pi.asia
10.02.12, 19:03
Mam dosyć tej cholernej zimy-nie-zimy.
Zima, bo mróz jak sto diabłów.
A nie zima, bo brak śniegu i ziemia zamarza, a wraz z ziemią przemarzają rury.
Dziś doświadczyłam na własnej skórze "uroków" tego zamarzania.
Mam mały warzywniaczek, ot taką wolno stojącą budkę. Jest woda i kanalizacja, ogrzewam elektryczną dmuchawą.
Żeby nie zamarzła mi instalacja i nie rozwaliło wodomierza, na noc zostawiam odrobinę odkręcony kran - woda sobie wolniutko kapie do umywalki, jak jest bardzo zimno to zamarza, ale nawet w najgorsze mrozy wszystko było ok.
Aha - woda jest na zapleczu, którego w nocy nie ogrzewam.
I wszystko było dobrze aż do dzisiaj. Bo okazało się, że ta wolniutko kapiąca i spływająca do kanalizacji woda zamarzała właśnie w tej kanalizacji. Przez dwa tygodnie mrozów musiała wypełnić całą rurę odpływową, bo odpływu nie ma....
Więcej - odkształciła się uszczelka na odpływie za sedesem, i wszystko zaczęło mi wypływać tamtędy na podłogę...
Tragedia - zaplecze metr na dwa metry, ciasnota jak cholera, a ja przez pół dnia walczyłam tam ze ścierą i wiadrem. Lałam do sedesu wrzątek, sypałam sól - na próżno, cokolwiek wlałam, wyciekało przez uszczelkę i zbierałam to z podłogi.
Najbardziej przeraża mnie myśl, że rura odmarznie dopiero jak się zrobi naprawdę ciepło - ponoć ziemia jest zamarznięta do głębokości metra! Rozpuścić metr bieżący lodu (a choćby i ćwierć metra), przy temperaturze otoczenia -17 - prawie niewykonalne.
Dziś na noc musiałam zostawić włączone dwa grzejniki - na sklepie i na zapleczu. Nie chcę myśleć ile zapłacę za prąd. Ale już lepiej płacić za prąd niż za nowy wodomierz...
Kiedy będzie cieplej?????