satia2004
21.03.11, 15:00
Jakiś czas temu przetoczyła się na forum dyskusja na temat religijności, czyli kto w zasadzie jest a kto nie jest katolikiem, czyli na ile może być komuś nie po drodze z zasadami religii aby nadal móc twierdzić, że do niej należy.
Ostatnio naszła mnie taka refleksja, związana z niedanym wydarzeniem w rodzinie. Otóż nie-szwagierka urodziła dziecko. W ramach informowania przyjaciół i znajomych oczywiście pojawiły się głosy (pod adresem TŻ-ta) 'to pewnie teraz zostaniesz chrzestnym!'. Należy tu zaznaczyć, że TŻ od dawna katolikiem nie jest, co otwarcie głosi i wszyscy o tym wiedzą. Jego rodzina z resztą też. Ponowne potwierdzenie tego faktu otoczeniu w formie 'nie jestem wierzący' wywołuje jedynie odpowiedź 'to nie szkodzi'. Matka TŻ-ta to samo, względnie z dodatkiem 'czasem trzeba się nagiąć'. Cóż - ludzie niereformowani są i tyle. Ale ja w sumie nie o tym.
Otóż nie-szwagierka także jest osobą niewierzącą. Ślub ma kościelny (a jak!) ponoć ze względu na wierzącą rodzinę męża (mąż sam również niewierzący). W kościele od czasu ślubu parę lat temu z własnej woli nie byli. Ale dziecko chrzczone będzie. W sumie dlaczego? Bo tak! Bo rodzina (męża), bo tak się robi, bo w sumie nie szkodzi, bo potem dziecko będzie miało łatwiej (sic!).
Refleksja mnie naszła taka - jak długo będzie trwała paranoiczna sytuacja, gdzie niewierzący ludzie wypełniać będą religijne obrzędy 'bo tak', 'bo tradycja', bo dziecko będzie miało łatwiej'? Masie ludzi zwisa to i powiewa i właśnie Ci wszyscy ludzie robią coś dlatego, że inni robią! Niewierzący nakręcają niewierzących! Ogromna rzesza ludzi chrzci dzieci 'bo będzie im łatwiej', bo 'większość' tak robi. Czyż to nie absurd?
Na fakt dowiedzenia się od nie-teściowej, że nie-szwagierce jest 'przykro' z powodu odmowy TŻ-ta spuszczę zasłonę milczenia.