pi.asia
13.03.12, 18:59
Poproszona przez Barbę zamieszczam moje opowiadanie napisane kiedyś pod wpływem Sagi o Wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego.
Sagi w tym tyle co kot napłakał, jest za to parę inspiracji literackich i filmowych.
Opowiadanie będzie w odcinkach, bo całość naraz się nie zmieści.
Miłej lektury!
ZATRATNIA
- Stryju? To już Zatratnia? Tam?
Sulimir uniósł się w strzemionach i spojrzał we wskazanym przez Pablika kierunku. Daleko na horyzoncie, wśród malowniczych wzgórz, leżało niewielkie miasteczko, przycupnięte u stóp wysokiej, szpiczastej wieży.
- Tak. Zobaczyłeś ją pierwszy raz. Teraz możesz zacząć liczyć, ile razy stracisz ją z oczu, zanim dojedziemy. A ta wieża, to świątynia Wielkiej Noyre.
Trącił konia piętami i zjechał ze zbocza porośniętego suchą, ostrą trawą. Powietrze drgało w upale, zniekształcając obraz, wysoko nad łąką dzwoniły skowronki.
Pablik jeszcze przez chwilę chłonął widok miasteczka, potem pokłusował w ślad za stryjem. Wkrótce zagłębili się w bukowy las, pod końskimi kopytami zaszeleściły suche, zeszłoroczne liście. Tu było chłodniej, promienie słońca przefiltrowane przez zieleń nie raziły zmęczonych oczu. Pablik wpatrzył się w długie, smukłe pnie, jakby widział w nich postać ślicznej Cesny, córki burmistrza Zatratni, Wyskalika. Odkąd rok wcześniej zobaczył dziewczynę w rodzinnym Basker, gdzie przyjechała z ojcem, nie mógł o niej zapomnieć. Stryj Sulimir, wychowujący Pablika po śmierci rodziców, wyjątkowo nie łajał i nie pomstował, gdy zorientował się w uczuciach chłopaka. W sekrecie prowadził układy z Wyskalikiem, aż wreszcie burmistrz Zatratni zgodził się wydać córkę za Pablika. Chłopak pochodził ze starego, dobrego rodu, Basker było dworem dużym i dostatnim. Sulimir znany był z uczciwości, rozumu, twardej ręki i złotego serca. Swego wychowanka trzymał krótko, choć wszyscy w Basker wiedzieli, że świata poza chłopakiem nie widział. Wyskalik mógł być więc spokojny o przyszłość jedynaczki – i łaskawie zezwolił na małżeństwo. Pablik na wieść o tym mało nie oszalał z radości.
Cesna też omal nie oszalała.
* * *
- Jak mogłeś?! Jedyną córkę! Bez pytania! Jak gęś na targu!!!
Wyskalik jeszcze nie widział Cesny w takim stanie. Biegała po komnacie i rzucała o ziemię wszystkim, co wpadło jej w ręce. Posadzka zasłana była szczątkami porcelanowych figurek, potrzaskanymi ramkami obrazów i tłuczonym szkłem z okiennych szyb. Szyby Cesna wybiła stołkiem na samym początku.
- Nie wyjdę za niego, rozumiesz?! Ani za nikogo! Nigdy!
- Ależ córeczko....
- Nie odzywaj się do mnie! Własną córkę tak sprzedać! Nienawidzę cię!!!
Siedząca dotychczas w milczeniu Dorochna, żona Wyskalika, wstała i podeszła do rozwścieczonej Cesny.
- Posłuchaj, kochanie – powiedziała łagodnie, obejmując córkę. – Pablik z Basker to dobry chłopak. Sulimira, jego stryja, znają i szanują od Koleborgu aż po Stule. Na pewno będziesz szczęśliwa.
Dziewczyna wyrwała się z objęć matki.
- Nigdy w życiu nie oddam się żadnemu parszywemu chłopu! Nigdy, rozumiecie?! Nigdy, nigdy, nigdyyyy!!!
Wybiegła z komnaty, trzasnąwszy drzwiami. Na korytarzu wybuchnęła płaczem.
* * *
Awanturowała się przez trzy dni. Wyskalik już-już miał złamać słowo dane Sulimirowi, gdy dziewczyna nagle się uspokoiła. Zgodziła się na małżeństwo, acz chłodno i bez entuzjazmu, postawiła jednakże własne warunki. Po pierwsze – ślub miał być cichy i skromny. Po drugie – uczta weselna jeszcze skromniejsza. Po trzecie – ona i jej mąż mieli udać się po błogosławieństwo do chramu Wielkiej Noyre. I żadnych prezentów. Wyskalikowi spadł kamień z serca.
Natychmiast pchnął do Basker posłańca z dobrą wieścią. Sulimira zdumiały nieco warunki postawione przez przyszłą pannę młodą, ale uznał, że tak piękna dziewczyna ma prawo stroić fochy. Stwierdził, że wesele może być skromne, natomiast uczta powitalna w Basker musi dziewczynę olśnić i zachwycić.
Wydał swej służbie stosowne rozporządzenia, wydał też sporą kwotę ze skarbca. Teraz jechał z Pablikiem do Zatratni, gdzie czekała narzeczona.
Miasteczko – jak wyjaśnił chłopakowi – wzięło swą dziwną nazwę stąd, że położone było wśród wzgórz i zmierzający do niego podróżni wciąż tracili je z oczu. Jedynym drogowskazem była strzelająca w niebo wieża świątyni Wielkiej Noyre.
* * *
Wielka Noyre była boginią potężną, lecz nieobliczalną. Prośby składane przez wyznawców potrafiła spełniać w sposób zaskakujący. Dlatego należało bardzo uważać, o co się ją prosi. Podczas trwającego kilkaset lat kultu wyznawcy nauczyli się, że Wielka Noyre najchętniej wysłuchuje próśb o dziecko. Niewiasty, daremnie pragnące potomstwa, tłumnie nawiedzały chram w Zatratni, lub wysyłały tam mężów, aby suplikowali w ich imieniu. Te prośby były
spełniane ze skutecznością stuprocentową. Dużo rzadziej bogini wysłuchiwała modłów o zdrowie. W tym przypadku lepiej było ominąć świątynię w Zatratni i jechać do któregoś z licznych w miasteczku cyrulików. Wiadomo było także, iż na pomoc Wielkiej Noyre nie powinny liczyć kobiety mające mężów uzależnionych od kielicha. Istniały wprawdzie udokumentowane przypadki, że alkoholik przestawał pić, niestety, z reguły przestawał również chodzić albo i widzieć. Czasem w ogóle przestawał się ruszać, a nawet oddychać. Być może bogini uważała, że łatwiej chłopa zabić, niż wyleczyć z pijaństwa. A już
wyjątkowo podle traktowała Wielka Noyre zakochane dziewczęta. W ciągu kilkuset lat nie zdarzyło się ani razu, by wysłuchała prośby o szczęście w miłości. Ba, jeżeli któraś szczęśliwie zakochana udała się do chramu podziękować bogini, jeszcze tego samego wieczoru samotnie szlochała w poduszkę, a jej wybranek uganiał się za inną. Wieść gminna niosła, że istnieje jeden jedyny pewny sposób, by zapewnić sobie przychylność tak potężnego bóstwa: należało ślubować dziewictwo do końca życia. Wtedy Wielka Noyre spełniała wszystkie prośby jak leci, aczkolwiek we właściwy sobie, nieobliczalny sposób. Wieść ta nie
była potwierdzona, bo chętnych do eksperymentowania jakoś brakowało.
W pustelni przy chramie mieszkała grupka kapłanów. Kapłani byli tłuści, brzuchaci i najczęściej mocno podpici. Ich głównym zajęciem było napełnianie świątynnego skarbca. Łupili wyznawców Wielkiej Noyre bez najmniejszych skrupułów, sprzedając jako amulety nawet ogryzione przez siebie indycze kości. O samą świątynię nie dbali. Po kątach wisiały bure, zakurzone pajęczyny, pod okapem gnieździły się osy i szerszenie. Wszystkie drewniane elementy konstrukcji były podziurawione przez korniki. Robaki gryzły nawet deskę, na której namalowany był wizerunek Wielkiej Noyre. Jakim cudem sroga i niełaskawa bogini
tolerowała taki stan rzeczy – nie wiadomo. Istniała legenda, że kiedyś kapłanką zostanie kobieta i wreszcie zaprowadzi porządek. Wtedy Wielka Noyre w końcu spuści z tonu i nabierze szacunku do swych wyznawców.
* * *