Dodaj do ulubionych

Dla Poraja55 i inksych tyz

12.11.09, 21:36
Kto poznaje?
https://fotoforum.gazeta.pl/photo/7/dh/ra/wrav/l4nvNb1MzrQyb0NY4B.jpg
Obserwuj wątek
    • morfeusz_1 Re: Dla Poraja55 i inksych tyz 15.11.09, 18:56

      Nie będę się wogóle wypowiadał w tym wątku,inksy to mozes być
      ty,znalazł sie...
      Pochwalony jesce nie powiedzioł a juz w gumofilcach sie tu nam
      pakuje i bratać sie kce z syćkimi,eh..kutlury za grosz ni ma winc ni
      ma o cym gadać
      • tojajurek Re: Dla Poraja55 i inksych tyz 15.11.09, 19:07
        morfeusz_1 napisał:

        >
        > Nie będę się wogóle wypowiadał w tym wątku,inksy to mozes być
        > ty,znalazł sie...
        > Pochwalony jesce nie powiedzioł a juz w gumofilcach sie tu nam
        > pakuje i bratać sie kce z syćkimi,eh..kutlury za grosz ni ma winc
        ni
        > ma o cym gadać

        Krucafuks, cosik mi sie widzi, Morfuś, co w kufe fces?
        A łogólnie, to Pokfalony syćkim.
        :D
          • tojajurek Re: Dla Poraja55 i inksych tyz 15.11.09, 20:15
            Oczywiście, że - jak rozpoznaliście - zdjęcie jest zrobione w
            Poraju, niestety nowym przy Zamojskiego, ale dobrze i tak, że jest i
            podtrzymuje tradycję. Niewiele już jej zostało, bo od dawna Zakopane
            jest zalewane tandetą i obrzydliwym bylejakim budownictwem.
            Do Poraja na Krupówkach chadzałem przed laty dość często i miałem
            przyjemność poznać pana Olbrychta. Ale nie będę nikogo zamęczał
            wspominkami starych Polaków (ze schroniskiem Polaka włącznie), bo
            czasy, w których mieszkałem w Zakopanem znane są już wyłącznie
            specjalistom od wykopalisk.
            Nawet ostatnio dla innych odbiorców spisałem zabawne wspomnienia ze
            starych Kalatówek. Jakby się ktoś uparł to mogę je tu wkleić.
            A na razie - jak mówią - Ponie Boze prowodź, a diable popychoj.
                  • tojajurek Re: Dla Poraja55 i inksych tyz 15.11.09, 22:12
                    Hej! Krupówki mi się śnią z czasów, gdy z Kuźnic aż pod Gubałowkę
                    można było jednym ślizgiem na nartach zjechać.
                    Ale że mam pod ręką świeżo spisane wspomnienie (z morałem) o starych
                    czasach na Kalatówkach - to proszę.

                    W dawnych czasach wyjeżdżaliśmy z Kiciusiem co roku w marcu na
                    Kalatówki, poużywać na wiosennych śniegach i opalić tatrzańskim
                    słońcem blade pyski. Zamawialiśmy zawsze niebieski pokój.
                    Niewtajemniczonym wyjaśniam, że zbudowane przed wojną schronisko na
                    Kalatówkach miało status hotelu górskiego i miało pokoiki
                    dwuosobowe, co było luksusem w owych czasach. Pokoje utrzymane były
                    w dwóch kolorach – różowym i niebieskim. W tych pastelowych barwach
                    były zarówno drzwi, jak też meble i elementy wyposażenia. W tamtych
                    latach nie było też jeszcze zimą w górach takiego tłoku jak później,
                    gdy zmuszeni zostaliśmy do przesuwania naszych wyjazdów co roku na
                    odleglejszy termin, aż do końca kwietnia włącznie.
                    Pewnej zimy wybraliśmy się na Kalatówki z moim przyjacielem i kolegą
                    szkolnym Krzysiem, który wrócił do Polski po dłuższym pobycie w
                    Paryżu, przywożąc świeżo poślubioną francuską żonę Jacqueline oraz –
                    luksus w owych czasach – nowiutkiego Fiata 124. Pojechaliśmy więc
                    wspólnie jego samochodem z nartami, żonami i całym wytwornym
                    wyposażeniem narciarskim. W tamtych latach można było wjechać na
                    Kalatówki samochodem, pod warunkiem oczywiście, że ktoś potrafił
                    tego dokonać na stromej miejscami i ośnieżonej drodze. Krzyś tego
                    naturalnie spróbował i już po chwili utknęliśmy w najstromszym
                    miejscu. Mokry śnieg był nie tylko maksymalnie wyślizgany, ale co
                    gorsza niewiarygodnie usiany końskim łajnem z całej zimy, które pod
                    wpływem słońca radośnie wypłynęło na wierzch. Jacqueline zasiadła za
                    kierownicą, a reszta pchała z pomocą przechodniów, aż wyjechaliśmy
                    na równiejszy teren. Tylko Krzyś był niezbyt szczęśliwy, gdyż – jako
                    człowiek chętnie bujający w obłokach – pchał samochód z tyłu, nie
                    myśląc o tym co się dzieje za pojazdem, którego koła buksują w
                    zwałach końskiego łajna.
                    Po zainstalowaniu się w schronisku odkryliśmy, że w sąsiednim pokoju
                    mieszka nasz wspólny znajomy i starszy kolega szkolny Jacek,
                    ożeniony – żeby było zabawniej – z koleżanką szkolną mojego
                    Kiciusia. Nie można tu pominąć istotnego faktu, że Jacek był synem
                    jednego z najbardziej znanych i najbogatszych cukierników
                    warszawskich. Łatwo to było jednak dostrzec, gdyż w pobliżu zajmował
                    kolejny pokój trzyletni syn Jacka wraz ze specjalną osobistą
                    opiekunką, a stojący przed budynkiem samochód budził respekt nie
                    tylko marką, ale też stale wyjącym autoalarmem, co było wtedy
                    jeszcze rzadkością.
                    Wieczory spędzaliśmy wspólnie na pogwarkach w barze oraz na grze w
                    bilard, aż pewnego dnia Jacek zaproponował dla rozrywki partyjkę
                    pokera. Krzyś nigdy w życiu w pokera nie grał, co było jedną jego
                    licznych osobliwości, ale zaradziliśmy temu tłumacząc zasady i
                    spisując mu na kartce kolejność karcianych układów. Oczywiście
                    istotą gry w pokera jest granie na pieniądze, więc ustaliliśmy dla
                    porządku jakieś groszowe stawki, przyjmując dla ułatwienia – z braku
                    żetonów - ich równowartość w zapałkach. Panie nie grały, a my
                    zabawialiśmy się kartami do późnego wieczora. Skończyło się to
                    zgodnie ze znaną reguła – nowicjusz Krzyś wygrał ze wszystkimi.
                    Kwoty były raczej symboliczne – ja przegrałem około 15 złotych, a
                    Jacek około 35 – razem nic wielkiego. Ja uiściłem wniebowziętemu
                    Krzysiowi swój dług natychmiast, a Jacek wymamrotał, że odda
                    później, bo żona z portmonetką poszła właśnie na górę. I na tym się
                    tego wieczoru rozstaliśmy.
                    Przez następne dwa dni Jacek był absolutnie nieuchwytny, ale na
                    trzeci dzień przypadkiem spotkaliśmy się we trzech na schodach, a ja
                    z delikatną ironia zapytałem jak się mają długi honorowe. Jacek z
                    lekka zsiniał jakby, a potem spytał z wysiłkiem ile tego było? No to
                    wyjaśniłem, że 35 złotych, a on bez słowa wyjął portfel i zapłacił,
                    choć wyraźnie bez entuzjazmu. Gdy następnego dnia spotkaliśmy się
                    przy bilardzie, zapytałem czy może powtórzymy pokerka? Jacek się
                    otrząsnął i oświadczył że dziękuje, ale to dosyć głupia i nudna gra.
                    Pomyślałem wtedy, że zamożni ludzie mają cechy, bez których by się
                    nie wzbogacili, ale niekoniecznie ich za to akurat szanujemy.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka