Milosc a rozsadek

07.06.09, 01:58
czyli kolejny watek weekendowy. :)

Chyba kazda z nas spotkala sie ze zdaniem, ze wazne sprawy trzeba omowic zanim
sie wejdzie w zwiazek malzenski. Wazne to znaczy np. wychowanie dzieci,
podejscie do aborcji, podejscie do rodzicow itd itp. Pojawia sie ono w wielu
dyskusjach forumowych, gdy autorka watku opisuje problemy wynikajace z
niepokrywania sie systemow wartosci malzonkow.

Zdanie na pierwszy rzut oka sluszne. Bo przeciez do slubu trzeba podchodzic
rozsadnie, wybrac sobie starannie partnera i nie sciagac sobie bezmyslnie
klopotow na glowe. Ale teraz wyobrazmy sobie, ze macie najukochanszego na
swiecie faceta, z ktorym rozumiecie sie na wielu polach, dobrze Wam razem i w
ogole zycia sobie bez niego nie wyobrazacie. I w trakcie ktorejs rozmowy
wychodzi Wam zasadnicza gleboka roznic zdan, ktora moze spowodowac powazne
problemy w przyszlym zyciu - np. on jest zdania, ze dopoki dziecko nie pojdzie
do szkoly matka powinna byc "bardziej w domu" co oznacza co najwyzej prace na
czesc etatu, a Wy nie wyobrazacie sobie ograniczenia pracy zawodowej na co
najmniej 7 lat. Albo inaczej - Wy jestescie zdania, ze jesli zajdziecie w
ciaze, gdy sytuacja finansowa nie bedzie pozwalac na (kolejne) dziecko, to
dokonacie aborcji, a on jest zdania, ze aborcja z takiego powodu jest
wykluczona. To sa tylko przyklady, moze byc to tez kwestia religii, miejsca
zamieszkania itd itp. Chodzi o cos co jest wazne, wiec raczej zadna strona nie
zmieni zdania i co nie daje miejsca na kompromis i co nie wplywa na Wasze
obecne zycie, a jedynie moze wystapic w jakiejs przyszlosci.

I co w takiej sytuacji? Wypowiadamy zwiazek? Z jakim czasem wypowiedzenia? Czy
ciagniemy zwiazek majac swiadomosc, ze w przyszlosci czai sie katastrofa?
    • pierwszalitera Re: Milosc a rozsadek 07.06.09, 02:41
      Jestem odrobinę zaskoczona postawionym pytaniem, bo nie znam pary,
      która profilaktycznie omawia przed zalegalizowaniem związku każdą
      konfliktową sytuację. ;-) Życie w związku, to moim zdaniem nie tylko
      kompromis, ale czasem też rezygnacja. Dla kogoś, kto jest nam ważny
      robi się ustępstwa, trzeba tylko dbać, by żadna ze stron nie musiała
      robić tego częściej niż druga. Nie widzę w tym nic złego i
      wymaganie, że dojdzie się w każdym przypadku do wygodnego dla
      każdego konsensu jest idealizowaniem. Ale zdarza się też często, że
      gdy przychodzi co do czego, zmienia się nasze spojrzenie na
      sprawę/konflikt/problem i w obecności nowych, przedtem nieznanych
      faktów, zmieniamy też nasze zdanie. Z drugiej strony z osobą, która
      bezwzględnie ignoruje moje ważne potrzeby z powodów, których
      konieczności nie potrafi mi przekonująco wyjaśnić, nie potrafiłabym
      żyć. Ja jednak podchodzę do związków i miłości raczej spontanicznie,
      intuicyjnie oraz opytmistycznie i jakoś do tej pory wszystko
      wychodziło mi szalenie bezkonfliktowo. ;-)
      • turzyca Re: Milosc a rozsadek 07.06.09, 03:28
        Ty sie nie liczysz, bo programowo nie masz dzieci. ;P I w najgorszym wariancie
        skrzywdzisz siebie, co Ci sie slusznie z braku rozsadku nalezy, a nie niewinne
        dzieciatka, ktore naprawde nie sa temu winne, ze rodzice wykazali sie takim
        karygodnym brakiem myslenia doprowadzajacym do ich rozwodu. (jesli ironia i
        sarkazm nie buchaja to prosze sobie to przeczytac mozliwie ironicznym tonem)

        Przy czym jesli wciaz to nie jest jasne, to ja tej teorii sama nie wymyslilam,
        co i rusz mi sie w oczy rzuca, przykladowo tu:
        forum.gazeta.pl/forum/w,567,87575037,87575300,Re_Gdy_maz_nie_chce_niepracujacej_zawodowo_zony_.html
        (w tym watku ten tekst pojawia sie nie raz) i zawsze sie zastanawialam, jak
        osoba wyglaszajaca takie twierdzenia wyobraza sobie konsekwentne przeprowadzenie
        takiego postepowania. Dzis mi sie zebralo na zalozenie watku rozrywkowego. :)
        • pierwszalitera Re: Milosc a rozsadek 07.06.09, 13:43
          turzyca napisała:

          > Ty sie nie liczysz, bo programowo nie masz dzieci. ;P

          Jasne, że się nie liczę. ;-) Ale z jednym się nie zgodzę, z tym krzywdzeniem niewinnych dzieciątek, to gruba przesada. Nie jestem zdania, że dorośli powinni układać sobie życie tak, by było ono idealne dla dzieci. To jakaś nowoczesna paranoja i nikomu nie wychodzi na zdrowie, ani dorosłym, ani dzieciom. Dzieci, są dzieci, powinno się je kochać i spełniać najważniejsze potrzeby, ale jeżeli coś koliduje z planami dorosłych, to nie można z góry zakładać, że układ dziecioprzyjazny wygra. I tak na przykład sprawa pracy matki. Nikogo praca zawodowa matki jeszcze aż tak nie spaczyła, by robić z tego ideologię typu "matka należy do kuchni, gdy dzieci są małe". Jeżeli dorosły mężyczyzna ma takie wyobrażenie jeszcze przed zawarciem małżeństwa, to albo ma jakieś traumy, które należy przepracować u terapeuty, albo nienaruszalność jego wyobrażeń i wartości jest ważniejsza od kobiety, która podobno leży mu na sercu. Jeżeli w czymś takim wykazuje się upór, to nie wróżę dobrze na przyszłość, bo sytuacje konfliktowe mogą przychodzić nieoczekiwanie i niestety wszystkiego nie da się przewidzieć oraz już dzisiaj omówić. I skoro już na początku, gdy miłość tętni i bucha, widzi się tak małą zdolność do ustępstw i kompromisów, to lepiej pójść za głosem rozsądku i zrezygnować. Oznacza, to bowiem tylko trudnego, upartego partnera, z którym życie może stać się tylko nużącą walką. Naturalnie można spróbować, jak ktoś widzi szanse, dla mnie późniejszy rozwód, nawet jak są dzieci, nie jest tragedią, jest nawet często decyzją o wiele korzystniejszą niż szarpanie sobie przez resztę życia nerwów. Rozpad małżeństwa, to też nie od razu najgorsza porażka. Ja mam trochę skłonności do szukania we wszystkich moich doświadczeniach pozytywnych aspektów, uważam, że związki, które mi się nie udały, do czegoś tam były dobre i nie rozpaczam zanadto nad rozstaniami. I pewnie, nie mam dzieci, ale nawet wtedy nie myślałabym w kategoriach krzywdy i winy. Być może związane jest to też z moją łatwością przyswajania sobie niekonwencjonalnych rozwiązań i nie mam zbyt skostniałych wyobrażeń o idealnym planie na życie i rodzinę. Potrafiłabym znaleść się w wielu, nawet odrobinę sprzecznych wariantach. Sprawdzam tylko, czy moje wybory dobrze mi robią, zawsze istnieje bowiem jakaś możliwość korekty. Ludzie ze zbyt sztywnymi zasadami i precyzyjnie wykształtowanymi opiniami, robią mi też osobiście trochę stracha, zawsze mam bowiem obawę, że w imię obrony swoich pozycji sięgną nawet do drastycznych środków. ;-) To nie jest dla mnie pożądana cecha charakteru. I może dlatego takich partnerów odrzucam do samego początku.
          Dzieci w domu, to jest też sytuacja przejściowa, tego nie można zapominać. Te 20 lat, kiedy z nami mieszkają przepływają szybciutko i potem naturalnie nie znikają z naszego życia, ale przestają być codziennie w centrum uwagi i trzeba jakoś z tym partnerem, ojcem naszych dzieci, dać sobie i bez nich radę. ;-) Wiele ludzi zapomina, że dzieci są tylko pięknym dodatkiem do związku, a nie jego podstawą i o miłość do partnera też trzeba dbać.
          • yaga7 Re: Milosc a rozsadek 07.06.09, 21:33
            Pod tym się mogę podpisać :)
      • panistrusia Re: Milosc a rozsadek 07.06.09, 11:31
        A ja się dziwię temu, że nie ma obowiązku przedyskutowania pewnych
        spraw przed ślubem (np. na kursach).

        Oczywiście zmieniamy się, zmieniają się okoliczności, ale...spotkałam
        się z masą ludzkich dramatów, które zaczęły się np. od tego, że
        trzeba było się nagle teściową zająć, bo poważnie zachorowała.
        Albo okazywało się, że jak żona straciła pracę, to mąż jej tylko
        jakieś kieszonkowe dawał i straciła prawo do decydowania o większych
        zakupach.
        W mniej drastycznych przypadkach np. jedna strona od lat nie miała
        udanych wakacji, bo ją druga strona zmuszała do spędzania czasu tak,
        jak ona lubi.
        • kasiamat00 Re: Milosc a rozsadek 07.06.09, 20:33
          Na dobrych kursach przedmałżeńskich omawia się bardzo dużo spraw tego typu. Nie,
          nie chodziłam na kurs przedmałżeński, za to dorwałam kiedyś "zeszyt ćwiczeń" z
          takiego kursu, na który chodzili moi przyjaciele, i byłam bardzo pozytywnie
          zaskoczona. Kilkadziesiąt tematów, przy każdym każda z dwóch osób ma
          samodzielnie napisać swoje poglądy, a potem przeczytać co napisała ta druga i
          przedyskutować to.

          Inna rzecz, że wystarczy poczytać gazetowe forum o ślubach, aby przekonać się,
          że większość nowożeńców omija takie kursy jak najszerszym łukiem, bo traktuje to
          jako przykry obowiązek, który należy jak najszybciej odbębnić.
        • plica Re: Milosc a rozsadek 07.06.09, 21:25
          > A ja się dziwię temu, że nie ma obowiązku przedyskutowania pewnych
          > spraw przed ślubem (np. na kursach).

          na kursie w ktorym mialam nieszczescie uczestniczyc bylo cos takiego. akurat ten temat byl potraktowany bardzo powaznie i podobalo mi sie
          • yaga7 Re: Milosc a rozsadek 07.06.09, 21:34
            Na kursie, na którym ja byłam, były omawiane takie sprawy.
            Wszyscy byli zadowoleni, a my z Lubym się nudziliśmy, bo prawie wszystko
            wcześniej i tak przegadaliśmy.
    • magdalaena1977 Re: Milosc a rozsadek 07.06.09, 09:18
      Trudno mi jest wyobrazić sobie, żeby ktoś idealny, miły, z kim się doskonale
      rozumiem, nagle objawił w ważnej sprawie jakiś pogląd, który jest dla mnie nie
      do przyjęcia.
      Bo to byłoby sprzeczne z całą moją wiedzą o nim i stawiałoby pod znakiem
      zapytania także jego inne zalety. Ewentualnie oznaczałoby, że coś ważnego przede
      mną ukrywał, co też bardzo źle o nim świadczy.
      Np. facet, który stwierdza, że oczekuje seksualnej wyłączności od swojej żony,
      ale nie widzi nic złego z korzystaniu z usług prostytutek.
      • zawsze_zielona Re: Milosc a rozsadek 07.06.09, 18:50
        Zgadzam sie z Magdalaena. Jesli z kims jestem, to znam tego czlowieka, rozmawiamy na rozne tematy i nie spodziewam sie niespodzinek o ktorych pisze Turzyca.
        Potrafie sobie jednak wyobrazic, ze takie problemy moga sie pojawic w zwiazku dwojga bardzo mlodych ludzi, ktorzy jeszcze sami nie wiedza, czego od zycia oczekuja.

        Uwazam, ze w zwiazku konieczne sa kompromisy i ustepstwa, ale z drugiej strony nie wyobrazam sobie, ze moglabym pojsc na kompromis w sytuacji tak waznej jak kiedy zajsc w ciaze, czy wroce do pracy po porodzie, czy tez "kochanie przeprowadzamy sie, wiec rzuc prace juz dzis". Po prostu nie wyobrazam sobie, ze ktokolwiek moglby podejmowac tak wazne decyzje za mnie.
        • turzyca Re: Milosc a rozsadek 08.06.09, 00:25
          Jesli z kims jestem, to znam tego czlowieka, rozmawia
          > my na rozne tematy i nie spodziewam sie niespodzinek o ktorych pisze Turzyca.

          No wlasnie - rozmawiacie, rozmawiacie i nagle wychodzi Wam gleboka roznica zdan.
          Na przyklad na poczatku, gdy ludzie sie obwachuja, ustaliliscie, ze obydwoje
          uwazacie, ze aborcja jest dopuszczalna, ale tylko z waznych przyczyn, ze trzeba
          sie zabezpieczac, a nie liczyc na to, ze "sie uda, a jak sie nie uda, to
          skrobanka." No i teraz jestescie ze soba dluzej i wraca temat aborcji - film,
          ksiazka, znajomi, news w radio - i okazuje sie, ze jedno z Was zalicza do
          powaznych powodow takze sytuacje ekonomiczna, a drugie nie. Ze dla jednego
          skrajnym egoizmem jest narazanie dotychczasowych dzieci na gwaltowne pogorszenie
          standardu zyciowego, a dla drugiego aborcja z powodow ekonomicznych.

          Mi nie chodzi o sytuacje, w ktorej sie nie rozmawia, ale wrecz przeciwnie, gdy
          sie rozmawia i w trakcie zwiazku okazuje sie, ze to co poczatkowo wydawalo sie
          zblizonymi pogladami jednak nimi nie jest. I jest to sprawa takiej wagi, ze
          raczej nie da sie zawrzec kompromisu. A zwiazek jest jeszcze w fazie niefinalnej
          - bez dzieci, bez papierka, bez kredytu, bez psa czyli ogolnie bez wspolnych
          wiazacych zobowiazan.
          • pierwszalitera Re: Milosc a rozsadek 08.06.09, 01:01
            turzyca napisała:

            > Mi nie chodzi o sytuacje, w ktorej sie nie rozmawia, ale wrecz przeciwnie, gdy
            > sie rozmawia i w trakcie zwiazku okazuje sie, ze to co poczatkowo wydawalo sie
            > zblizonymi pogladami jednak nimi nie jest. I jest to sprawa takiej wagi, ze
            > raczej nie da sie zawrzec kompromisu.

            Momencik, ale ty mówisz tu o sytuacjach hipotetycznych, a przecież starą prawdę jest, że ludzie postawieni nagle przed faktem dokonanym niekoniecznie kierują się wcześniej oświadczanymi zasadami. Po prostu nasze teoretyczne poglądy są tylko idealizowaną abstrakcją, modelem, który nam się podoba, a rzeczywistość koryguje często nasze wyobrażenia i przemyślenia dokonane bez emocjonalnego zaangażowania i faktycznej presji sytuacji. Nie masz zaufania, że w odpowiednim momencie nie znajdziecie wspólnego porozumienia? Przecież jeżeli partner zaangażowany jest w związek, to będzie brał pod uwagę nie tylko swoje widzi mi się, tylko przemyśli sobie też konsekwencje, które będzie musiała ponieść druga strona. Trochę wyolbrzymiasz te różnice poglądowe. ;-) Czy ty przypadkiem nie masz zaciągów do perfekcjonizmu i problemów z utratą kontroli? ;-) Wszystkiego chyba sobie nie zaplanujesz i nie przewidzisz, czasem trzeba pójść na żywioł, bo aż tyle razy próbować się nie da.
            • turzyca Re: Milosc a rozsadek 08.06.09, 01:29
              pierwszalitera napisała:
              >Czy ty przypadkiem nie masz [...]

              Rany boskie, czy ja nie moge pouprawiac czysto hipotetycznych rozwazan? Tak po
              prostu, pod wplywem lektury roznych watkow tudziez wyznan, zeznan i wynurzen
              znajomych? Jak refren powtarza sie zdanie "takie rzeczy to trzeba omowic przed
              slubem/dziecmi". I niczym u Chmielewskiej - stanelo mi przed oczami i nie
              chcialo sie odczepic: zakochana do szczetu para siada, omawia i wychodzi jej
              jakas absolutna rozbieznosc, taka nie do przeskoczenia. I co ta para powinna
              zrobic? Zerwac? Trwac? Ryzykowac?



              >że ludzie postawieni nagle przed faktem dokonanym niekoniecznie kierują
              > się wcześniej oświadczanymi zasadami

              Ja sobie swietnie zdaje sprawe z tego, ze deklaracje sobie a zycie sobie, ale
              buduje te hipotetyczna sytuacje, gdy odkrywa sie jakas powazna roznice zdan,
              zanim wejdzie sie w mocno wiazaca faze zwiazku. Moze nalezy dojsc do wniosku, ze
              rozmowy sa szkodliwe i racje miala moja kolezanka, ktora wyszla za maz 3
              miesiace po pierwszej randce, a w ciaze zaszla w czwartym? Nie miala czasu na
              teoretyczne rozwazania, tylko musi na biezaco rozwiazywac problemy.


              PS podnioslam glowe znad komputera, popatrzylam na biurko - ja i perfekcjonizm?
              Nie bede tego glosno powtarzac, bo grozi to ciezkimi uszkodzeniami otoczenia
              wywolanymi gwaltownymi wybuchami smiechu. ;)
              • jul-kaa Re: Milosc a rozsadek 08.06.09, 01:40
                turzyca napisała:
                (...)
                > I co ta para powinna
                > zrobic? Zerwac? Trwac? Ryzykowac?
                >

                Rozmawiać i sprawdzić, czy coś się może zmienić :)
              • pierwszalitera Re: Milosc a rozsadek 08.06.09, 02:12
                turzyca napisała:

                > pierwszalitera napisała:
                > >Czy ty przypadkiem nie masz [...]
                >
                > Rany boskie, czy ja nie moge pouprawiac czysto hipotetycznych rozwazan? Tak po
                > prostu, pod wplywem lektury roznych watkow tudziez wyznan, zeznan i wynurzen
                > znajomych?

                Hej, a kto pisał w pierwszym poście do mnie o ironi? ;-)


                > PS podnioslam glowe znad komputera, popatrzylam na biurko - ja i perfekcjonizm?
                > Nie bede tego glosno powtarzac, bo grozi to ciezkimi uszkodzeniami otoczenia
                > wywolanymi gwaltownymi wybuchami smiechu. ;)

                Nie o taką perfekcję mi chodziło. Nie chodziło mi o trywialne, przymusowe zachowania, jak porządek itp. Na to jesteś za inteligentna. Nieraz pokazywałaś jednak swoje zamiłowanie do starannego gromadzenia faktów, precyzyjnej logiki i kontroli sytuacji. Perfekcja dotyczy u ciebie tylko rzeczy, które mają wysoką wartość. Tu masz w stosunku do siebie spore wymagania i nie lubisz pozwalać sobie na słabości. Czekanie na szczęśliwy tok losu cię nie zadawala, jesteś kimś, o kim Niemcy mówią Macher. Ktoś, kto trzyma cugle mocno w dłoni, wie czego chce i najlepiej sam decyduje. Ups..... ;-) Wybacz, poniosła mnie znowu psychologiczna fantazja. ;-) Ale coś w tym jest, prawda? ;-)
                • turzyca OT 11.06.09, 00:40
                  pierwszalitera napisała:

                  Czy ty przypadkiem nie masz zacią
                  > gów do perfekcjonizmu i problemów z utratą kontroli? ;-)

                  Czekanie na szczęśliwy tok losu cię nie zadawala, jesteś kimś, o k
                  > im Niemcy mówią Macher. Ktoś, kto trzyma cugle mocno w dłoni, wie czego chce i
                  > najlepiej sam decyduje.

                  Dla mnie zycie jest jak rejs. Gdy wyplywamy z rodzinnych wod, mamy jakis
                  wytyczony plan, wiemy, ktore porty chcemy odwiedzic i jak do nich plynac.
                  Niektorzy maja plan wyzaczony bardzo precyzyjnie, rozpisany na dni, z
                  zaznaczonymi na mapie manewrami, niektorzy tylko ogolny zarys rejsu, niektorzy w
                  ogole nie planuja.

                  Jak nam sie ten rejs uda zalezy od wielu czynnikow. Zalezy od tego, co
                  dostalismy na samym poczatku: od samej lodki, naszego wyszkolenia, pozycji
                  startowej, wod z ktorych wyplywamy. Potem czesc zalezy od nas samych: czy sie
                  doszkalamy, czy obserwujemy otoczenie - wode, inne lodzie -, czy sluchamy
                  audycji dla zeglarzy, czy dbamy o siebie i lodz. Od nas zalezy tez, kogo sobie
                  na towarzyszy podrozy wybierzemy, a od nich zalezy tez w jakims stopniu przebieg
                  naszego rejsu - czy beda nas wspierac, czy wrecz przeciwnie gasic nam wiatr. Ale
                  mnostwo zalezy tez od pogody, od ukladu wiatrow - i to nie zalezy od nas w zaden
                  sposob, a ma olbrzymi wplyw.

                  Kazdy ma swoja metode zeglowania, niektore sprawdzaja sie lepiej, niektore
                  gorzej. Ja jestem zdania, ze trzeba sie poddawac temu, co przychodzi,
                  wykorzystujac to mozliwie dobrze. Czasem gdy mamy silny wiatr z jakiejs strony
                  lepiej z niego skorzystac i zmienic kolejnosc odwiedzania portow niz uparcie
                  halsowac pod wiatr. Nie ma sensu uprawiac bezsensownej walki i tracac na nia
                  sily, odbierac sobie takze inne cele. Czasem rezygnacja z czegos jest tylko
                  chwilowa,z innego portu latwiej doplynac, a czasem nie wszystkie porty uda sie
                  odwiedzic, do niektorych nie doplyniemy, niektore beda dla nas zamkniete. Zal
                  mozna miec do siebie, jesli czegos nie osiagnelismy tylko z naszej winy, bo np.
                  nie chcialo nam sie uporzadkowac lin i w decydujacej chwili nie moglismy
                  przycumowac, a potem wiatr nas odepchnal od nabrzeza. Ale czasem przychodzi
                  bialy szkwal, kiedy czlowiek moze tylko trzymac sie pokladu z calych sil i miec
                  nadzieje na przezycie. I jesli pogoda weszla nam w parade i cos nam umknelo, to
                  trzeba uznac, ze tak mialo byc i zeglowac do kolejnego celu.

                  Wiem, ze inni zegluja inaczej, ze sa tacy, ktorzy zwalaja wine na podmuch
                  wiatru, nie zajakujac sie nawet, ze ten podmuch mogl ich pchnac we wlasciwym
                  kierunku zamiast zastopowac, tylko zaniedbany, zapetlony szot uniemozliwil im
                  odpowiednie ustawienie zagla. A sa tez tacy ktorzy oskarzaja swoj rzekomy brak
                  umiejetnosci czy rownie rzekoma zbyt mala dbalosc o lodke, podczas gdy po prostu
                  ta lodka nie nadaje sie do zeglowania przy takiej pogodzie i oni i tak osiagneli
                  wszystko, co sie tylko dalo. Sa tez tacy, ktorzy robia to, co zaplanowali,
                  niezaleznie od wiatru, a potem sie dziwia, ze wyladowali na mieliznie. Ja sie
                  staram zeglowac rozsadnie, tak by miec z tego rejsu przyjemnosc, a jednoczesnie
                  odwiedzic te porty, ktore sobie zaplanowalam. Staram sie wplywac na to, na co
                  mam wplyw (czyli miec klar w magazynach itd), i nie przejmowac tym, na co nie
                  mam wplywu (czyli jak przyjdzie powiew z innej strony to sie dostosowac, a nie
                  zamartwiac, ze mialam plynac gdzie indziej). Uwzgledniajac fakt, ze w 2009 roku
                  mialam byc mezatka z Ursynowa piszaca doktorat na UW i oprowadzajaca
                  zagranicznych turystow po stolicy, a nie jestem mezatka, nie mieszkam na
                  Ursynowie, nie pisze doktoratu na UW i nie oprowadzam turystow po stolicy, to
                  widac, ze moj stosunek do poczatkowych planow rejsu jest dosc lekki. Jest
                  inaczej niz planowalam, ale jest ciekawie, odkrylam pare nowych portow,
                  nauczylam sie nowych umiejetnosci. Czego chciec wiecej?



                  PS i prosze mi nie trywializowac metafory i sprowadzac wyposazenia lodki do kasy
                  rodzicow, bo mi raczej chodzi o mentalny ew. duchowo-cielesny aspekt sprawy.
                  • pierwszalitera Re: OT 11.06.09, 01:31
                    turzyca napisała:

                    > PS i prosze mi nie trywializowac metafory i sprowadzac wyposazenia lodki do kas
                    > y
                    > rodzicow, bo mi raczej chodzi o mentalny ew. duchowo-cielesny aspekt sprawy.

                    Do głowy by mi nie przyszło w tym momencie trywializować. ;-) Poezja, turzyca, czysta poezja. :-D
          • jul-kaa Re: Milosc a rozsadek 08.06.09, 01:21
            Myślę, że trzeba rozróżnić jeszcze dwie sprawy – poglady i sposób życia. My z mężem miewamy rozne poglady, ale nie na tyle rozne, by moglo to być problemem. Poza tym uznajemy wzajemnie swoja kompetencję w wielu sprawach i po prostu każde z nas jest w stanie przyjąć, że może się mylić i że to druga strona ma rację.
            Wyobrażam sobie zycie z kims o innych poglądam, nie wyobrażam natomist z kimś o innym stylu zycia. Mamy wielu znajomych, którzy ciągle muszą chodzić na rozmaite kompromisy – on chce się wyniesc daleko od miasta i zyc na wsi, ona nie wyobraza sobie opuszczenia Warszawy, on na wakacje jechalby do lasu, ona do (powiedzmy) jakiejś gwarnej europejskiej stolicy. On czas najchetniej spedza na lonie natury, ona ze znajomymi, w kinie, na imprezie.. Inni znajomi – on nie ma wykształcenia, chciałby wyjechać gdzieś daleko, wszędzie znajdzie prace w swoim zawodzie. Ona kończy doktorat, a w swojej specjalności nie chce i w sumie nie do konca może szukac pracy poza granicami. On jest sfrustrowany tutaj, ona byłaby tam (już próbowali wyjechać na trochę).
            My na szczęście nie mamy takich problemów, ale nie wyobrażam sobie sytuacji, w której codziennie (powiedzmy) musielibyśmy chodzic na jakieś kompromisy – gdybysmy po prostu byli zbyt rozni od siebie. Znam pary, w których on np. uwielbia wszelkie spotkania towarzyskie, ona zas lubi zostawać w domu, ma mnóstwo własnych zainteresowań. To jest dla nich dobre rozwiązanie, ale np. dla mnie (lub mojego meza) by nie było. Jestesmy razem 5 lat i nadal wolimy spędzać czas w domu we dwoje, niż chodzic na spotkania, do kina itp. Sytuacja opisana przez wariamiktorię (wyjazdy na 2-3 miesiace) dla mnie jest przerażająca, mój maz by zbladl i zzielenial – żadne z nas absolutnie by na cos takiego nie poszlo. Ale wiele małżeństw bardzo potrzebuje takich rozstań, bardzo je lubi i nie widzi w nich nic dziwnego. I chwała im za to :)
            Podsumowując – myślę, że w sytuacjach, które opisałam rzeczywiście trzeba sprawdzić, czy tam, gdzie kompromisy są potrzebne, są one również możliwe. Może jeszcze ważne jest poszanowanie drugiego człowieka i jego potrzeb – nie ma potrzeby kompromisu, kiedy uznajemy, że niektóre potrzeby partnera są ważniejsze od naszych i możemy liczyć na to samo z jego strony.

            Jeśli zas chodzi o sytuacje opisywaną przez turzycę, to też uważam, że wcześniejsze hipotetyczne deklaracje nie zawsze są podtrzymywane w realnej sytuacji.
            Deklaracje dotyczące spraw innych ludzi nie muszą też być zgodne z deklaracjami dotyczącymi samego siebie. Zwolenniczka pełnej legalizacji aborcji może przecież twierdzić, że pod żadnym pozorem sama nie usunęłaby ciąży i w sytuacji zastanej (nieplanowana ciąża, która jednocześnie nie jest w danej chwili „na rękę”) w pełni potrzymać swoje stanowisko.
            Jednocześnie zdarzyć się może, że mężczyzna/kobieta deklarujący/a chęć posiadania dziecka w momencie nieplanowanej ciąży jednoznacznie stwierdzi, że on/ona planował/a, ale za 10 lat.
            • wariamiktoria Re: Milosc a rozsadek 08.06.09, 08:26
              Cóż, my większość poglądów mamy podobnych ale sposób życia różny. Nie była to
              miłość od pierwszego wejrzenia ale wypracowana i nasz kompromis jest jedyną
              możliwością abyśmy byli razem. Dla mnie przekreślać nas tylko z powodu tak
              odmiennych natur byłoby błędem. Wiem, że nasze coroczne rozstania są dla ludzi
              często niedopuszczalne ale znam też pary weekendowe: na tygodniu pracują w
              innych miastach i mieszkają, widują się razem tylko w weekendy. Mają tak na
              odległość dzieci i dobrze im razem. Na takie rozwiązanie znowu ja bym się nie
              zdecydowała, na pewno nie w tym momencie.
    • wariamiktoria Re: Milosc a rozsadek 07.06.09, 10:31
      Przerabiałam z mężem masę trudnych sytuacji przed ślubem. Czy ustrzeże nas to od
      błędów w przyszłości nie wiem. Powód jest jeden: nieustannie się zmieniamy i
      nawet określając nasze zasady nie wiemy ile okoliczności się zmieni i jak to
      wpłynie na nas nawzajem. Co nie zmienia tego, że znamy swoje stanowiska,
      dostosowujemy się do nich. U mnie problemem jest mój niespokojny duch, który
      każe mi często się przeprowadzać, robić rewolucje w moim życiu itd. Mąż jest
      domatorem, ma określone plany i konsekwentnie długotrwale je realizuje. Czy mamy
      w takim razie odejść od siebie? Na razie robimy tak: wakacje spędzamy w
      oddaleniu (ja pracuję w innej części kraju czy Europy) to pozwala nam zachować
      równowagę. Ona ma dom do którego wraca codziennie a ja wracam codziennie poza
      2-3miesiącami w roku. On grzebie się w ziemi na działce a ja mogę go odwiedzić z
      książką ale prędzej wyjdę z koleżanką nad zalew na spacer. To jest nasz
      kompromis, zobaczymy jak będzie gdy urodzi się dziecko: na jakiś czas rewolucji
      mi wystarczy bo maleństwo to ogromna zmiana a potem pewnie znów przez np miesiąc
      będę w innej części kraju, bo na 2-3 ciągiem się nie zdecyduję. Poza tym
      wybieram pracę, która mojego niespokojnego ducha eksploatuje i hamuje potrzebę
      diametralnych zmian (bo niewielkie są nieustająco).
      Do naszego związku podchodzimy bardzo zdroworozsądkowo i staramy się wypracować
      kompromis. Od 5 lat R. jest jedynym człowiekiem, który znosi moją naturę, od
      początku mieszkamy razem, pracujemy nad sobą. Tylko on umie utrzymać mnie przy
      sobie za co jestem mu wdzięczna - za wolność jaką dajemy sobie nawzajem.
    • plica Re: Milosc a rozsadek 07.06.09, 10:40
      ale ciekawy temat. dopiero co dyskutowalam na ten temat ze znajomą z
      pracy. i wyszlo nam, ze jestem okrutnie nieromantyczna. od
      mezczyzny, ktory nie traktowalby mnie jak rownorzedna partnerke
      ucieklabym, nawet za cene zlamanego serca do konca zycia. wydaje mi
      sie, ze wazniejsze sa dla mnie wolnosc osobista, spelnienie i brak
      uczucia ucisku, krzywdy, niesprawiedliwosci. poza tym, ze spraw
      fundamentalnych nie wyobrazam sobie zycia z katolikiem lub gorliwym
      wyznawcą jakiejs innej religii.

      wydaje mi sie, ze drugim biegunem dla mnie jest moja pewna znajoma.
      zyje w zwiazku z facetem, totalnie zakochana "po uszy" i cierpi.
      ten facet uwaza, ze zona ma sprzatac, gotowac, wygladac i miec
      poglady jak maz. i dokladnie tego od niej wymaga. a dziewczyna
      pracuje na trzy etaty, pada na pysk po pracy i jak wraca bierze sie
      za gotowanie, sprzatanie w czasie gdy chlopak oglada telewizor
      odpoczywajac po 8h ciezkiej pracy. poza tym wszystkie decyzje
      zyciowe u nich podejmuje on, bez dyskusji. dziewczyna ukrywa przed
      nim zakupy odziezowe (paczki przychodza na inny adres), ukrywa to ze
      przeszla na kosztowną dietę, bo zostalaby oskarzona o rozrzutnosc i
      wydatki niezgodne z planem partnera.
      to dla mnie przyklad zwiazku gdzie "czai sie katastrofa" jak
      napisala Turzyca, ona "zostaje" praktycznie na krawedzi depresji.
      • gumis323 Re: Milosc a rozsadek 07.06.09, 11:33
        Może niech Twoja znajoma sprobuje pewnego eksperymentu:
        Mam wielki żal do mężczyzn, którzy nie doceniają codziennej pracy swoich żon,
        partnerek itd.
        "Wykorzystując najbliższą okazję (np.choroba matki),niech ona wyjedzie na trzy
        dni z domu.Ale uwaga!-niech wyjedzie tak jak stoi.Bez słoiczków w
        lodówce:"poniedziałek obiad", "wtorek śniadanie".Mężczyzna postawiony w takiej
        sytuacji nierzadko cieszy się, że będzie mógł pokazać jak powinien funkcjonować dom.
        Już pierwszego dnia zachodzą nieprzewidziane okoliczności.Na kolację zabraknie
        chleba, a przecież zawsze był w pojemniku na pieczywo, sklep spożywczy
        zamknięty(niespodziewanie) już o 20-tej i trzeba jechać do supermarketu.Tam z
        kolei bezsensowne kolejki.Dzieciaki jak na złość kłócą się o jakieś bzdury.Późno
        wieczorem okazuje się że lekcje nie odrobione.A telefonów tyle że urwanie głowy...
        Trzeciego dnia mąż z dziećmi wita żonę z kwiatami na dworcu.Oby tylko pociąg się
        nie spóźnił.Wróciła!Niczego, co prawda, nie udało mu się przez te trzy dni
        załatwić, lecz przeżył!I dzieci też!Już mu żona nie musi tłumaczyć że w domu
        jednak jest trochę rzeczy do zrobienia i że te drobiazgi mogą być nawet
        męczące."J.Pulikowski
        Przepraszam że zaśmiecam, ale jak czytam o niedocenianiu kobiecej pracy to mi
        się nóż w kieszeni otwiera...
        • plica Re: Milosc a rozsadek 07.06.09, 21:28
          haha. cos w tym jest. znajoma niestety bezdzietna, a partner zostawiony samopas jedzie na am do mamusi :)
          sprawa sie rypla
          poza tym, ona pracuje- zawodowo duzo wiecej niz on
      • kura17 Re: Milosc a rozsadek 07.06.09, 11:35
        to ja jestem z podobnie nieromantycznych.
        i w dodatku "z doswiadczeniem", a nie tylko teoretycznie...
        dwa moje powazne, dlugoletnie zwiazki zakonczyly sie wlasnie z takich powodow -
        nie potrafilam sobie wyobrazic swojego zycia z czlowiekiem, ktory ma takie a nie
        inne poglady na pewna (pewne) sprawy i realizuje te poglady w praktyce.
        tylko ja nie konczylam zwiazkow od razu i gwaltownie, gdy "zaobserwowalam
        problem"; probowalam drazyc, szukac kompromisu, a gdy (w obu przypadkach,
        niestety) okazywalo sie to niemozliwe, powoli wycofywalam sie ze zwiazku.
        najpierw uczuciowo, zeby siebie (i partnera tez) za bardzo nie zrabic, a potem i
        fizycznie.

        tak wiec wole sie nazywac "racjonalna", a nie "zimna suka" ;)

        zeby bylo smieszniej, ci moi dwaj partnerzy mieli totalnie rozne reakcje na
        zakonczenie zwiazku. jednego z nich nie widzialam, ani nie rozmawialam przez
        nastepne ponad 10 lat...
        a drugi - po pierwszym okresie euforii (pewnie mial mnie dosc ;) i podbojow,
        zaczal na sile i na wiele lat szukac powrotu do naszego zwiazku... do tego
        stopnia, ze do dzis odwiedza moja mame, "zeby sie dowiedziec, co u mnie"...

        z obecnym mezem wiekszych konfliktow brak. dochodze do wniosku, ze albo trafilam
        na partnera idealnego, albo oboje po prostu jestesmy bardzo spolegliwi i
        niesposob sie z nami niedogadac ;)
        • plica Re: Milosc a rozsadek 07.06.09, 21:29
          > tak wiec wole sie nazywac "racjonalna", a nie "zimna suka" ;)
          >

          o toto. moj byly przez 3 lata nie odpuszczal. w czwartym roku jeszcze maile slal :) a ja taka nieczula...
    • zarin Re: Milosc a rozsadek 07.06.09, 13:25
      To nie dotyczy tylko zawarcia małżeństwa, ale związku w ogóle. Nie uważam, żeby związek stawał się zobowiązaniem dopiero od momentu ślubu, zwłaszcza że u coraz większej ilości par ten moment nie następuje. Przecież np. ciąża równie dobrze może się zdarzyć wcześniej.

      Kompletnie sobie nie wyobrażam wiązania się bez znajomości światopoglądu drugiej strony.
    • thorrey Re: Milosc a rozsadek 07.06.09, 13:34
      To ja wam jeszcze powiem, że nawet przeprowadzenie głębokich rozmów
      przed ślubem na zasadnicze tematy NIE zabezpieczy przed rozpadem
      związku w przypadku kiedy jedna ze stron podczas takich rozmów mniej
      lub bardziej świadomie kłamie albo zataja informacje, a potem w
      rozbrajający sposób się tłumaczy "bo bałem się, że jak się dowiesz,
      to mnie nie zechcesz".
      • panistrusia Re: Milosc a rozsadek 07.06.09, 13:54
        Ale też sama tylko rozmowa na trudny temat może uświadomić, że takie
        tematy się pojawią. A to już dużo.
    • tfu.tfu Re: Milosc a rozsadek 07.06.09, 14:10
      to ja opiszę swój związek obecny (przed zalegalizowaniem poprzedniego zabrakło
      tematu "finanse a zaufanie" i się był zdechł). otóż jako osoba ze zdiagnozowanym
      PCOS i bardzo poważnym schorzeniem innej natury wiem, że mogę nie móc zajść w
      ciążę, co oznacza, że mój Luby został poinformowany o tym w momencie, kiedy
      sytuacja była już ciepła, ale nie gorąca (czyli bez wspólnych planów na życie).
      Luby wie, Luby akceptuje. co będzie za 5 lat życie pokaże, ale w moim przypadku
      liczy się absolutna szczerość. nie zaufam komuś, kto coś przede mną ukrywa, nie
      umiem usprawiedliwić "niedopowiedzeń". jestem konkretna, oczekuję konkretów: jak
      czegoś nie wiem, mam zamglony obraz, to moje wybory są ograniczone, ergo
      traktuje się mnie jak kogoś o zmniejszonej poczytalności, a tego nie lubię.
      uważam, że takie kwestie NIEZBĘDNIE należy omówić przed, bo po jest za późno
      (przykładów w życiu codziennym mam aż za dużo).
      pierwszalitera - tak, kompromisy są ważne, ale małżeństwo nie może się składać
      z samych kompromisów, bo wtedy to układ: pan i władca - poddany, który się godzi
      :) a rozwód nie jest ani tani, ani bezbolesny (chociaż mój był fajny :P ale
      odcierpieliśmy swoje przed)
      • pierwszalitera Re: Milosc a rozsadek 07.06.09, 15:01
        tfu.tfu napisała:

        > pierwszalitera - tak, kompromisy są ważne, ale małżeństwo nie może się składać
        > z samych kompromisów, bo wtedy to układ: pan i władca - poddany, który się godz
        > i

        Racja, ale mnie nie chodziło o kompromisy jednostronne, tylko o ustępstwa z obu stron i ich ilość powinna być wyważona. Po prostu nie wierzę w księcia z bajki, który myśli tak jak ja, ma te same potrzeby i plany jak ja. Nie zależy mi też na całkowitej zgodzie w każdej sytuacji, staram się akceptować odmienne podjeście partnera, nawet jeżeli wychodzą z tego dla mnie pewne niedogodności i uważam je czasem za nieco rąbnięte, a nawet idiotyczne. Ale oczekuję, że on zachowa się wobec mnie podobnie, gdy mnie coś będzie bardzo ważne. Nawet jak będzie miał problemy z akceptacją. Bo logiczna racja nie zawsze wpływa na szczęście w pożyciu. A sprawy nigdy nie są równie ważne, zawsze jednej stronie zależy na czymś bardziej i decyzja ma dla niej silniejsze konsekwencje, a drugiej łatwiej zrezygnować. To taka niepisana ugoda między nami i z tego powodu mamy znacznie mniej konfliktów niż znajomi, którzy próbują wykłócać się i ustalać harmoniczny konsens w każdej sprawie.
        • tfu.tfu Re: Milosc a rozsadek 07.06.09, 16:25
          no ja to rozumiem, księcia z bajki nikt się nie spodziewa, ale czasem się
          okazuje, że wymarzeniec jest w cholerę i ciut toksyczny. akceptacja ok, ale
          wtedy trzeba brać nogi za pas. i serio, moje obserwacje stołeczne skłaniają mnie
          jednak do baaaaaaardzo wielu rozmów z Lubym :)
          (btw, życie ma w d... logikę ;) więc jak najbardziej się zgadzam ;))
    • nathd Re: Milosc a rozsadek 07.06.09, 14:29
      Ja sobie nie wyobrażam, że można NIE przedyskutować drażliwych tematów. Dla mnie
      bardzo ważny jest temat (m.in) podejścia do małżeństwa/dzieci i nie wyobrażam
      sobie, aby pozwolić sobie na głębszy związek bez rozmowy na te tematy. Jeśli by
      się okazało, że mamy skrajnie różne podejście do ważnych spraw raczej bym się
      nie pakowała w taki związek. Trudno jest np. ustalić kompromis, gdy jedno z
      partnerów chce dziecka a drugie kategorycznie nie. Wg mnie nic na siłę :)
    • ja_joanna Re: Milosc a rozsadek 07.06.09, 16:21
      turzyco, ja sobie myślę, że po pierwsze, to te rozmowy dotyczą
      często czysto hipotetycznych sytuacji, które owszem mogą, ale nie
      muszą się zdarzyć w przyszłości. Człowiek też się zmienia z biegiem
      lat, i zmieniają się jego poglądy. Wszystko zależy od konkretnego
      człowieka, ale myślę, że w dużym stopniu ważne są dobre chęci.
      Jestem zdania, że jeśli dwoje ludzi naprawdę się kocha, to będzie im
      _zależało_ na tym, żeby znaleźć takie rozwiązanie, które w _danej
      sytuacji_, a nie hipotetycznej będzie wystarczająco
      satysfakcjonujące dla obu osób.
      Oczywiście potrafię sobie wyobrazić, że się zdarza, że nagle
      się okazuje, że ktoś ma jakieś bardzo ekstremalne zdanie na jakiś
      temat, które dyskwalifikuje tą osobę jako partnera, natomiast wydaje
      mi się to jednak mało prawdopodobne w długoterminowym związku -
      jeśli partnerzy są ze sobą szczerzy, to raczej niewiele jest rzeczy
      tak skrajnych, przy których też partner/partnerka obstaje, gdzie nie
      byłoby pola do kompromisu.

      Ja bym wzięła głęboki oddech, dała sobie i ukochanemu trochę czasu
      na przemyślenie i przede wszystkim nie wymyślała wszystkich
      hipotetycznych sytuacji, które mogą się wydarzyć w przyszłości. Bo
      nawet jeśli tego rodzaju sytuacja by się pojawiła, człowiek nie jest
      w stanie przewidzieć wszystkich aspektów i kontekstu. Nie mówiąc o
      tym, że z tego, co wiem (bo sama jeszcze nie doświadczyłam bycia
      mamą) w przypadku zajścia w ciążę czy stawania się rodzicami, ludzie
      też często zaczynają się zachowywać inaczej, hormony pewnie też mają
      duży wpływa na to (u kobiety), człowiek zaczyna patrzeć na wszystko
      z kompletnie innego punktu widzenia. Można hipotetyzować, że np. w
      ciągu najbliższych lat nie chce się zachodzić w ciążę, ze względu na
      rozwój zawodowy, i kobieta byłaby zdolna do aborcji, bo tak jej na
      tym zależy. Ale _nie wiesz_, co byś zrobiła, gdybyś _naprawdę_ miała
      dziecko pod sercem. Nie jesteś w stanie tego przewidzieć.
      Przepraszam za porównanie, ale tak mi się nasuwa, że to jest
      trochę jak z fantazjami seksualnymi
      • magdalaena1977 Re: Milosc a rozsadek 07.06.09, 16:49
        ja_joanna napisała:
        > Ja bym wzięła głęboki oddech, dała sobie i ukochanemu trochę czasu
        > na przemyślenie i przede wszystkim nie wymyślała wszystkich
        > hipotetycznych sytuacji, które mogą się wydarzyć w przyszłości.
        Zgadzam się z tym. Czasami ludzie mają konkretne poglądy i przemyślenia na dany
        temat, a jak przychodzi co do czego, to poglądy im się zmieniają - np. są panie,
        które chętnie fantazjowały o wielodzietnej rodzinie, a po urodzeniu drugiego
        dziecka stanowczo mówią stop.
      • pierwszalitera Re: Milosc a rozsadek 07.06.09, 17:14
        ja_joanna napisała:

        > Nie ma idealnych partnerów i o tym też się często zapomina. Wydaje
        > mi się, że jeśli się rozstawać to nie z powodu konkretnych poglądów
        > partnera, tylko z powodu braku gotowości do kompromisu, wysłuchania
        > i zrozumienia drugiej strony.

        I to jest chyba sedno sprawy, i to czego nie udało mi się odpowiednio wyrazić. :-) To nie konkretne poglądy nas dzielą, tylko brak gotowości partnerów do zaakceptowania inności i zgody na ustępstwa. Moim zdaniem nie ma też co wymagać od partnera pełnej zgodności z naszymi wyobrażeniami, bo to walka z wiatrakami, a ktoś, kto stanie się naszym lustrzanym odbiciem, może stać się też na dłuższą metę nudny. ;-)
      • turzyca O milosci i zakochaniu 08.06.09, 01:41
        Z racji wyksztalcenia bezwstydnie podgladam pary, ktore braly slub zdecydowanie
        nie z milosci, ale wrecz spotykaly sie w dniu slubu po raz pierwszy. Jak sobie
        poczytalam tamte listy, to mi dech zaparlo, bo to niesamowite jak silna i czula
        milosc mozna _zbudowac_.
        I tak sobie mysle, ze my mamy o tyle latwiej, ze mozemy sobie partnera wybrac,
        ale mamy o tyle trudniej, ze opierajac sie na stereotypie wielkiej milosci
        wynikajacej z zakochania zapominamy, ze milosc sie buduje i ze trzeba ja budowac
        krok po kroku, kazdego dnia, ze nie jest dana raz na zawsze.
    • clarisse Re: Milosc a rozsadek 07.06.09, 20:43
      Odpowiadając bezpośrednio na Twoje pytanie, w sytuacji jak opisałaś (związek istnieje, istnieje więź - rozmawiamy i nagle okazuje się, że coś nas głęboko różni) - byłabym w kropce.

      Po prostu - nie wiem, co bym zrobiła.

      Kiedyś byłam w takim związku, i wtedy postanowiłam brnąć w to mimo świadomości od samego początku, jak wiele nas różni. Uważałam - i do dziś uważam - że miłość potrafi zbudować most nad wieloma przepaściami. Ale to musi być miłość oparta na wzajemnej akceptacji, szacunku i zrozumieniu potrzeb drugiej osoby. W naszym przypadku tego nie było - dość szybko się to okazało, zanim zapadły wiążące decyzje. Dziś mówię o tym rozstaniu "na szczęście" i "chyba mam przytomnego Anioła Stróża", zwłaszcza gdy śledzę losy kolejnych żon i wybranek mojego bardzo byłego.

      Ale znam przykłady par różniących się mocno np. światopoglądem, które potrafiły się wspierać mając świadomość takich różnic. Np. podczas letniego wyjazdu na zadupie ateista tak planujący urlop, żeby w niedzielę jego katolicka dziewczyna mogła iść na mszę. Uwzględnienie tej - z punktu widzenia ateisty totalnie abstrakcyjnej - potrzeby wymagało jednak trochę zachodu. Choć podejrzewam, że rzeczony ateista nie był to wojujący ateista, a tylko taki zwykły, więc przynajmniej go ta potrzeba nie mierziła do głębi - wtedy byłoby trudniej.

      Muszę jednak powiedzieć, że nauczona własnym doświadczeniem nigdy więcej nie pozwoliłam sobie na zaangażowanie w jakieś uczucie jeśli nie upewniłam się, że facet przynajmniej pi razy drzwi jest ze mną kompatybilny w istotnych dla mnie sprawach. I to nie znaczy, że rzucałam się do obcych facetów w pytaniami o ich zdanie w kwestiach religijnych, politycznych lub posiadania dzieci. :D Natomiast zdecydowanie, że tak powiem, powoli się zakochiwałam. I starałam się wnikliwie obserwować facetów w stanie naturalnym, zanim jeszcze padło mi na głowę na ich punkcie. Naprawdę czasem wystarczyło kilka słów w towarzystwie, jakieś jedno zachowanie na wyjeździe grupowym albo rozmowa na czacie, której było się świadkiem, żeby wywnioskować coś o człowieku. Oczywiście to nie likwiduje możliwości wtopy - ale znacznie ją zmniejsza. Z zachowania każdego człowieka wiele wynika, jeśli się wie, gdzie patrzeć. Ale to wyklucza szybkie decyzje i gwałtowne zakochania, które już już natychmiast domagają się realizacji. Mnie to nie przeszkadzało, zawsze miałam mentalność żółwia w kontaktach towarzyskich.

      Z moim Mężem to się sprawdziło. Nie jesteśmy oczywiście związkiem idealnym bo takowych nie ma. Niemniej - że tak kolokwialnie to określę - "widziały gały, co brały", z obu stron. Długo się sobie przyglądaliśmy, wcale nie od razu zostaliśmy parą, choć spędzaliśmy ze sobą sporo czasu. Rozmowy zasadniczo potwiedziły nasze spostrzeżenia. A to, o co się kłócimy (bo się owszem czasem kłócimy :D), to dokładnie to, co od początku wyglądało na możliwe punkty zapalne. I wychodzi na to, że jak się coś nam nawarstwi, to bardzo nam pomaga świadomość spraw, w których jesteśmy zgodni albo podobni do siebie, włączając w to nawet podobne przywary.
      • origami_21 Re: Milosc a rozsadek 08.06.09, 10:26
        clarisse napisała:
        > Ale znam przykłady par różniących się mocno np. światopoglądem,
        które potrafiły
        > się wspierać mając świadomość takich różnic

        Ja jestem kilkanaście lat w takim związku. M jest katolikiem, ja
        agnostyczką. Nie ma między nami na tym tle konfliktów. Oboje
        szanujemy swoje poglądy, ale też każde z nas musi co nieco odpuścić.
        Ja zgodziłam się na katolickie wychowywanie dzieci. M z kolei nie
        wcina się w moje pogadanki z potomstwem na temat innych
        światopoglądów istniejących na świecie. Oboje uważamy, że taki
        system pozwala nam wychować dzieci na tolerancyjnych ludzi o
        otwartych umusłach.

        Różnimy się także dość znacznie podejściem do świata zewnetrznego -
        M jest z reguły ufny i pomocny, ja wręcz przeciwnie. Czasem jest
        ciężko, ale i tu jesteśmy w stanie się dogadać w imię trwania
        naszego małżeństwa i uczucia, które jest nawet mocniejsze niż na
        początku. Przeszliśmy wspólnie poważny kryzys, który był nie do
        przewidzenia - były spowodowany okolicznościami losowymi. Mam
        wrażenie, że dopiero po takim "treningu" okazuje się czy związek
        przetrwa czy się rozleci. Teoria niestety czasem nie wystarcza.
    • bathilda Re: Milosc a rozsadek 10.06.09, 17:25
      Wszystkiego się przegadać z góry nie da. Ale moja rada jest taka - zastanów się
      czy jest cokolwiek o czym Lubemu nie powiedziałaś bo nie byłaś pewna jak
      zareaguje. I jeśli tak to mu to powiedz przed ślubem.

      U mnie kwestią trudną był porządek. Mój mąż to pedant a ja jestem niepoprawną
      bałaganiarą. Przez długie lata narzeczeństwa nie przyznawałam się do tego, aż w
      końcu trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy. I cieszę się, ze przegadaliśmy to
      sobie "przed", bo to niby nic, ale codzienne sprzeczki o to samo, po 50 latach
      mogą się skończyć mordem z zimną krwią ;).

      Na kursach przedmałżeńskich ksiądz kazał nam napisać na osobnych kartkach 3
      rzeczy które są dla nas najważniejsze, których się boimy i których nie
      potrafilibyśmy zaakceptować u drugiej osoby. A potem się wymienić karteczkami.
      Prosty zabieg a można się sporo dowiedzieć.
      • kuraiko Re: Milosc a rozsadek 11.06.09, 02:19
        ale codzienne sprzeczki o to samo, po 50 latach
        > mogą się skończyć mordem z zimną krwią ;).

        owszem... np w moim regionie mąż zabił żonę siekierą, bo czytała
        przy lampce i w końcu nie wytrzymał (może to nie był jedyny powód,
        ale podany jako bezpośrednia przyczyna zabójstwa)
    • kuraiko Re: Milosc a rozsadek 11.06.09, 02:18
      ja rozmawiałam już na różne tego typu tematy, ale wiadomo że
      wszystko "wychodzi w praniu". poza tym ludzie czasem zmieniają
      zdanie i to, że ja teraz myślę tak, to nie oznacza, że za 5-10 lat
      nie będę miała innego zdania na ten temat.
      i hehe to jeszcze zależy ile lat się jest razem przed ślubem, jaką
      formę ma związek. ja miałam dość czasu, żeby obgadać hipotetyczną
      niepożądaną ciążę, ale co z tymi dziewczynami, które biorą ślub po
      kilku miesiącach znajomości? ;)
Pełna wersja