barba50
17.02.12, 21:57
Od dawna mam kłopoty z kręgosłupem szyjnym, z lędźwiowym takoż. Są to dolegliwości czasem silniejsze, czasem mało odczuwalne. Nauczyłam się z tym jakoś radzić. Ale od pewnego czasu zaczęły boleć mnie kolana, kostki u nóg, doszedł ból dłoni (nadgarstki, promieniujący ból do palców), dłonie były spuchnięte. Po wizycie u lekarza pierwszego kontaktu trafiłam do reumatologa. Pani doktor wysłuchała z czym przyszłam, wypisała plik skierowań na różne badania. Po czym powiedziała, że da mi lek, ale zanim zacznę go przyjmować trzeba zrobić rtg klatki piersiowej i wykluczyć gruźlicę. No, ale skąd w ogóle takie posądzenie - pytam. P. dr stwierdza, że spotkała się z przypadkiem, kiedy wykryła bardzo zaawansowaną gruźlicę u kobiety, która nie miała żadnych objawów prócz spuchniętych dłoni... Że ma siebie za b. dobrego diagnostę (sic!). O receptę na zapowiedziany lek musiałam poprosić, bo zapomniała (to była jej 10 godzina pracy tego dnia), o dawkowanie również. No i jako, że kolejna wizyta dopiero za prawie miesiąc miałam z wynikiem rtg pójść do lekarza w rejonie. Byłam dzisiaj, opowiedziałam całą historię, ale to jeszcze nie koniec - reumatolożka dała mi dla mojej doc taki wypis co mi dolega, jakie leki mi ordynuje itd. Tyle, że zapisała mi zupełnie inny lek, a inny podała w tym wypisie...
Jakoś nie bardzo mam ochotę na kolejną wizytę u niej...
No i gdybym rzeczywiście miała gruźlicę to musiałabym sama się leczyć, trzeba byłoby skontrolować całą rodzinę, a córka w ósmym miesiącu ciąży...
Fuck! Miałam kilka dni niezłej nerwówy