matki / niematki

09.12.11, 23:18
Zainstpirowana postem b_h tak się zastanawiam
Panie, matki dzieci –nasto, i starszych dzieci – czy miałyście momenty, że to własne, ukochane, i oczywiście „jedyne takie na świecie”, nazwałyście bachorem, gnojem itp. (obecnie zupełnie nieuznawalnym) określeniem, złoiłyście tyłek „na wszelki wypadek, bo pewnie zasłużył albo za chwilę nabroi” ?
Przecież kochamy, „wypruwamy flaki”, „urabiamy ręce po łokcie” a tu taki typ pokazuje rogi / zachowuje się niezgodnie z przyjętymi (wg nas) standardami.
Zdarzają się osobniki (jak ja np.), które nie lubią dzieci „jako takich” ale swoje ... „no trudno, tsza kochać i coś z tym fantem zrobić żeby był jak najmniej uciążliwy”. I tu pojawia się problem akceptacji środowiska/otoczenia. Na ile jesteśmy w stanie „poświęcić się” właśnie dla tych stojących z boku (łóżeczko w najdalszym kącie mieszkania, wyciszenie ścian/drzwi, snucie się z ryczącym obywatelem przewieszonym przez ramię całe godziny) a czego oczekujemy od otoczenia ?

    • alex_k Re: matki / niematki 09.12.11, 23:36
      Staram się być matką, która nie pada na kolana przed własnymi dziećmi. Mimo, że są dla mnie pępkami świata, staram się, żeby tak do końca o tym nie wiedziały, no i zdaje sobie sprawę, że inne matki mają własne pępki i moje zdecydowanie nigdy nie będą dla nich wspanialsze, jakkolwiek mocno próbowałabym je do tego przekonać.
      Zawsze przebywając z moimi dziećmi wśród ludzi pilnowałam, żeby nie były uciązliwe dla innych. Ja również nie lubię, jak mi się cudze dzieci pałętają pod nogami w sklepie ograniczając dostęp do produktów, w parku przejeżdżają rowerkami po stopach, potrącają krzesła w restauracji, czy ogłuszają wrzaskiem gdziekolwiek.
      Poza tym, ponieważ jestem jedyną kobietą w męskim 3-osobowym gronie, moi panowie, również najmłodszy, wiedzą, że to mi należy się ostatni kawałek czekolady z papierka, że to ja siadam na najwygodniejszym miejscu, i mnie należy wyręczniać we wszelkich czynnościach, wymagających użycia siły. ;-)
      • aankaa Re: matki / niematki 09.12.11, 23:48
        to mi należy się ostatni kawałek czekolady z papierka,
        drugi (pierwszy zjada ofiarodawca żeby pokazać, że "nietrujący") i ostatni, w tzw międzyczasie kilka :)
        że to ja siadam na najwygodniejszym miejscu,[/i]
        no, to akurat oczywista oczywistość :)
        i mnie należy wyręczniać we wszelkich czynnościach, wymagających użycia siły.
        :)
      • kis-moho Re: matki / niematki 10.12.11, 00:17
        > Poza tym, ponieważ jestem jedyną kobietą w męskim 3-osobowym gronie, moi panowi
        > e, również najmłodszy, wiedzą, że to mi należy się ostatni kawałek czekolady z
        > papierka, że to ja siadam na najwygodniejszym miejscu, i mnie należy wyręczniać
        > we wszelkich czynnościach, wymagających użycia siły. ;-)

        Tylko mnie nie zjedzcie, ale gdyby to facet napisał, to by się długo musiał tłumaczyć z bycia wstrętnym męskim szowinistą ;o)
        • pierwszalitera Re: matki / niematki 10.12.11, 00:28
          kis-moho napisała:

          > Tylko mnie nie zjedzcie, ale gdyby to facet napisał, to by się długo musiał tłu
          > maczyć z bycia wstrętnym męskim szowinistą ;o)

          No bo to było szownistyczne kis-moho. W ten sposób wychowuje się chłopców wierzących w nieporadność i słabość kobiet oraz w to, że przychylność kobiet kupuje się pseudoprzywilejami. Po co im równouprawnienie, gdy mają czekoladki i wygodne fotele? ;-)
          • turzyca OT 10.12.11, 00:33
            No i bedziemy miec offtop.

            Ja chyba wole nierownouprawnienie i przywileje niz nierownouprawnienie i brak przywilejow. A coraz czesciej zauwazam tendencje: "drzwi nie przytrzymam, paczki nie poniose, pensji rownej koledze nie dam."
            Opcji idealnej pt. rownouprawnienie i brak przywilejow jeszcze na zywo nie wykrylam.
            • pierwszalitera Re: OT 10.12.11, 00:45
              turzyca napisała:

              > Opcji idealnej pt. rownouprawnienie i brak przywilejow jeszcze na zywo nie wykr
              > ylam.

              No tak, ale jakieś ideały trzeba mieć. ;-)
          • alex_k Re: matki / niematki 10.12.11, 00:41
            Lekcje o równouprawnieniu wykladam moim synom podczas odnoszenia własnej, brudnej bielizny do kosza z brudami, wkładania użytych naczyń do zmywarki, albo robienia sobie kanapek.

            • pierwszalitera Re: matki / niematki 10.12.11, 00:50
              alex_k napisała:

              > Lekcje o równouprawnieniu wykladam moim synom podczas odnoszenia własnej, brudn
              > ej bielizny do kosza z brudami, wkładania użytych naczyń do zmywarki, albo robi
              > enia sobie kanapek.

              A widzisz, to składa się na całkiem inną całość. Z drugiej strony, ja wolę gdy mężczyźni nie przynoszą mi czekoladek, jak mam na nie ochotę, to kupuję sobie sama, wiem wtedy, że mam takie jak lubię i nie muszę z nikim dzielić. ;-)
              • alex_k Re: matki / niematki 10.12.11, 10:27
                Też sobie sama kupuję czekoladki, ale lubię też mieć świadomość, że trzej najważniejsi dla mnie mężczyźni wiedzą, jakie czekoladki ja lubię najbardziej :-)
                • mszn kolejny ot... 10.12.11, 10:45
                  Strasznie creepy (jak to powiedzieć po polsku?) to dla mnie brzmi, jak matka wymienia syna jednym tchem ze swoim partnerem na liście "najważniejszych mężczyzn w życiu", albo jak jakiś facet o żonie i córce mówi "moje kobiety" w podobny sposób - dla mnie to miesza dwa porządki w życiu, i to w jakiś taki dziwny sposób.
                  Alex, nic osobistego ;), tylko się zastanawiam, czy ktoś też tak ma, czy tylko ja jestem skrzywiona językowo. Raczej to ostatnie, bo mówienie o niemowlakach "mały dżentelmen" działa na mnie podobnie.
                  • anne_stesia Re: kolejny ot... 10.12.11, 11:23
                    Hmm... Ja wiem, że to pewnie brzmi jak żywcem wyjęte z patriarchalnej rzeczywistości ;)
                    Dla mnie to określenie jest... no neutralne powiedzmy. Tzn. nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że może być dla kogoś nieodpowiednie, ale jak się teraz nad tym zastanawiam to może faktycznie coś w tym jest i gdybym była osobą walczącą o równouprawnienie i czystość językową to pewnie bym z tym wojowała :) No ale nie jestem :D
                    • mszn Re: kolejny ot... 10.12.11, 13:04
                      Wiesz, mi nie chodzi tutaj nawet o jakkolwiek pojęte równouprawnienie (że "mój" to zawłaszczanie od razu czy coś?), tylko o niepostawienie granicy między rodzajem relacji, jaką ma się z partnerem, a tą, jaką ma się z dziećmi. Dzieci to aż dzieci, ale też tylko dzieci.

                      Czepiam się. Jakiś czas temu sąsiedzi uparli się, że mój dzwonek do drzwi to pstryczek od światła na klatce. Chodzę lekko poirytowana ;) i mi się na forum odbija. Pójdę sobie poczytać o lakierach do paznokci.
                      • anne_stesia Re: kolejny ot... 10.12.11, 13:38
                        Moja mama zawsze powtarza, że tata to dla niej obcy facet, a to ja jestem jej rodziną ;) To tak w ramach oddzielania więzi ;) Przy czym rodzice są zgodnym i długotrwałym małżeństwem, bo minęło im już ponad 30 lat razem.
                        • clarisse Re: kolejny ot... 18.01.12, 06:19
                          Hmm to ja sobie poofftopuję i będę niepoprawna politycznie. Poniższe nie jest głosem w dyskusji, a tylko wyrażeniem moich odczuć w odniesieniu do moich doświadczeń po przeczytaniu kilku postów powyżej. Nie mam na celu obrażenia niczyjej wrażliwości.

                          Dla mnie najbliższe osoby, które mam, to mąż i dziecko. I tak, oczywiście, to SĄ "moi chłopcy", "moi panowie". W odróżnieniu od brata, taty, siostrzeńców, wujków i kuzynów, którzy są krewnymi lub daleką rodziną (tak, nie żartuję) - mąż (nie "partner" - piszę "mąż" i dokładnie męża mam na myśli) i syn to osoby najbliższe. Jako że dla mnie pakiet "mąż" obejmuje klauzulę "na całe życie" - starałam się wybrać takiego, żeby miał ze mną dość wspólnego, by starczyło na całe życie. Więc absolutnie nie jest to żaden obcy. To jest rodzina, a wręcz ktoś więcej bo rodzina z wyboru. Nie to samo co krewni.

                          Przepraszam Mszn - nic osobistego - ale jak napisałaś, że to jest creepy, to mnie przeraziłaś. Tak jak przeraża mnie pomysł, że nie mogę pocałować swojego dziecka, bo ktoś mi zarzuci molestowanie. Albo że lekarz nie może dziecka dotknąć bo to molestowanie.

                          Ja jestem ze świata, gdzie można było się przytulić do mamy i taty, i to było normalne. Gdzie tata jak wchodził do kwiaciarni, to kupował kwiatek dla każdej kobiety w domu, żeby żadnej nie pominąć. Matki, żony, córki, a jak była ciotka z wizytą to dla ciotki też. I nic w tym nie było niezdrowego. Nikt się nie dopatrywał, że ojciec nie rozróżnia matki od żony albo żony od córki. (Już prędzej, że nadmiernie szasta kasą :D). Tego świata już nie ma??? Teraz są tylko partnerzy i obcy faceci???

                          No cóż w sumie uświadomiłam sobie kilka ważnych rzeczy dzięki temu, co napisałyście. Po pierwsze, że jestem dinozaurem.

                          Po drugie, że świat chyba bardzo się zmienił, skoro w normalnych czułych określeniach dopatruje się niezdrowych stosunków...

                          Po trzecie, że mój mąż i syn to moi chłopcy :) ... i będę to sobie przypominać zawsze, ile razy wzbiera się we mnie okrzyk "ty bachorze!" do syna albo "bo ty ZAWSZE ... " do męża.
                          • jul-kaa Re: kolejny ot... 18.01.12, 10:21
                            Clarisse, ja Ci tylko powiem, że moje myślenie o "moich chłopakach" jest bardzo, bardzo podobne Twojemu.
                            A w moim domu rodzinnym mama o tacie i psie wychodzących razem na spacer mówiła "chłopaki". To dopiero patologia!
                            • kryklu Re: kolejny ot... 18.01.12, 10:49
                              Dopisuję się do grona patologicznych dinozaurów :)
                          • mszn Re: kolejny ot... 18.01.12, 10:44
                            Fajnie to wytłumaczyłaś, zaczynam rozumieć. Swoich odczuć raczej nie zmienię, bo dla mnie dzieci w ogóle są creepy, a przytulanie się do rodziców jeszcze bardziej - ale skoro takim zimnokrwistym jak ja można dać żyć, to i ludziom z uczuciami też ;)
                  • madzioreck Re: kolejny ot... 18.01.12, 00:59
                    > Alex, nic osobistego ;), tylko się zastanawiam, czy ktoś też tak ma, czy tylko
                    > ja jestem skrzywiona językowo. Raczej to ostatnie, bo mówienie o niemowlakach "
                    > mały dżentelmen" działa na mnie podobnie.

                    Ołmajgad, a ja do siostrzeńca od urodzenia mówię "panie"... W sensie:
                    -Halooo, panie, gdzie pan pakujesz ciotki telefon, tego się nie je, słyszysz pan?!
                    ;)
                    • clarisse Re: kolejny ot... 18.01.12, 12:57
                      Albo "panie kolego" :)
                    • kocio-kocio Re: kolejny ot... 18.01.12, 13:30
                      Ja do syna często mówię per Panie Stanisławie.
                      A do moich chłopaków "moje chłopaki".
                      Do rodziców się nie przytulam, bo nie. Bo nie pamiętam kiedy byłam przytulana.
                      Za to we własnym domu to zimno przełamuję na wszelkie sposoby i miętoszę moich chłopaków nieustannie.
                      Tak. Obu. Ale każdego trochę inaczej.
              • anne_stesia Re: matki / niematki 10.12.11, 11:20
                Mogę się doczepić? :D Ale tak bez wredności :D
                Czy jak pierwszalitero kupisz sobie sama czekoladę to się nią nie dzielisz? :D
                • pierwszalitera Re: matki / niematki 10.12.11, 12:51
                  anne_stesia napisała:

                  > Mogę się doczepić? :D Ale tak bez wredności :D
                  > Czy jak pierwszalitero kupisz sobie sama czekoladę to się nią nie dzielisz? :D

                  Raczej nie. Dzieci nie posiadam i jak kupię coś dla siebie i przyniosę do domu, to czeka tam na mnie tylko mój małżonek, który ma zupełnie inny gust czekoladowy. A my generalnie nie jesteśmy z ludzi, którzy jedzą cokolwiek, byle słodkie. Więc ja mam swoje rzeczy, on swoje rzeczy i nie wyjadamy sobie zapasów. Słodycze podpadają u nas też pod używki i tak jak nie namawiam go do picia alkoholu lub kawy, kiedy nie ma ochoty, tak nie namawiam go do czekolady. Mnie osobiście drażni, gdy komuś się wydaje, że zrobi mi przyjemność wpychając mi jakiekolwiek czekoladki przy byle okazji. Podaję się jednak społecznemu przymusowi i sama częstuję gości, w tym celu kupuję rzeczy bardziej uniwersalne, by trafić w ogólny smak, bywa jednak, że jak coś zostanie, to nikt tego więcej nie będzie jadł, bo patrz wyżej (generalnie nie jesteśmy z ludzi, którzy jedzą cokolwiek, byle słodkie). W pracy i w terenie, albo tam gdzie spotykam innych ludzi, czekolady nie jadam. Wystarczająco obszernie? ;-)
                  • kis-moho Re: matki / niematki 10.12.11, 13:10
                    Podaję się jednak społecznemu przymusowi i sama c
                    > zęstuję gości, w tym celu kupuję rzeczy bardziej uniwersalne, by trafić w ogóln
                    > y smak, bywa jednak, że jak coś zostanie, to nikt tego więcej nie będzie jadł,
                    > bo patrz wyżej (generalnie nie jesteśmy z ludzi, którzy jedzą cokolwiek, byle s
                    > łodkie).

                    A, to takie buty. W takim razie Twój post:

                    > Z drugiej strony, ja wolę gdy mężczyźni nie przynoszą mi czekoladek, jak mam na nie
                    > ochotę, to kupuję sobie sama, wiem wtedy, że mam takie jak lubię i nie muszę z nikim
                    > dzielić

                    nabiera zupełnie innego znaczenia. Pisany z pozycji smakosza wyrobów czekoladowych ma zupełnie inny sens, niż pisany z pozycji kogoś, kto zje wszystko, co zawiera czekoladę (jak na przykład ja).
                    • pierwszalitera Re: matki / niematki 10.12.11, 13:42
                      kis-moho napisała:

                      > nabiera zupełnie innego znaczenia. Pisany z pozycji smakosza wyrobów czekolado
                      > wych ma zupełnie inny sens, niż pisany z pozycji kogoś, kto zje wszystko, co za
                      > wiera czekoladę (jak na przykład ja).

                      Trudno, bym do każdego posta podawała kilku stroniczne wyjaśnienie sytuacji, by nie dopuścić do błędnej interpretacji. Jak ktoś źle zrozumie, do czego ma pełne prawo, to zawsze mam szansę odpowiedzi. Jak każdy. Podobnie zrobiła to tutaj alex_k i nie było problemu. I ja też jestem smakoszem wyrobów czekoladowych, ale właśnie dlatego nie jem wszystkiego jak leci. Ktoś, kto zjada wszystko co zawiera czekoladę, to nie smakosz, a łasuch. ;-)
                      • kis-moho Re: matki / niematki 10.12.11, 13:46
                        Ktoś, kto zjada wszystko co z
                        > awiera czekoladę, to nie smakosz, a łasuch. ;-)

                        Dokładnie to oznacza mój nick :o)
                  • anne_stesia Re: matki / niematki 10.12.11, 13:36
                    Na pewno zrozumiałam, że nie jecie czegokolwiek byle słodkie :D Podkreślone wężykiem i podwójną linią :D
                    • pierwszalitera Re: matki / niematki 10.12.11, 13:45
                      anne_stesia napisała:

                      > Na pewno zrozumiałam, że nie jecie czegokolwiek byle słodkie :D Podkreślone węż
                      > ykiem i podwójną linią :D

                      Bo to dla mnie bardzo ważne, powód do dumy i misja życiowa, dlatego wpisuję sobie na transparenty. :-P
        • alex_k Re: matki / niematki 10.12.11, 00:35
          Może na usprawiedliwienie dodam, że ja jestem z nich wszystkich najmniejsza :-P
          To, że lubię być przez moich panów rozpieszczana, wyręczana i hołubiona wynika też pewnie z tego, że wychowywałam się w zdecydowanie babskim towarzystwie, gdzie o każdy kawałek czekolady trzeba było toczyć zaciekły bój ;-) Poza tym, to, ża ja tak lubię, nie znaczy, że to powinno według mnie być normą wśród wszystkich kobiet. Każda z nas powinna być traktowana tak, jak lubi i sobie życzy, a ja lubię j.w. ;-)
          Pisząc o tym chciałam jedynie zaznaczyc, że staram się wychowywać dzieci tak, żeby nie trwały w błędnym przekonaniu, że to one są zawsze na pierwszym miejscu i to im się wszystko należy. Często trafia mnie "coś", jak widzę mamuśki niosące tornistry swoim wyrośniętym dzieciom, albo kolebią się w autobusie nad dzieciątkiem które sobie siedzi rozparte wygodnie.
          • kis-moho Re: matki / niematki 10.12.11, 11:38
            Mój komentarz był trochę pół-żartem, szczególnie, że dotyczył zdania o czekoladzie :o)
            Wyobraziłam sobie tylko zdanie napisane przez faceta:

            Poza tym, ponieważ jestem jedynym mężczyzną w damskim 3-osobowym gronie, moje panie, również najmłodsza, wiedzą, że to mi należy się największy kawałek ciasta, że to ja siadam na najwygodniejszym miejscu, i mnie należy wyręczniać we wszelkich czynnościach kuchennych. ;-)

            Po którym zostałby rozerwany na strzępy. Oczywiście moja wersja jest przerysowana. Uderzyło mnie tylko to, jak niedaleko jest od sympatycznych rodzinnych zwyczajów do "patriarchalnego modelu rodziny", i jak się czasem można zapędzić oceniając kogoś po takich właśnie drobiazgach (nie, nie uważam, że częstowanie kobiet czekoladkami jest objawem szowinizmu).
            W ogóle nie myślałam, że ten post rozwinie się w offtop.
            • alex_k Re: matki / niematki 10.12.11, 12:48
              Nie jest też oczywiście tak, że w moim domu króluje matriarchat. Przedstawiłam tylko jedną stronę medalu, ale ten mechanizm działa w obie strony, po równo raczej, tzn. ja uważam, że korona mi z głowy nie spadnie, jesli skoczę do sklepu po piwo dla męża, który ogląda mecz, albo zaniosę któremuś z moich synów gorącą czekoladę do pokoju, jeśli wiem, że mają gorszy dzień. ;-)
              • kis-moho Re: matki / niematki 10.12.11, 13:01
                tzn. ja uważam, że korona mi z głowy nie spadnie, jesli skoczę do sklepu p
                > o piwo dla męża, który ogląda mecz, albo zaniosę któremuś z moich synów gorącą
                > czekoladę do pokoju, jeśli wiem, że mają gorszy dzień. ;-)

                No jasne, właśnie o to mi chodziło, że to jest straszne, jeżeli ludzie wyzbywają się przyjacielskich odruchów w rodzinie tylko po to, żeby przypadkiem nie zostać uznanym za uciśnioną żonę :o)
    • milstar ot: przeczytałam majtki/niemajtki... 10.12.11, 00:20
      ... i się zastanawiam w czym ta aankaa chce chodzić zamiast majtek w środku zimy
      • aankaa Re: ot: przeczytałam majtki/niemajtki... 10.12.11, 00:28
        jako (od wiosny) fanka pończoch www.noszebiustonosze.pl/products/30/p/455

        • ko_kartka Re: ot: przeczytałam majtki/niemajtki... 18.01.12, 00:28
          Musiałam dobrą chwilę pomyśleć, czemuż majty z nogawicami mają pasować tak idealnie do pończoch... że niby do tych nogawic się dopina, jak do pasa na przykład? I czy pończochy samonośne (tylko takie naszam) mają iść na wierzch, czy pod spód...

          Trza zweryfikować sobie ajkiu, jak nic.
          • aankaa Re: ot: przeczytałam majtki/niemajtki... 18.01.12, 14:10
            majty na samonośki :)
            swoją drogą długą masz tą "dobrą chwilę" :D
            • ko_kartka Re: ot: przeczytałam majtki/niemajtki... 18.01.12, 20:50
              aankaa napisała:

              > majty na samonośki :)
              > swoją drogą długą masz tą "dobrą chwilę" :D

              Abo niektórzy myślą konstruktywnie, a niektórzy tylko długo ;) To genetyczne, więc sumienie mam czyste :D
          • milstar Re: ot: przeczytałam majtki/niemajtki... 22.01.12, 01:20
            Nie wpina, przyszywa ;)
            Wtedy i ciepło, i w toalecie nie ma problemu
    • clarisse Re: matki / niematki 18.01.12, 13:53
      A tak odpowiadając na główny post :) Trochę to będzie na marginesie i od czapy, bo nie do końca kojarzę ten inny post, z którego wynikło pytanie. Zbiór myśli nieuporządkowanych, tak to nazwijmy

      Ale owszem, wiele razy miałam ochotę powiedzieć do Młodego "ty paskudny wredny bachorze" (ma prawie 3.5 roku). Czy to znaczy, że moje dziecko jest nieznośne?
      Ależ nie. Obcy ludzie twierdzą, że jest grzeczne i inteligentne.
      Ale każde dziecko jest męczące, bo matką jest się 24h na dobę. Czasem ciężko jest sobie uświadomić, że od teraz już zawsze człowiek w pierwszej kolejności jest matką.
      Każde dziecko ma fazy, kiedy trudno jest mu coś wytłumaczyć. Bo ono widzi świat po swojemu.

      Kłopotliwość mojego dziecka dla innych. No cóż.
      Ja tam dzieci nie lubię, jako takich. W sensie - nigdy nie pragnęłam gugać do dzieci, przytulać dzieci, bawić się z dziećmi. Nigdy też jednak nie twierdziłam, że dzieci mieć nie będę. No to mam. Muszę przyznać, ze mienie dziecka sporo zmienia w oglądzie rzeczywistości. Co mianowicie:
      - wiem, że naprawdę to, że niemowlak płacze, nie musi być winą rodziców
      - w ogóle płacz niemowlęcy przestał mnie drażnić - raczej zastanawiam się "dlaczego płacze" niż (jak wcześniej) "kiedy do cholery wreszcie będzie cisza"
      - nie razi mnie zupełnie, jak na poważnych dorosłych uroczystościach i w poważnych miejscach dzieci plączą się pod nogami
      - kiedyś uważałam, że ustąpić miejsca to można kobiecie w ciąży; teraz uważam że prędzej matce z małym dzieckiem (pod warunkiem że to matka usiądzie, a dziecko weźmie na kolana! raz opietruszyłam w autobusie babcię która chciała mojemu synowi miejsca ustąpić, no żesz!)

      Prawda jest taka, że wiele z zachowań dziecka, które ja (ja - dorosły, ja - zmęczona matka, ja - fanka internetu siedząca godzinami w sieci) odbieram jako irytujące, to normalne zachowania. Dziecko jest żywe, biega, wszędzie go pełno, nie patrzy pod nogi - no pewnie, przecież poznaje świat. Siedzący na baczność trzylatek, który nawet nie kiwnie palcem i nie otworzy buzi to dla mnie nie norma - to raczej powód do obaw, czy wszystko z nim okej - choć niewątpliwie łatwiej jest z takim gdziekolwiek przebywać. Dziecko chce, by się z nim bawić - no przecież to normalne. (Czasem muszę się pukną w głowę, żeby sobie o tym przypomnieć, to fakt)

      Oczywiście, w dziecku trzeba wytwarzać pewne nawyki, trzeba je uczyć - kiedy mówić dzień dobry, kiedy dziękuję, do kogo jak się zwracać, czego nie dotykać itp. I to staram się robić. Jeśli moje dziecko wyciąga łapki do cudzej torebki, to przypominam mu, że to jest PANI torebka, nie TWOJA i że nie wolno. W 9 przypadkach na 10 owa pani uśmiecha się i mówi że nic nie szkodzi - albo pyta mego syna czy podoba mu się torebka.

      Myk polega na tym, że ja czasem mam świadomość że dziecko (np, 1,5-roczne) może nie rozumieć takiego zakazu - ale wiem, też że 1) ta pani, do której torebki wyciąga łapy, może nie mieć świadomości, że on nie rozumie 2) jak usłyszy o tym teraz, a potem jeszcze raz - to chociaż nie zrozumie, zasada będzie gdzieś tam zasiana.

      Ale moje dziecko nie ma już 1,5 roku, ma ponad dwa razy tyle. Rozumuje po swojemu i ma swoje zdanie. I coraz częściej pojawiają się sytuacje:
      - Dzień dobry! ... Synuś, powiedz pani dzień dobry!
      - Auuuuuuu!
      - Synuś?!
      - Mamo, ja jestem teraz wilkiem, wilki nie umieją mówić! wilki wyją...
      I czasem mnie to męczy. Czasem robię wilkowi albo krowie, albo co tam się akurat wykluło pogadankę o tym, że trzeba mówić dzień dobry, że wilkiem jest tylko na niby, a naprawdę jest chłopczykiem i mamusi bardzo zależy, żeby mówił dzień dobry jak każdy grzeczny chłopczyk... Ale czasem odpuszczam.

      Ale wyciszanie ścian, bo dziecko płacze? Przykro mi, to jakaś utopia i rzecz zupełnie nierealna. Nie pierwsze i nie ostanie to dziecko na świecie, które płacze. Oprócz płaczu dziecka mam wokół siebie masę innych irytujących odgłosów. Sąsiadka przygrywa na pianinie ciągle tę samą melodię, od lat. Pies sąsiadów na górze wyje, kiedy oboje wychodzą do pracy. Sąsiad jak nie jeden to drugi akurat wiesz szafki, a u nas w bloku to oznacza niezmiennie huk wiertarki.

      W sumie zdarzyły nam się dwie sąsiedzkie wizyty w związku z dzieckiem. Raz podczas remontu u nas sąsiedzi przyszli się skarżyć, że próbują uśpić dziecko i nie mogą. Ich racja, mąż przeprosił, ustalił kiedy lepiej będzie wiercić i wiercił o innej godzinie, bo na szczęście mógł. Potem ci sami sąsiedzi mieli remont kiedy nam się urodziło dziecko - mąż w pewien irytujący wieczór poszedł z rewizytą i ogólnie nie było problemu.

      Na szczęście moje dziecko nie miało kolki, kolka oznacza zanoszenie się płaczem godzinami i z relacji większości dotkniętych tym rodziców - naprawdę najczęściej bez możliwości uspokojenia aż samo przejdzie. Gdyby mnie to dotknęło, prawdopodobnie nie miałabym współczucia dla skarżących się sąsiadów - zwyczajnie nie miałabym siły im współczuć. Kilka godzin prób uspokojenia rozryczanego niemowlaka, któremu nic widocznego nie dolega, w dodatku tego najwłaśniejszego niemowlaka - to naprawdę starczy, by napyskować każdemu kto jeszcze przyjdzie z dodatkowymi pretensjami.

      Tak sobie myślę - jakie jeszcze sytuacje mogą powodować taki rozpaczliwy i męczący płacz dziecka?
      - rodzice uczą "samodzielnego zasypiania" ... buuu ... no jest taka szkoła, wywalić dziecię do jego pokoju, niech wyje, aż przestanie; mnie ten pomysł mierzi okrutnie i się z nim nie zgadzam, więc moje dziecko nigdy nie miało takiego powodu do płaczu;
      - dziecko jest na etapie "rzucam się na ziemię i wrzeszczę, aż mama ustąpi" ... - tu już mówimy o dziecku kilkuletnim, nie o niemowlaku! - no to przykro mi, proszę pani sąsiadki, ale ustąpić nie mogę - wbrew pozorom tu trwa proces wychowawczy; oczywiście zrobię co się da, aby dziecko nie wyło, bo to nie jest dla nikogo przyjemne (dla mnie i dla dziecka też nie!) - ale generalnie jeśli spełnię żądanie wyjącego dziecka, to jedyne co osiągnę, to że jutro będzie wyło o kolejną rzecz... więc lepiej kilka wyć przeczekać.

      Nie ma idealnych rozwiązań. Każda sprawa jest tak naprawdę indywidualna, podobnie jak każde dziecko, rodzic i zmęczony hałasem / breweriami / czymś innym sąsiad.

      Hmm czy ja w ogóle na temat? jakoś tak dryfuję...
      --
      - Gdzie ty byłaś, jak ludzie rośli?!
      - Stałam w kolejce po biust...
Inne wątki na temat:
Pełna wersja