Opowiadanie

13.03.12, 18:59
Poproszona przez Barbę zamieszczam moje opowiadanie napisane kiedyś pod wpływem Sagi o Wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego.
Sagi w tym tyle co kot napłakał, jest za to parę inspiracji literackich i filmowych.
Opowiadanie będzie w odcinkach, bo całość naraz się nie zmieści.
Miłej lektury!

ZATRATNIA



- Stryju? To już Zatratnia? Tam?
Sulimir uniósł się w strzemionach i spojrzał we wskazanym przez Pablika kierunku. Daleko na horyzoncie, wśród malowniczych wzgórz, leżało niewielkie miasteczko, przycupnięte u stóp wysokiej, szpiczastej wieży.
- Tak. Zobaczyłeś ją pierwszy raz. Teraz możesz zacząć liczyć, ile razy stracisz ją z oczu, zanim dojedziemy. A ta wieża, to świątynia Wielkiej Noyre.
Trącił konia piętami i zjechał ze zbocza porośniętego suchą, ostrą trawą. Powietrze drgało w upale, zniekształcając obraz, wysoko nad łąką dzwoniły skowronki.
Pablik jeszcze przez chwilę chłonął widok miasteczka, potem pokłusował w ślad za stryjem. Wkrótce zagłębili się w bukowy las, pod końskimi kopytami zaszeleściły suche, zeszłoroczne liście. Tu było chłodniej, promienie słońca przefiltrowane przez zieleń nie raziły zmęczonych oczu. Pablik wpatrzył się w długie, smukłe pnie, jakby widział w nich postać ślicznej Cesny, córki burmistrza Zatratni, Wyskalika. Odkąd rok wcześniej zobaczył dziewczynę w rodzinnym Basker, gdzie przyjechała z ojcem, nie mógł o niej zapomnieć. Stryj Sulimir, wychowujący Pablika po śmierci rodziców, wyjątkowo nie łajał i nie pomstował, gdy zorientował się w uczuciach chłopaka. W sekrecie prowadził układy z Wyskalikiem, aż wreszcie burmistrz Zatratni zgodził się wydać córkę za Pablika. Chłopak pochodził ze starego, dobrego rodu, Basker było dworem dużym i dostatnim. Sulimir znany był z uczciwości, rozumu, twardej ręki i złotego serca. Swego wychowanka trzymał krótko, choć wszyscy w Basker wiedzieli, że świata poza chłopakiem nie widział. Wyskalik mógł być więc spokojny o przyszłość jedynaczki – i łaskawie zezwolił na małżeństwo. Pablik na wieść o tym mało nie oszalał z radości.
Cesna też omal nie oszalała.

* * *

- Jak mogłeś?! Jedyną córkę! Bez pytania! Jak gęś na targu!!!
Wyskalik jeszcze nie widział Cesny w takim stanie. Biegała po komnacie i rzucała o ziemię wszystkim, co wpadło jej w ręce. Posadzka zasłana była szczątkami porcelanowych figurek, potrzaskanymi ramkami obrazów i tłuczonym szkłem z okiennych szyb. Szyby Cesna wybiła stołkiem na samym początku.
- Nie wyjdę za niego, rozumiesz?! Ani za nikogo! Nigdy!
- Ależ córeczko....
- Nie odzywaj się do mnie! Własną córkę tak sprzedać! Nienawidzę cię!!!
Siedząca dotychczas w milczeniu Dorochna, żona Wyskalika, wstała i podeszła do rozwścieczonej Cesny.
- Posłuchaj, kochanie – powiedziała łagodnie, obejmując córkę. – Pablik z Basker to dobry chłopak. Sulimira, jego stryja, znają i szanują od Koleborgu aż po Stule. Na pewno będziesz szczęśliwa.
Dziewczyna wyrwała się z objęć matki.
- Nigdy w życiu nie oddam się żadnemu parszywemu chłopu! Nigdy, rozumiecie?! Nigdy, nigdy, nigdyyyy!!!
Wybiegła z komnaty, trzasnąwszy drzwiami. Na korytarzu wybuchnęła płaczem.

* * *

Awanturowała się przez trzy dni. Wyskalik już-już miał złamać słowo dane Sulimirowi, gdy dziewczyna nagle się uspokoiła. Zgodziła się na małżeństwo, acz chłodno i bez entuzjazmu, postawiła jednakże własne warunki. Po pierwsze – ślub miał być cichy i skromny. Po drugie – uczta weselna jeszcze skromniejsza. Po trzecie – ona i jej mąż mieli udać się po błogosławieństwo do chramu Wielkiej Noyre. I żadnych prezentów. Wyskalikowi spadł kamień z serca.
Natychmiast pchnął do Basker posłańca z dobrą wieścią. Sulimira zdumiały nieco warunki postawione przez przyszłą pannę młodą, ale uznał, że tak piękna dziewczyna ma prawo stroić fochy. Stwierdził, że wesele może być skromne, natomiast uczta powitalna w Basker musi dziewczynę olśnić i zachwycić.
Wydał swej służbie stosowne rozporządzenia, wydał też sporą kwotę ze skarbca. Teraz jechał z Pablikiem do Zatratni, gdzie czekała narzeczona.
Miasteczko – jak wyjaśnił chłopakowi – wzięło swą dziwną nazwę stąd, że położone było wśród wzgórz i zmierzający do niego podróżni wciąż tracili je z oczu. Jedynym drogowskazem była strzelająca w niebo wieża świątyni Wielkiej Noyre.

* * *

Wielka Noyre była boginią potężną, lecz nieobliczalną. Prośby składane przez wyznawców potrafiła spełniać w sposób zaskakujący. Dlatego należało bardzo uważać, o co się ją prosi. Podczas trwającego kilkaset lat kultu wyznawcy nauczyli się, że Wielka Noyre najchętniej wysłuchuje próśb o dziecko. Niewiasty, daremnie pragnące potomstwa, tłumnie nawiedzały chram w Zatratni, lub wysyłały tam mężów, aby suplikowali w ich imieniu. Te prośby były
spełniane ze skutecznością stuprocentową. Dużo rzadziej bogini wysłuchiwała modłów o zdrowie. W tym przypadku lepiej było ominąć świątynię w Zatratni i jechać do któregoś z licznych w miasteczku cyrulików. Wiadomo było także, iż na pomoc Wielkiej Noyre nie powinny liczyć kobiety mające mężów uzależnionych od kielicha. Istniały wprawdzie udokumentowane przypadki, że alkoholik przestawał pić, niestety, z reguły przestawał również chodzić albo i widzieć. Czasem w ogóle przestawał się ruszać, a nawet oddychać. Być może bogini uważała, że łatwiej chłopa zabić, niż wyleczyć z pijaństwa. A już
wyjątkowo podle traktowała Wielka Noyre zakochane dziewczęta. W ciągu kilkuset lat nie zdarzyło się ani razu, by wysłuchała prośby o szczęście w miłości. Ba, jeżeli któraś szczęśliwie zakochana udała się do chramu podziękować bogini, jeszcze tego samego wieczoru samotnie szlochała w poduszkę, a jej wybranek uganiał się za inną. Wieść gminna niosła, że istnieje jeden jedyny pewny sposób, by zapewnić sobie przychylność tak potężnego bóstwa: należało ślubować dziewictwo do końca życia. Wtedy Wielka Noyre spełniała wszystkie prośby jak leci, aczkolwiek we właściwy sobie, nieobliczalny sposób. Wieść ta nie
była potwierdzona, bo chętnych do eksperymentowania jakoś brakowało.
W pustelni przy chramie mieszkała grupka kapłanów. Kapłani byli tłuści, brzuchaci i najczęściej mocno podpici. Ich głównym zajęciem było napełnianie świątynnego skarbca. Łupili wyznawców Wielkiej Noyre bez najmniejszych skrupułów, sprzedając jako amulety nawet ogryzione przez siebie indycze kości. O samą świątynię nie dbali. Po kątach wisiały bure, zakurzone pajęczyny, pod okapem gnieździły się osy i szerszenie. Wszystkie drewniane elementy konstrukcji były podziurawione przez korniki. Robaki gryzły nawet deskę, na której namalowany był wizerunek Wielkiej Noyre. Jakim cudem sroga i niełaskawa bogini
tolerowała taki stan rzeczy – nie wiadomo. Istniała legenda, że kiedyś kapłanką zostanie kobieta i wreszcie zaprowadzi porządek. Wtedy Wielka Noyre w końcu spuści z tonu i nabierze szacunku do swych wyznawców.

* * *
    • pi.asia Re: Opowiadanie 13.03.12, 19:09
      * * *
      Cesna pokochała boginię i jej świątyńkę od pierwszej chwili. Od dnia, gdy Wyskalik przyprowadził ją, wówczas pięcioletnią, i powiedział, że przyszła na świat dzięki łasce Wielkiej Noyre. I gdy dowiedziała się, że szpiczasta wieża jest dziękczynnym wotum burmistrza za wymarzone dziecko. Odtąd każdą wolną chwilę spędzała w chramie. Kapłani z początku koso patrzyli na dziewczynkę myszkującą po ich terenie, rychło jednak zauważyli korzyści płynące z jej obecności. Była przecież żywym dowodem na to, że bogini spełnia prośby o dziecko, zwłszcza te poparte solidną opłatą. Poza tym Cesna przynosiła do świątyńki całe naręcza kwiatów, i – jak umiała – porządkowała zakurzone, zaniedbane wnętrze. Gdy nauczyła się czytać, zezwolili jej wchodzić do świątynnej biblioteki. Radość dziewczynki nie miała granic. Przeglądała stare, podniszczone tomiska, pergaminy zapisane dziwnym, kanciastym pismem i spłowiałe dokumenty. Wkrótce i o Wielkiej Noyre, i o jej świątyni wiedziała znacznie więcej niż wszyscy kapłani razem wzięci, a przeczytane historie o świętych dziewicach tak ją poruszyły, że mając dziesięć lat ślubowała dozgonne dziewictwo. Cztery lata później wystąpiła do kapłanów z dziwną propozycją.

      * * *

      - Kobieta?! Wykluczone! Absolutnie wykluczone! – Willibald, najwyższy kapłan, sam nie wiedział, czy śmiać się, czy płakać nad tą głupią smarkulą. – Wielkiej Noyre mogą służyć wyłącznie mężczyźni!
      Cesna utkwiła w nim wzrok. Wy nadęte bufony – mówiło jej spojrzenie. – Wy opasy. Wy wydrwigrosze. Przydałoby się zrobić z wami porządek. I z całym tym bajzlem, jaki tu panuje.
      Willibald stracił nad sobą panowanie.
      - Wynoś się stąd! – ryknął. – I to już! I więcej tu nie przyłaź!
      - Mam prawo – spokojnie odparła dziewczyna. – I jako córka burmistrza, i jako córka fundatora wieży, i – przede wszystkim – jako dziecko otrzymane od Wielkiej Noyre. Będę przychodzić, kiedy zechcę.
      Odwróciła się z godnością i wyszła ze świątyni. Willibalda mało szlag nie trafił. Najgorsze było to, że miała rację. We wszystkim.
      Głupia smarkula.

      * * *

      Gdy skończyła siedemnaście lat, ojciec zaczął przebąkiwać o wydaniu jej za mąż. Udawało jej się spławiać kolejnych zalotników, ale na Pablika ojciec po prostu się uparł. Gdy radośnie poinformował Cesnę o swoich zamiarach, dziewczyna się przeraziła. Nie chciała mówić ojcu o ślubie, który złożyła siedem lat wcześniej. Złamanie przysięgi w ogóle nie wchodziło w grę. Po trzech dniach awantur i trzaskania drzwiami wymknęła się do świątyni. Tam, znużona płaczem, zasnęła.
      Śniła jej się biblioteka – niby świątynna, ale jakaś dziwna. Pełno w niej było tajemnych przejść, stromych schodów splątanych w labirynt. Wędrowała po nich, wiedziona maleńkim światełkiem, pełgającym tuż przed jej twarzą. Płomyk doprowadził ją do ogromnego lustra – i zniknął. Lustro okazało się drzwiami. W ukrytej za nimi niewielkiej komnacie leżał na stole szary od kurzu strzęp pergaminu. Fragment jakiegoś większego dokumentu. Z wypiekami na twarzy czytała:
      "Ja, Rya, zwana Wyelka Noire, wszelakiej pomocy udzielę każdey, która żywot w cnocie i czystości ślubuye. I każde żądanie jey spełnię. Taka iest moia wola. A moiey woley przeciwiać się nielza! Dziś na stosie żywota mam dokonać, ale po śmierci moiey czczić mię będą iako boginię. Wieszczę to ja, Rya, zwana Wyelką Noire!"
      Daty nie było, pergamin kruszył się w palcach. I parzył, płonął żywym ogniem. Cesna zorientowała się, że płonie cała biblioteka. Wybiegła z komnaty na schody, ale schodów już nie było. Tylko ogień, potężny, huczący, ogarniający i pożerający wszystko....
      Obudziła się z głową opartą na kolanach, wtulona w kąt świątyni. Chram był pusty, na dworze zmierzchało. Dłonie piekły ją i bolały. W zaciśniętych palcach trzymała skrawek pergaminu.
      Szary od kurzu i osmalony na brzegach...
      Zerwała się i pędem pobiegła do zamku. Tego samego wieczoru powiedziała ojcu, że zgadza się na małżeństwo z Pablikiem.

      * * *
      Ściemniało się. Jasne było, że nie zdążą dojechać do Zatratni przed nocą. Sulimir zaczął rozglądać się za jakimś zajazdem. Zajazd pojawił się jak na zamówienie, gdy tylko wyjechali z lasu.

      * * *
      Dasty Hammer, zwany przez przyjaciół Ścibulkiem, wyglądał jak żywa reklama własnej karczmy. Niewysoki, pulchny, rumiany i uśmiechnięty, na pierwszy rzut oka budził pewność, że jego kucharz zna się na rzeczy. Pewność uzasadnioną, bo kucharz w oberży "Pod Króliczkiem" był mistrzem w swoim fachu. Nie mogło być inaczej. Dasty zbyt lubił swoją karczmę, żeby zatrudniać w niej byle kogo. Tak więc kucharz był mistrzem, dziewki służebne – ładne i czyściutkie, a stajenny dbał o konie przyjezdnych jak o własne dzieci. Klientela też była wyjątkowa – w oberży "Pod Króliczkiem" nie było awantur, bijatyk i picia do utraty
      przytomności. "Pod Króliczkiem" zatrzymywali się z reguły ci, którzy zmierzali do chramu Wielkiej Noyre, a – jak powszechnie wiadomo – ludzie religijni są cisi, spokojni, rozumni i uczciwi.
      Dasty po raz setny przecierał ściereczką kufle, stojąc za szynkwasem, gdy brzęknął dzwoneczek zawieszony nad drzwiami zajazdu. Do oberży weszli kolejni goście. Mimo kurzu pokrywającego skromne podróżne ubrania Dasty z miejsca rozpoznał bogatych klientów. Starszy mężczyzna patrzył spod krzaczastych brwi ze spokojem, jaki daje dobrze wypchana sakiewka. A nawet dwie dobrze wypchane sakiewki. Towarzyszący mu młodzieniec bezsprzecznie wzrastał w dostatku, choć trzymany był twardą, acz kochającą ręką. To po prostu było widać. W ślad za tymi dwoma weszli trzej następni...
      Oberżysta szerzej otworzył oczy. Było na co popatrzeć – trzech tęgich olbrzymów, otulonych czarnymi burkami, po kolei waliło głową w belkę nad drzwiami. Belka była wysoko, ale oni byli wyżsi niż jakiekolwiek drzwi w jakiejkolwiek znanej Dasty’emu oberży. Tym bardziej zdumiewało więc ich niepewne i nieśmiałe zachowanie, a także ewidentne gapiostwo. Albo tknięci na umyśle - zdecydował Ścibulek – albo mają potężne zmartwienie. Rzut oka na twarze nowoprzybyłych wyjaśnił mu wiele. Cała trójka miała na obliczach istną plątaninę zadrapań – świeżych, mniej świeżych i całkiem już zabliźnionych. Nie wyglądali na ludzi
      zarabiających na życie zbieraniem jeżyn, głogu i tarniny, ani też na hodowców kotów. Sprawa była jasna – podrapały ich własne baby. Musiały drapać często i z byle powodu, skoro wydrapały z mężów całą odwagę. Dasty’emu zrobiło się ich żal – znał takie sekutnice. Nie z własnego doświadczenia, o nie! Jego Nusia była spokojną, okrąglutką niewiastą, zadowoloną z życia, z męża i z trzech rumianych, zdrowych córeczek. Za to teściowa – zanim szczęśliwie dokonała żywota – wykończyła awanturami własnego męża i dwóch zięciów. Dasty przetrwał tylko dlatego, że był poza zasięgiem wzroku, głosu i pazurów. Zwłaszcza pazurów.
      Goście tymczasem zdążyli zająć miejsca przy jedynym wolnym stole. Po jednej stronie siadł starszy mężczyzna z młodzieńcem, po drugiej przycupnęli na ławie ci podrapani. Zaledwie zasiedli, Dasty był już przy nich, z potężnym dzbanem piwa, miseczką gęsiego smalcu ze skwarkami i bochnem świeżego chleba. Marka, jedna z dziewek, przetarła czyściutką ściereczką czyściutki stół i ustawiła przed gośćmi kufle.
      - Witamy w Króliczku – Ścibulek postawił przyniesione prowianty, a widząc spłoszone spojrzenia tych trzech w czarnych burkach, dodał szybko: – To na koszt firmy.
      - Zacna oberża – uznał starszy mężczyzna, ten bogaty. – Za poczęstunek dziękujemy. A co polecasz na dobrą wieczerzę?
      - Szczupaka w galarecie, pieczone jagniątka, polędwicę wołową z rusztu, jajecznię na rydzach – Dasty nabrał tchu, by wymieniać dalej bogatą listę potraw, gdy usłyszał szept tego młodego.
      - Stryju – szepnął ten młody. – Może pieczonego prosiaka?
      - Dobry pomysł, Pablik – przyznał stryj. – Pieczonego prosiaka
      • pi.asia Re: Opowiadanie 13.03.12, 19:16
        - Polecam perliczki, gąskę pieczoną, pulardę.... – spróbował jeszcze raz, ale już bez przekonania.
        - Ale my zamawiamy prosiaka. Trzy prosiaki. Ładnie upieczone, z jabłuszkiem w pysku, z czosnkiem i majerankiem.
        Na czole oberżysty pojawiły się kropelki potu.
        - Zechciejcie wybaczyć – wymamrotał. – Nie pieczemy prosiaków. Nie mamy żadnych potraw z wieprzowiny.
        Stryj Pablika wysoko uniósł krzaczaste brwi.
        - O! A to niby dlaczego?
        Dasty Hammer oblizał wyschnięte wargi, fartuchem otarł pot z twarzy i zdecydował się powiedzieć wszystko. Lepiej stracić klienta niż karczmę i życie.
        - To przez misia – wyszeptał, zniżając głos i rozglądając się trwożliwie.
        - Miedwiedź wam trzodę wydusił, a? – śpiewnym akcentem odezwał się jeden z podrapanych.
        - Nnie... to nie tak... ino miś, jak poczuje zapach pieczonego prosiaka albo chociaż kwik zarzynanego posłyszy, zaraz przylatuje i....
        - I pożera? – domyślił się drugi podrapany.
        - Nie, nie pożera. Gorzej. Karczmę rozbija, ludzi kaleczy, wieprzka kradnie i umyka. Potem go zakopuje pod drzewkiem. A ryczy przy tym tak, że bębenki w uszach pękają.
        - Niedźwiedź? W tym lasku? – Pablik z niedowierzaniem patrzył na oberżystę
        - Ten lasek ciągnie się na sto mil wokoło – odparł Dasty. – A miś już trzy razy karczmę zniszczył, zanim my pojęli, żeby prosiaków nie piec. Spytajcie ludzi w Zatratni. Żaden nie trzyma świniaków.
        - A miedwiedzia ubić nie lza? – przemówił trzeci podrapany. – Taż to, braciaszkowie, nic trudnego!
        Ścibulek pobladł jeszcze bardziej.
        - Komes Krystof by nas z dymem puścił. To jego ukochany miś. A komes ludzki pan i sprawiedliwy, ale misia ruszać nie pozwala. Lepiej odzwyczaić się od wieprzowiny.
        - Ha – zdecydował się stryj Pablika. – W takim razie daj nam, zacny oberżysto, i tego szczupaka, i polędwicę z rusztu, i trzy... nie, cztery perliczki. A na początek – jajecznię na rydzach.

        * * *
        Trzej podrapańcy przyjęli poczęstunek z zakłopotaniem, ale i z wdzięcznością. Przy szóstym dzbanie piwa okazali się nadspodziewanie wymowni. Pablik i Sulimir dowiedzieli się, że współbiesiadnicy pochodzą z Puszczy na wschodzie, że są braćmi, noszą imiona Lecz, Checz i Kuser, i że kiedyś nie posłuchali rozkazu własnego ojca.
        - A ja wam mówił, co by ot’ca słuchat’ – darł się najstarszy, Kuser. – Wam kazał jechat’ zdobycze przywozit’, to was ot, diabeł podkusił, i wy też pojechali w ślad za mną i żony Laszki sobie przywieźli. Ot, i pokarało was!
        - Ale ty sobie też żonę przywiózł – płaczliwie zawodził Checz. – I co, lepiej tobie nie jest niż nam!
        - Ale tak, to by tylko ja cierpiał – odpalił Kuser. – A tak, to każdemu żywot obmierzł!
        - Miały być wesolutkie jak młode koteczki – ponuro dodał Lecz. – Ot, koteczki! Żbiki, nie koteczki!

        * * *
        Okazało się, że zarówno żona przywieziona na zamówienie, jak i dwie nadprogramowe trzęsły i całym dworzyszczem, i swymi potężnymi mężami. Ojciec trzech Puszczan, wymęczony ciągłym jazgotem, przeniósł się był na tamten świat, wymógłszy na synach przyrzeczenie, że swoim z kolei synom każą omijać Lachię z daleka i szukać żon w zupełnie innej części świata. Kłopot w tym, że żaden z podrapańców nie doczekał się jeszcze potomstwa. A istniała nadzieja, że drapiące Laszki po powiciu dzieci złagodnieją i przestaną drapać. Właśnie dlatego Lecz, Checz i Kuser wyruszyli do Zatratni. Widać sława Wielkiej Noyre
        dotarła aż do Puszczy.

        * * *
        - A nie lepiej było białki przysłać do bogini, zamiast samemu jechać? – całkiem logicznie zapytał Pablik.
        - Ot, młody, to i nie wie – mruknął Checz. – Wielka Noyre ponoć najlepiej działa, gdy żony doma same ostaną! To my je i ostawili.
        Sulimir parsknął piwem prosto na stół.
        - Wielka Noyre? Może i działa, ale chyba nie sama, co? Jakimś jurnym parobkiem jako narzędziem to się przypadkiem nie posługuje?
        - Jeśli nawet – Lecz spojrzał Sulimirowi prosto w oczy – to najważniejsze, coby dzieciak na świat przyszedł.
        Dwaj pozostali Puszczanie pokiwali smętnie głowami.
        - Jakby wy, panie, taki rozhowor doma mieli, jak my mamy, to by wy ino patrzyli, gdzie ratunku szukat’ – dodał Kuser. – At, dużo dumat’, mało wydumat’. Napijmy się!
        Marka jak spod ziemi pojawiła się przy stole z kolejnym dzbanem piwa. Druga dziewka, Karusia, zebrała puste miski, i znów wytarła stół. Obie zerkały na Pablika, którego niebieskie oczy robiły na nich ogromne wrażenie. Marka, stawiając dzban, niby niechcący otarła się o policzek młodzieńca zgrabnym biustem. Na tyle zezwalał Dasty. Bardziej wyraźne zaloty wobec gości były przez oberżystę niemile widziane. Niestety, niemile zareagował również sam
        Pablik – odskoczył jak oparzony i przesunął się na ławie bliżej stryja. Dziewczyny wymieniły spojrzenia i odeszły. Checz patrzył na ich kołyszące się biodra z tęsknym wyrazem twarzy.
        - Ot, młody, a dziewek się boi! Jakże to tak?
        - On już ma panią swego serca – Sulimir pociągnął tęgi łyk piwa i otarł wąsy z piany. – Innych dziewek nawet widzieć nie chce. Właśnie jedziemy na zaślubiny.
        - Powinszowat’! – Kuser podniósł w górę kufel z piwem. – Tak ty, młody, uważat’ musisz. Może byt’, ona drapie?
        - Ona... ona jest naj...najcudowniejszą... naj.... naj... – Pablik aż się zatchnął, broniąc ukochanej. Nawet nie przeczuwał, jaki mu ta ukochana wykręci numer.
        A raczej nie ona, tylko Wielka Noyre, bogini z chramu w Zatratni.

        * * *
        - ....i ocal mnie, o Wielka Noyre, przed złamaniem złożonego ślubu. Spraw, o bogini, abym mogła dotrzymać przysięgi. A jeśli łaska twoja jest tak wielka, jak twoja sława, to pozwól, bym ci służyła tu, w świątyni. Wielka Noyre, która nosiłaś ziemskie imię Rya, dotrzymaj własnej obietnicy!
        Cesna modliła się żarliwie, wpatrzona w pogryziony przez korniki obraz. Zdawała się nie pamiętać o klęczącym przy niej Pabliku, świeżo poślubionym małżonku, i o rodzicach stojących nieco z boku. Za to Pablik – zamiast się modlić – zezował na śliczną żonę. Bo też było na co patrzeć. Ciemne włosy, zwykle splecione w warkocz, tym razem spływały na plecy, kładąc się miękką falą na bladobłękitnej sukni. Na głowie dziewczyna miała wianuszek z mirtu
        i białych różyczek. Z boku Pablik nie widział całej twarzy Cesny, jedynie jej miękki profil, brzoskwiniowy meszek na policzkach i długie rzęsy o podgiętych koniuszkach. Była śliczna. I była jego, tylko jego.

        * * *
        Cesna, siedząc przed zwierciadłem w swojej komnacie, czuła rosnący lęk. Uczta weselna dobiegła końca, a nic nie wskazywało na to, by Wielka Noyre spełniła jej prośbę. Pablik wprawdzie tak zagapił się na młodą małżonkę, że zleciał ze stopni powozu, ale skończyło się na upapraniu ubrania. Potem cudem uniknął stratowania przez konia Sulimira. Ogier, z nagła ukąszony przez bąka, wierzgnął wszystkim czterema nogami naraz. Kopyta przeszły tuż koło głowy chłopaka. Na samej uczcie Pablik zakrztusił się kiszonym ogórkiem. Zanim jednak zadławił się na śmierć, Wyskalik huknął zięcia w plecy z takim impetem, że omal nie zrzucił go z krzesła. Potem świeżo upieczony małżonek spadł ze schodów idąc do wygódki, ale wylądował na stosie futer, wyniesionych do wywietrzenia. Wielka Noyre najwidoczniej miała dobre chęci, lecz nie bardzo umiała wziąć się do dzieła. Cesnie pozostawała nadzieja, że Pablik też nie będzie umiał wziąć się do dzieła.
        Skrzypnęły drzwi. Odwróciła się. Jej mąż wszedł do komnaty i podszedł do łóżka, kładąc na poduszce czerwoną różyczkę. Potem spojrzał na swą śliczną żonę, w oczach miał żar i czułość. Cesna w popłochu zakryła twarz rękami.
        Poczuła pod palcami dziwne ukłucie. Setki ukłuć. I jakieś mrowienie. Spojrzała w lustro...

        • pi.asia Re: Opowiadanie 13.03.12, 19:27
          Sulimir i Wyskalik osuszali kolejny dzban miodu, pijąc zdrowie nowożeńców, Dorochny, swoje, swoich majątków i znowu nowożeńców, gdy do ich uszu dobiegł krzyk Cesny. W krzyku brzmiał ból, zaskoczenie, strach i rozpacz. Wyskalik spojrzał na Sulimira. Ten obiecał sobie solennie, że natrze Pablikowi uszu za taki brak delikatności wobec dziewczyny, gdy znów usłyszeli krzyk. Tym razem wrzeszczał Pablik. Najwyraźniej dostał po gębie. Tak przynajmniej myśleli.
          Trzasnęły gdzieś drzwi, potem na korytarzu rozległ się tupot nóg. Do komnaty wpadł Pablik. Był blady i przerażony.
          - Stry... stry...ju.... – wyjąkał, z trudem łapiąc oddech. – Stryju, chodź szybko!
          Pobiegli. Tuż przed drzwiami pokoju nowożeńców dogoniła ich Dorochna. Zza dębowych desek słychać było szloch.
          - Nic tu po was – Dorochna zatrzymała Wyskalika i Sulimira. – Jeśli ktoś jest teraz dziewczynie potrzebny, to tylko matka!
          Weszła. Cesna, wstrząsana płaczem, leżała na łóżku z twarzą schowaną w poduszkach. Była kompletnie ubrana, co Dorochnę nieco zbiło z tropu.
          - Co się stało, kochanie?!
          Nie było odpowiedzi. Dorochna postanowiła zaczekać. Znała swoje dziecko osiemnaście lat i wiedziała, jak z nim postępować. Najpierw trzeba dziecku dać się wypłakać, rozmawiać można potem.
          Płacz trwał długo, wreszcie zaczął przechodzić w ciche łkanie. Cesna nie zmieniła jednak pozycji, wciskając twarz w kompletnie przemoczone poduszki.
          Nie odpowiadała też na pytania matki, prosząc ją tylko, aby wyszła i dała jej spokój. Dorochna westchnęła i prawie siłą podniosła dziewczynę, by przytulić ją do swego obfitego biustu. Jeden rzut oka na twarz córki wyjaśnił jej wszystko. Z trudem powstrzymała się od krzyku.
          Śliczną twarzyczkę Cesny porastała gęsta, ciemna broda. Rumiane policzki, dumny odbródek, zgrabnie wykrojone usta – wszystko ginęło w masie wijących się kędziorków. Dorochna przez chwilę patrzyła ze zgrozą na swoją jedynaczkę. Potem zawołała męża.

          * * *
          Jąkając się, Cesna opowiedziała o swoim przyrzeczeniu i o wrednym figlu, jakiego spłatała jej nieobliczalna bogini. Wyskalik poinformował o wszystkim Sulimira, ten z kolei – Pablika. Chłopak, któremu widok brodatej żony odebrał całą ochotę na małżeństwo, teraz odetchnął z ulgą na wieść, że związek nie będzie kontynuowany. Chciał natychmiast wracać do Basker, nie czekając na zakończenie całej awantury. Wiadomo już było, że brody nie da się zgolić, bo
          natychmiast odrasta. Burmistrz Zatratni przekonał córkę, że trzeba pojechać do cyrulika. Oczywiście, do najlepszego cyrulika w Zatratni. Do Regisa. Tylko Regis mógł pomóc w tak beznadziejnym przypadku.

          * * *
          - Niestety, nie mogę pomóc – Regis bezradnie rozłożył ręce. – Na czar rzucony przez Wielką Noyre nie ma lekarstwa. Cała moja wiedza okazuje się nieprzydatna.
          Cesna znów wybuchnęła płaczem. Wyskalik, zgnębiony, skubał mankiety rękawów.
          - Żadnego ratunku? Dziecko zapłacze mi się na śmierć!
          - Nie, burmistrzu – pokręcił głową cyrulik. – Ale spróbuję pomóc w inny sposób. Zostaw mnie samego z dziewczyną. Tylko na parę chwil.
          Wyskalik wyszedł przed dom Regisa. Szanował cyrulika, i ufał mu w każdym calu, chociaż właściwie wiedział o nim niewiele. Regis mieszkał w Zatratni od dawna. Mały domek na skraju miasta skryty był w masie zieleni. Dominowały zioła – bazylia, szałwia, anyżek i mięta bujnie pleniły się w niewielkim ogródku. Pod okapem, wczepione pazurkami w jakąś nierówność desek, spokojnie spały dwa przytulone do siebie nietoperze. Liczni pacjenci Regisa tak poważali swego cyrulika, że nie próbowali zabić gacków, chociaż wszyscy w Zatratni dobrze wiedzieli, że nietoperze to sługi diabła i należy je tępić bez litości.

          * * *
          - Spójrz na mnie, dziewczyno.
          - Nie pomożesz mi – dziewczyna nie podniosła brodatej, zalanej łzami twarzyczki. – Zawsze już będę tak wyglądać!
          - Zawsze – zgodził się Regis. – Zawsze będziesz miała brodę. Ale wciąż jesteś kobietą. Wszystkie gruczoły pracują bez zarzutu. Gdyby było inaczej, gdyby chodziło o hormony, nie byłoby problemu.
          - Ale jest.
          - Owszem. Większy lub mniejszy. Zależy jak na to spojrzeć.
          - O czym ty mówisz, cyruliku? – dziewczyna uniosła zapuchnięte, zaczerwienione powieki.
          Regis wpił w nią przenikliwe spojrzenie czarnych oczu.
          - Nigdy nie chciałaś zrobić czegoś, co kobietom jest zabronione? Teraz, z tą brodą, masz szansę. Nikt nie pozna twojej prawdziwej płci, dokąd nie pokażesz mu swego ciała. Turnieje, uniwersytet, rzemiosło, dalekie wyprawy.... możesz wybierać. Nie możesz zmienić swej sytuacji, spróbuj znaleźć w niej dobre strony.
          W oczach dziewczyny pojawił się jakiś drobny błysk. Nic jednak nie powiedziała.
          - Zawsze – podjął Regis – można jakoś ustawić się w życiu. Nawet gdy na pozór nie masz szans na przetrwanie. Kiedyś słyszałem o wampirze, który został cyrulikiem. Wampiry podobno węchem potrafią rozpoznać stan zdrowia człowieka. Wyczują każdą chorobę. I ten właśnie wampir postanowił wykorzystać tę umiejętność. Udawał cyrulika, bo nie chciało mu się latać w poszukiwaniu ofiar. Wolał, żeby same do niego przychodziły. Miał zamiar po troszku je wysysać. Zamiast pijawek – przystawiać siebie.
          - I wysysał? – Cesnę wyraźnie zainteresowała historia Regisa.
          - Nie, skądże – uśmiechnął się cyrulik. – Okazało się, że krew ludzi, którzy przychodzili do niego po pomoc, po prostu śmierdziała. Nawet sobie nie wyobrażasz jak bardzo!
          - I co? – dziewczyna, nieoczekiwanie dla samej siebie, parsknęła śmiechem.
          - I wampir przerzucił się na gęsi, które przynosili mu wdzięczni pacjenci. Potem nawet zasmakował w pieczonych! Krew obrzydła mu na zawsze. Podobno żyje sobie gdzieś, całkiem dostatnio. Gdy pacjentów brakuje, pędzi bimber. I sprzedaje po dość wyśrubowanej cenie. Tak więc, moja droga, skoro wampirowi się udało, to tobie też się uda. Jestem tego pewien.
          - Dzięki, cyruliku – Cesna zerwała się z krzesła. – Dzięki. Mój ojciec sowicie cię wynagrodzi. A jak będę jeszcze kiedyś potrzebować pomocy – przyślę po ciebie.
          - Zawsze do usług – uśmiechnął się Regis.

          * * *
          Furtian chramu Wielkiej Noyre smacznie spał, gdy obudziło go łomotanie do bramy.
          - A kogóż to diabli po nocy noszą?! – zirytował się, odsuwając okienko w ciężkich wrotach.
          W okienku pojawiła się młoda twarz, ozdobiona gęstą, ciemną brodą.
          - Do nowicjatu chciałem! Bogini służyć!
          - A to wejdź, przybyszu, wejdź. Młody kapłan potrzebny w świątyni, bo nas, starych, reumatyzm już łupie.... a jak cię zwać, młodzieńcze?
          - Ceśnik – odparł młodzieniec.
          Skrzypnęły wrota, zakapturzona postać na koniu wjechała na dziedziniec. Furtian schwycił wodze rumaka.
          - Z daleka, co? Konia daj do obórki, sam zaprowadzę. A ty, Ceśniku, idź do kuchni, dostaniesz strawę, boś pewnie mocno zdrożony. O, tamte drzwi, gdzie gwar słychać.
          Przybysz poszedł we wskazanym kierunku. Zanim jednak wszedł do kuchni, obejrzał się na wieżę, górującą nad świątynią.
          - No, Rya – mruknął. – Słowa dotrzymałaś, nie da się zaprzeczyć. Zachowałam dziewictwo, dostałam się do pustelni. Wiedz jednak, że uważam cię za złośliwe, aroganckie bóstwo i że żałuję wszystkich składanych ci przysiąg i obietnic. Ale obiecam ci jeszcze jedno – zaprowadzę tu porządek. Postaram się, żebyś spuściła z tonu i zaczęła szanować swoich wyznawców. Albo zrównam z ziemią całą tę świątynię. Poza tym – na brodatej twarzy pojawił się uśmiech – zobowiązałaś się, i to na piśmie, spełniać wszystkie moje prośby. A ja już wiem, o co i jak cię prosić. Na początek.... może byś trochę posprzątała, co? Jak możesz tolerować taki chlew we własnym przybytku? Jeszcze trochę i ta cała buda zawali się od brudu. O ile wcześniej nie zeżrą jej korniki. Więc weź się za to, i to szybko.
          Po tych słowach Cesna, córka Dorochny i Wyskalika, burmistrza Zatratni odwróciła się i weszła do kuchni. Na sutą, ciepłą wieczerzę.

          * * *
          • pi.asia Re: Opowiadanie 13.03.12, 19:28
            W chramie panował mrok i cisza. Przed obrazem Wielkiej Noyre płonął maleńki kaganek. W nikłym świetle chwiejnego płomyczka wizerunek bogini był prawie niewidoczny. Nie było też widać, co spowodowało delikatny, pojedynczy, ledwie słyszalny szmer. Potem drugi, trzeci i następne. Szmery zlały się w jednostajny, równomierny szelest. Szelest setek tysięcy odnóży i ocierających się o siebie chitynowych pancerzyków.
            Zanim wzeszło słońce, w świątyni nie było już ani jednego kornika.
            Wielka Noyre najwyraźniej zaczęła spuszczać z tonu.
            • yoma Re: Opowiadanie 14.03.12, 18:00
              No, Pi.Aśka! No, no!

              A jajakoredachtór wiem, co mówię smile
Pełna wersja