece i trzeba polować przed sesją. Nie da się chodzić na zajęcia bez przygotowywania się. Nieobecności traktuje się bardzo luźno, oczywiście do czasu kiedy student jest przygotowany. Na orientalistyce miałam chyba najtrudniejsze egzaminy. Jeżeli są jakieś wyjątki, albo wyjątki od wyjątków, trudne zagadnienia, nieistotne szczegóły, to na pewno pojawią się na egzaminie. Nie można przyjść po dniu nauki i zdać. Bardzo wiele osób odpada na początku (na tych dwóch, które robię - ok. 60% osób), zostają Ci najbardziej zdeterminowani. Dużo jest pracy własnej i nauki po godzinach. I tak dla mnie powinny wyglądać prawdziwe studia :)

      Przy czym ciekawe jest to, że próg do stypendium naukowego zawsze najniższy jest na kierunkach, które ja uważam za luźne, lekkie: stypendium od 4,0 (dziś widziałam!), a na orientalistyce jest to, dla porównania, próg od 4,80.
    • elrosa Re: Dokąd zmierza edukacja? 10.03.11, 20:55
      Hm, to chyba zależy od uczelni, a nawet od konkretnego wydziału. U mnie (informatyka na Uniwersytecie Wrocławskim) takich kwiatków nie ma.

      Przy większości przedmiotów trzeba zaliczyć ćwiczenia/pracownię, a następnie zdać egzamin. Żeby zaliczyć ćwiczenia, trzeba rozwiązać odpowiednią liczbę zadań, często przygotować większy projekt (to dotyczy raczej kursów języków programowania). Referaty (wygłaszane na zajęciach, w formie pisemnej oddawałam tylko raz) są dość rzadkie i służą raczej podwyższeniu oceny (chyba, że mowa o seminariach).
      Każdy egzamin można zdawać dwukrotnie - raz w sesji "zwykłej", drugi raz w poprawkowej. Prowadzący mogą zadecydować o zwolnieniu z egzaminu (na przykład po zdobyciu 5.0 z ćwiczeń) lub zorganizowaniu dodatkowej "dopytki", ale zdarza się to bardzo rzadko (podczas 3,5 roku studiów ze zwolnieniem spotkałam się trzy razy, z trzecim terminem - raz).

      Jeśli chodzi o zaliczenia, nacisków "z góry" na podwyższanie ocen nie ma. Istnieją wprawdzie przedmioty-legendy, które zaliczyć trudno, ale nikt nie nalega na wpisywanie dobrych ocen z powietrza, starania idą raczej w kierunku zrozumienia, w czym problem - czy jest zbyt dużo materiału, a zbyt mało wykładów itp. - i rozwiązania tego problemu.

      Generalnie, gdy rozmawiam ze znajomymi, mam wrażenie, że to wyjątek. A szkoda, bo wydaje mi się, że takie podejście powinno być standardem.
    • nivaliss Re: Dokąd zmierza edukacja? 10.03.11, 22:46
      No ja byłam zszokowana po przeczytaniu tego artykułu, u mnie na uczelni takie sytuacje się nie zdarzają. Po pierwszym semestrze wylatuje chyba ok 30% osób, potem już jest lepiej bo można się poratować sesją wrześniową, ale jest trochę osób powtarzających rok. Każdemu przysługują 2 egzaminy w sesji (można wykorzystać oba albo nie przyjść na żaden) oraz 1 termin w sesji poprawkowej. Są oczywiście wykładowcy którzy dają się namówić na dodatkowe terminy. Zaliczenia w formie prezentacji to dla mnie abstrakcja. Pytania na egzaminach owszem powtarzają się, ale głównie w przypadku przedmiotów nieistotnych typu zarządzanie albo w przypadku nieogarniętych wykładowców. Przykładowych pytań wystarczających na 3 nie dostajemy, czasem za to dostajemy pulę pytań na egzamin - ale jest to taka pula, że nawet z nią nauka do egzaminu trwa prawie tydzień.
    • jul-kaa Re: Dokąd zmierza edukacja? 10.03.11, 23:28
      Z zeznań znanego mi (bardzo dobrze) profesora:
      Profesor wykłada na UW i na prywatnej uczelni. Na prywatnej ma zajęcia tylko z zaocznymi, dziennych nie zniósł. Nie był w stanie przeforsować tego, by prace nie były ściągane z internetu, by studenci nie olewali kolokwiów, by siedzieli do niego przodem a nie tyłem, by nie jedli, nie siedzieli w czapkach, by (mówiąc wprost) nie mieli go w dupie. Kiedy forsował cokolwiek (delikatnie, znam go, więc wiem, jakim jest człowiekiem), lądował u szefa uczelni na dywaniku i otrzymywał pogadankę o tym, że studenci płacą, więc ma od nich zbyt wiele nie wymagać.
      Na uczelni państwowej nie jest aż tak źle, jednak ponieważ profesor prowadzi zajęcia z tematu nieszczególnie popularnego, musi bardzo uważać, by ich nie stracić. A stracić można łatwo - wystarczy zrobić zbyt trudne zaliczenie. Wtedy w następnym roku zapisze się na jego zajęcia tak mało studentów, że grupa nie ruszy. Zbyt trudne zaliczenie to nawet nie takie, przy którym część oblewa. Wystarczy zbyt dużo trój i egzamin wymagający choć trochę nauki. Profesor stawia więc czwórki za obecność...

    • nunia01 Re: Dokąd zmierza edukacja? 11.03.11, 15:39
      Pracowałam na uczelni kilka lat temu i raz, słownie raz i dosłownie raz ktoś próbował wywrzeć na mnie nacisk, żebym komuś zaliczyła. Skontaktowałam się z innymi wykładowcami i okazało się, że wszystkim wmawiano, że to ich przedmiot jest ostatni i żeby się zlitowali. Nie zlitowaliśmy się - chłopię zaliczało jeszcze przez rok. Co ciekawe mój przedmiot był łatwy i ciekawy, z zaliczeniem problemów nie miał nikt, kto wykazał minimum zainteresowania.
    • kasia_grubasia Re: Dokąd zmierza edukacja? 12.03.11, 14:46
      Odnośnie do biedy i co z tego wynika dla edukacji. Moje zdanie (mieszkałam na prowincji i z perspektywy Warszawiaka pewnie byłam na granicy ubóstwa, ale w moim mieście moja rodzina była taka, powiedzmy, średnia - nie miałam rolek, tylko jeden rower wspólnie z siostrą, na bezpłatne obiady już się nie kwalifikowałam, ale na wakacje jeszcze nie jeździłam) jest takie: bieda powoduje rozmaite patologie i jedną z nich jest właśnie ograniczenie dostępu do edukacji. Powiedzmy sobie szczerze: jak ktoś nie ma butów, to trudno żeby chodził do szkoły (to nie jest jakiś przykład wzięty z sufitu: moja mama uczyła siostry, które do szkoły przychodziły na zmianę, bo miały tylko jedną parę butów). Z takiej biedy wyrwać się właściwie już nie da. Miałam mnóstwo znajomych, którzy mimo nieźle zdanej matury nie poszli na studia, bo ich rodziców nie było stać na akademik. Jedna koleżanka, stosunkowo całkiem nieźle sytuowana, była oburzona jaki drogi jest akademik w Białymstoku: aż 170 zł za miesiąc. Już przemilczałam ile ja płaciłam w stolicy. Nie ma co się oszukiwać - na studia idą ci, których na to stać. Chyba że są wybitni i kwalifikują się na 4 stypendia na raz, no to wtedy jakoś ciągną.
      • anka_z_lasu Re: Dokąd zmierza edukacja? 12.03.11, 15:10
        "Nie ma co się oszukiwać - na studia idą ci, których na to stać."

        No tu bym nie przesadzała, bo są jeszcze kredyty studenckie i przy odpowiednio niskich dochodach można dostać te 600 zł miesięcznie. Łącznie z comiesięczną wrzutą od rodziców rzędu 50-200 zł - dało się wyżyć, choć dzisiaj siebie za tamto podziwiam. W Warszawie, żeby nie było. Stypendia socjalne też były, a jak już ktoś się porządnie uczył i miał naukowe, to mógł zaszaleć ;)
        • miss-alchemist Re: Dokąd zmierza edukacja? 12.03.11, 17:59
          Raczej "odpowiednio wysokich dochodach". Górny próg jest tak wysoki, że mało kto go przekracza, a nawet do takiego kredytu trzeba mieć żyranta (moim są moi rodzice). Mój TŻ tak się nie załapał na kredyt, bo jego mama ma umowę na czas określony, a tata miał DG jako taksówkarz.

          Za 600 zł miesięcznie da się bez problemu wyżyć w Łodzi, mieszkając w akademiku. Owszem, nie są to luksusy, ale nie ma też ciśnień. Teraz, gdy miałam jeszcze 600 zł stypendium naukowego, to w ogóle życie jak w Madrycie.

          Natomiast socjalne są teraz żenująco niskie, głównie z jednego powodu - otrzymuje je za dużo osób. Co jest zaskakujące - u mnie na uczelni próg dochodowy jest tak niski, że w przeciętnej trzyosobowej rodzinie nie jest możliwe osiągnięcie go, jeżeli oboje rodziców pracuje, nawet za najniższą krajową. A próg jest tak niski, by stypendium socjalne wynosiło nieco więcej niż 50 zł.

          Skąd tyle osób ma socjalne? Ano - rodzice pracują za granicą albo na czarno. Ewentualnie są rolnikami albo mają DG. Co więcej, takie osoby, których rodzice mają te nielegalne dochody, nawet nie wstydzą się składać podania o stypendium socjalne, mimo iż biedy nie cierpią. Dlatego jestem przeciwko stypendiom socjalnym - bo za dużo w Polsce kantowania i oszukiwania, więcej osób natomiast powinno otrzymywać naukowe. Obecnie jest to u mnie na uczelni 10% na latach 2 i 3 oraz 15% na roku 4 oraz 5. Jedynym wydziałem, na którym naukowe są dość wysokie, jest mój wydział, który ma duże dochody własne (nie dofinansowania ze skarbu państwa). Na większości wydziałów najwyższe naukowe to ok. 200-300 zł, co dla mnie jest zapomogą, a nie stypendium. Do tego nasz miłościwy rząd proporcje między socjalem a naukowym, która wynosiła 50:50 zmienił na 75:25. Tak, żeby ci, którzy dostawali naukowe, odpuścili sobie już całkiem, bo naprawdę nie warto sobie żył wypruwać, żeby dostać tę żenującą sumę, bardziej się opłaca pracy szukać.

          A, w ogóle od najbliższego roku, i to jest chyba ministerialne zarządzenie, nie wystarczy zmieścić się w tych 10%. Trzeba mieć jeszcze osiągnięcia sportowe, uczestniczyć aktywnie w działalności kół naukowych albo samorządu studenckiego. Biorąc pod uwagę, jak działa SS na mojej uczelni, jest to zwyczajna legalizacja kumoterstwa.

          Tia... Stypendia.
          • agafka88 Re: Dokąd zmierza edukacja? 12.03.11, 18:12
            miss-alchemist napisała:

            > Raczej "odpowiednio wysokich dochodach". Górny próg jest tak wysoki, że mało kt
            > o go przekracza, a nawet do takiego kredytu trzeba mieć żyranta (moim są moi ro
            > dzice).

            Przy kredycie studenckim jeżeli nie mamy swojego żyranta żyrantem może być bank, tak więc nie jest tak źle.
            • miss-alchemist Re: Dokąd zmierza edukacja? 12.03.11, 18:24
              Być może to zależy od banku, ale mojemu TŻ odmówiono tego kredytu właśnie z braku żyranta.
              • agafka88 Re: Dokąd zmierza edukacja? 12.03.11, 18:28
                To w takim razie polecam PKO BP
                • miss-alchemist Re: Dokąd zmierza edukacja? 13.03.11, 09:54
                  Tam właśnie mu odmówili.

                  Ja mam w BGŻ.
                  • agafka88 Re: Dokąd zmierza edukacja? 13.03.11, 12:24
                    Jak komuś bardzo zależy, to warto chodzić od placówki do placówki, bo oni często różnie interpretują przepisy.

                    Jak mi robili problemy, to poszłam do nich z wydrukowanym rozporządzeniem i jak nadal mimo wszystko chcieli mi odmówić, to zażądałam odmowy na piśmie z uzasadnieniem ich prawnika. Odpuścili. Zresztą wszelkiego typu urzędnicy od razu milsi się robią, jak się poprosi o uzasadnienie odmowy na piśmie.
            • zarin Re: Dokąd zmierza edukacja? 12.03.11, 21:11
              Do niedawna można się było starać o poręczenie BGK tylko będąc sierotą. Dopiero od zeszłego roku można także mając do bodajże 700 zł dochodu na osobę. Przy czym "można się starać" oznacza, że taki wniosek jest najczęściej odrzucany (z obserwacji). Wymaganie poręczycieli skutecznie blokuje dostęp do kredytu tym, którzy go potrzebują najbardziej.

              Gratuluję też realizmu temu, kto wymyślił, żeby pierwszą ratę kredytu czy stypendium wypłacać w grudniu/styczniu. Rozumiem, że na czas tych pierwszych miesięcy należy sobie zawiesić funkcje życiowe.

              Chociaż i tak moim ulubionym elementem systemu stypendialnego jest założenie, że do 26. roku życia jest się na utrzymaniu rodziców. Choćby nie wiem co, choćby się pracowało, miało męża, żonę, urodziło gromadkę dzieci. No, chyba że się ma udowodnioną samodzielność finansową, czyli zarabia ok. dwa razy więcej, niż wynosi próg stypendium. Żelazna logika - 650 zł na osobę to wystarczająca kwota, żeby przeżyć, bo nie przysługuje już stypendium socjalne, i jednocześnie za mała, żeby przeżyć, bo przy takich zarobkach nie ma się samodzielności finansowej.
              Czyli ogólnie czyjaś możliwość studiowania zależy od tego, czy rodzice dadzą błogosławieństwo.

              Ale tak, dowalmy jeszcze ludziom czesne, będzie mniej osób na studiach, będzie fajnie.
              • amoureuse Re: Dokąd zmierza edukacja? 12.03.11, 22:20
                Zarin, przecież się poprawiłam, chodziło mi o czesne za drugi kierunek. Jeśli ktoś jest zdolny, to sobie poradzi, prawda? :) W kredyty studenckie się nie bawiłam, więc się nie wypowiadam.
                • zarin Re: Dokąd zmierza edukacja? 12.03.11, 22:27
                  A widzisz korelację między koniecznością pracy zarobkowej przy tych dwóch kierunkach, a średnią i stypendium naukowym?
                  Poza tym kompletnie nie rozumiem, czemu tylko (rzekomo) najzdolniejsi mieliby mieć prawo do studiowania dwóch kierunków. W ogóle nie rozumiem tego patologicznego zainteresowania tym, co kto studiuje i w jakich ilościach, skoro sobie radzą i nie wylatują, to nie jest sprawa innych ludzi. Karanie za nadmiar ambicji jest chore.

                  • felisdomestica Re: Dokąd zmierza edukacja? 12.03.11, 23:02
                    To patologiczne zainteresowanie wynika z tego, że za to płacimy, jako podatnicy.
                  • amoureuse Re: Dokąd zmierza edukacja? 13.03.11, 09:16
                    Nikt nie chce karać za nadmiar ambicji. Podwójni dzienni studenci zabierają miejsca innym kandydatom, niekoniecznie nawet mniej zdolnym, bo dzisiejsza matura się na poziom zdolności słabo przekłada.
                    • pitupitu10 "zabieranie" miejsca 13.03.11, 11:16
                      amoureuse napisała:

                      > Nikt nie chce karać za nadmiar ambicji. Podwójni dzienni studenci zabierają mie
                      > jsca innym kandydatom, niekoniecznie nawet mniej zdolnym, bo dzisiejsza matura
                      > się na poziom zdolności słabo przekłada.

                      Równie dobrze można powiedzieć, że komuś kolega z klasy "zabrał miejsce", bo zdawał na ten sam kierunek i się dostał. Kryterium przyjęcia na studia jest jedno, jasne i obiektywne: wyniki matury (kiedyś egzaminu). Jeśli ja mam lepsze wyniki to się dostaję i tyle. Jak ktoś się nie dostał to, ujmując rzec brutalnie, trzeba się było więcej uczyć. Studiuję drugi kierunek i nie mam żadnych wyrzutów sumienia z tego powodu, bo nie uważam, że każdemu "przysługuje" miejsce na studiach czekające aż ten ktoś skończy 19 lat. Kiedyś sama nie dostałam się na wymarzone studia. Wśród tych którzy się dostali być może byli tacy, dla których to były drugie studia. Nigdy do głowy by mi nie przyszło mieć do kogoś pretensje, że okazał się lepszym kandydatem niż ja. Life is brutal i tyle.
                      • pitupitu10 Re: "zabieranie" miejsca 13.03.11, 11:17
                        Opłatę za drugi kierunek akceptuję. Rozumiem, że moja edukacja jest opłacana z naszych podatków.
                      • amoureuse Re: "zabieranie" miejsca 13.03.11, 14:49
                        A co powiesz na taką sytuację:
                        na mój wydział przyjmuje się ok 45-50 studentów na pierwszy rok (licencjatu, nie magisterki). Jakoś rok albo dwa lata temu na pierwszym roku pojawiło się chyba z 6 osób, które już studiowały na politechnice i chciały mieć drugi kierunek. W listopadzie wszystkie zrezygnowały, bo nie dawały rady.
                        I teraz 10% miejsc marnuje się (bądźmy szczerzy) za nasze podatki, bo ktoś miał kaprys.
                        O sprawie dowiedziałam się od swojej promotorki, która siedzi w komisji rekrutacyjnej, nie jest to osoba skłonna do wyolbrzymiania, więc mam podstawy jej wierzyć.
                        Może gdyby opłata była obowiązkowa, to te osoby bardziej by się przyłożyły, a przede wszystkim zastanowiły nad wyborem kierunku? Może dałyby szansę osobie naprawdę zdolnej, która nie miała po prostu tyle szczęścia?
                        • pitupitu10 Re: "zabieranie" miejsca 13.03.11, 19:47
                          amoureuse napisała:

                          > A co powiesz na taką sytuację:
                          > na mój wydział przyjmuje się ok 45-50 studentów na pierwszy rok (licencjatu, ni
                          > e magisterki). Jakoś rok albo dwa lata temu na pierwszym roku pojawiło się chyb
                          > a z 6 osób, które już studiowały na politechnice i chciały mieć drugi kierunek.
                          > W listopadzie wszystkie zrezygnowały, bo nie dawały rady.
                          > I teraz 10% miejsc marnuje się (bądźmy szczerzy) za nasze podatki, bo ktoś miał
                          > kaprys.

                          Po pierwsze nie zgodzę się, że drugi kierunek to zawsze "kaprys". Równie dobrze kaprysem konkretny kierunek może być dla osoby na pierwszych studiach. A co do opisanej przez ciebie sytuacji, to pewnie znalazłabyś w swoim otoczeniu wiele przypadków osób, które wyleciały ze studiów z innych powodów niż drugi kierunek. I co, one też "marnują miejsce". Tak już jest, że nie wszyscy kończą zaczęte studia. Oczywiście pewnie jest wiele osób, które studiują drugi kierunek "bo tak", ale nie ogólniajmy. Jest pewnie wiele studentów "z odzysku", którzy studiują, bo mają określony plan zawodowy, pogłębiają pasje, czy doszli do wniosku, że pomylili się co do kierunku studiów.

                          > Może gdyby opłata była obowiązkowa, to te osoby bardziej by się przyłożyły, a p
                          > rzede wszystkim zastanowiły nad wyborem kierunku?

                          Jak już napisałam, opłatę za drugi kierunek akceptuję.

                          Może dałyby szansę osobie nap
                          > rawdę zdolnej, która nie miała po prostu tyle szczęścia?

                          W życiu trzeba być egoistą. Szczęście i dobrobyt obcych mi osób są mi obojętne. O to każdy powinien zadbać sam.
                          • amoureuse Re: "zabieranie" miejsca 13.03.11, 21:23
                            Akurat ten konkretny przypadek uważam za kaprys: to filologia, może nie najpopularniejsza, ale kursy można łatwo znaleźć. Gdyby omawiane osoby miały płacić za drugi kierunek pewnie wybrałyby kursy (taniej i wygodniej). A, jak pisałam, w moim otoczeniu nie ma osoby, która wyleciałaby ze studiów, są tylko takie co same rezygnowały.
                            • pitupitu10 OT filologia 14.03.11, 09:48
                              amoureuse napisała:

                              > Akurat ten konkretny przypadek uważam za kaprys: to filologia, może nie najpopu
                              > larniejsza, ale kursy można łatwo znaleźć.

                              No wiesz! Filologia to nie kurs językowy! <foch> ;)
                          • felisdomestica Re: "zabieranie" miejsca 14.03.11, 15:29
                            pitupitu10 napisała:
                            Po pierwsze nie zgodzę się, że drugi kierunek to zawsze "kaprys". Równie dobrze
                            > kaprysem konkretny kierunek może być dla osoby na pierwszych studiach. A co do
                            > opisanej przez ciebie sytuacji, to pewnie znalazłabyś w swoim otoczeniu wiele
                            > przypadków osób, które wyleciały ze studiów z innych powodów niż drugi kierunek.


                            Tak może być, nie jesteśmy w stanie tego wykluczyć. Ale umówmy się, że za pierwszy kaprys możemy zapłacić, ale za następne już nie.
                  • miss-alchemist Re: Dokąd zmierza edukacja? 13.03.11, 09:48
                    Zwłaszcza śmieszy mnie stwierdzenie, że przecież "10% najlepszych będzie mogło studiować za darmo!". Może to 10% robi wrażenie na kierunku, na którym studiuje 200 osób, ale na takim, jak mój, gdzie na trzecim roku zostało, łącznie ze spadochroniarzami, 75 osób (a startowało nas ok 170!), to jest zupełnie inna bajka. Możesz być naprawdę, naprawdę dobry - ale zdarzy się, że będziesz gorszy o 0,02 niż te wcześniejsze osiem osób. Tak miałam w kwestii naukowego w jednym semestrze.

                    Nie wiem, może inaczej jest na uniwersytetach, ale na polibudzie u mnie - jeśli ktoś idzie na drugi kierunek, to jest to osoba zdolna, ktoś, kto potrafi spiąć poślady i się ogarnąć na dwóch kierunkach. Może nie będzie na obu w tych 10%, ale będzie w czołówce.
              • miss-alchemist Re: Dokąd zmierza edukacja? 13.03.11, 09:53
                Pierwszą ratę stypendium zawsze otrzymywałam w październiku/marcu w zależności od stypendium. Teraz zmieniły się zasady i można było oddawać indeks do końca sesji poprawkowej (wcześniej o stypendium mogły ubiegać się tylko osoby, które oddały indeks w sesji normalnej), więc na decyzję sobie jeszcze poczekam...

                Natomiast gdy składałam wniosek o kredyt studencki, to ratę dostałam w marcu czy kwietniu, a za poprzednie miesiące dostałam wyrównanie. Przez te kilka miesięcy żyłam z pożyczki mojej mamy, którą zaciągnęła w pracy - ma to szczęście, że mają taki fundusz, gdzie mogą zaciągać nieoprocentowane pożyczki.

                Moja siostra nie dostała kredytu, bo studiowała w kolegium językowym, które nie było niby uczelnią wyższą. Gdy jednak przyszło do robienia licencjatu, okazało się, że w zasadzie to jest zaoczną studentką UMCS (!) i musi zapłacić za semestr dyplomowy chyba z 500 zł i jeszcze coś za obronę.
    • black_halo Re: Dokąd zmierza edukacja? 12.03.11, 18:52
      W 2002 poszlam na politechnike, zlozylam na dwa kierunki - informatyke i mechanike, na oba sie dostalam, na pierwszy byl egzamin a na drugi konkurs swiadectw gdzie brali kazdego. Informatyka przestala mi sie podobac po pierwszym semestrze, skonczylam mechanike.

      Stduia byly srednio ciezkie. Byli upierdliwi wykladowy, ktorzy kazali poprawiac recznie pisane sprawozdania po 5 razy, odreczne rysunki techniczne po dziesiec razy i przynosic ulepszony projekt pietnascie raz az w koncu laskawie postawili trojke do indeksu. Byli tez wygladowcy jak poczciwy profesor z Minska, ktory uwazal, ze studenta nie mozna na egzaminie zapytac o nic ponad to co ma w notatkach a notatki ma podyktowac profesor. Chyba u zadnego profesora nie nauczylam sie tyle co u niego a nienawidzilam tej penumatyki z calego serca. Mialam profesorow uwalajacych 95% roku na pierwszy terminie, jakas polowe na poprawce i wysylajaca reszte na komis. Przedmioty gdzie na zaliczenie wystarczyl referat to byly tzw. odchamiacze czyli filozofia, sanologia, cywilizacja itd.
    • pana.cotta Re: Dokąd zmierza edukacja? 14.03.11, 23:14
      z wlasnego doswiadczenia i obserwacji moge powiedziec, ze haruja juz tylko kierunki scisle.
      chociaz wiadomo, ze i tu jest latwiej lub ciezej.
      np jesli norma jest, ze zdawalnosc egzaminu oscyluje wokol 30% to faktycznie czasem sie trafi 3 czy 4 termin, ale generalnie to nie jest latwo.
      norma sa ciagle wejsciowki, kolokwia, i koncowo semestralne 5 zaliczen i 4 egzaminy.
      nie zrobilam w swojej karierze studenckiej jeszcze zadnej prezentacji, ktora dawalaby mi zaliczenie ;)

      a co do zdajacych ludzi, ktorzy nie wiadza nic- sadze, ze to zadna nowosc, tylko teraz jest latwiej ;)

      tak mnie zastanawia, co studiujesz?
      • amoureuse Re: Dokąd zmierza edukacja? 15.03.11, 13:09
        Na ścisłym jest rzeczywiście gorzej, ale i tak mało osób odpada, większość rezygnuje. Tam prezentacja była na zaliczenie ćwiczeń, na wykłady był już egzamin. Na humanistycznym egzamin w formie prezentacji albo za obecność to norma. Jednak ten siódmy termin kolokwium to opowieść ze ścisłego kierunku (laborki z chemii organicznej-był pogrom, ale żeby za 3, 4 razem nie zaliczyć...?).
        Cóż, trudno się nie domyślać co studiuję ;) szwedzki i towaroznawstwo.
Pełna wersja