mauzonka
24.04.09, 21:22
Dzisiaj przez całe popołudnie czuję się, jakby śledziła mnie Masa Krytyczna - czyli manifestacja rowerzystów napie*(pardon)*lających w trąbki, gwizdki, dzwonki i wzmacniacze, poruszająca się ślimaczym tempem tłumną kolumną przez całe miasto i utrudniająca ludziom życie.
Najpierw zajęcia - nie słychać prowadzącego, bo zza okien dobiega hałas rowerzystów. Wracam do domu - czekam 25 minut na przejściu, bo Masy Krytycznej sygnalizacja świetlna nie obowiązuje. Wieczorem wracam z zakupów, głodna jak smok po całym dniu, i kiedy już jestem 100 metrów od domu, znów muszę czekać kwadrans na przejściu, bo co? Bo Masa Krytyczna jedzie z powrotem!
Jestem zwolennikiem ścieżek rowerowych i uważam, że polityka miasta wobec rowerzystów jest żałosna, ale do kurki nędzy - czemu oni nie jezdżą pod ratuszem w godzinach wychodzenia urzędników z pracy? Czemu ja muszę tracić na stanie na przejściu dla pieszych 40 minut!? Czemu manifestacje MK są wymierzone w uprzykrzanie życia zwykłym mieszkańcom, a nie decydentom miejskim?
Nie-na-wi-dzę Masy Krytycznej, choć sama uwielbiam rower. Przeszkadza mi zbydlęcenie tego tłumu, który w trakcie manifestacji nie tylko jedzie ulicą, ale jeszcze po chodniku, olewając zupełnie zdezorientowanych pieszych. Wkurzają mnie bydlackie wrzaski z tłumu, zwłaszcza te nieartykułowane "buueee, ooo, uuuu, piduup, piduup".
Zwolenniczki Masy - są tu jakieś? Nie można przeprowadzać akcji w sposób nie wzbudający agresji obserwujących? "Kultura konfrontacji" jest jedyna możliwością w dialogu rowerzystów z nierowerzystami?