Pachnący groszek - opowiadanie

14.03.12, 18:55
Na początek wyjaśnienie dla tych, którzy nie czytali Sagi o Wiedźminie.
W Sadze występuje królewska para - Esterad Thyssen i Zuleyka. Król jest "zbójecko przystojny", królowa "sympatycznie nieładna" (określenia Autora). Król uwielbia swoją żonę wręcz maniacko, nigdy jej nie zdradził, mimo że szef obcego wywiadu podsuwał mu atrakcyjne faworyty, radzi się jej w najważniejszych sprawach państwowych, i po dwudziestu paru latach małżeństwa zwraca się no niej "Najukochańsza moja Zuleyko".

Zastanawiałam się, jak mogło wyglądać ich pierwsze spotkanie. I z tego zastanawiania powstało opowiadanie "Pachnący groszek"

Zapraszam do lektury.
    • pi.asia Re: Pachnący groszek - opowiadanie 14.03.12, 19:09
      Pachnący Groszek

      - Ależ brzydactwo – król oderwał wzrok od trzymanej w ręku miniatury i z dezaprobatą spojrzał na stojących przed nim ludzi. Grupka posłów z trudem zachowywała pozory godności i opanowania, pragnąc jak najszybciej zejść z oczu króla.
      - Brunfellus – król jeszcze raz zerknął na portrecik. – Rzuć no okiem na tę ślicznotkę.
      Marszałek dworu posłusznie przydreptał do tronu. Czuł się źle. Wyraz twarzy króla i ton jego głosu wskazywały, że władca jest niezadowolony. I to bardzo. Nic dziwnego – chodziło o przyszłość ukochanego nade wszystko jedynaka. Poprawić mu humor, jak najszybciej, bo będą kłopoty – kołatało w głowie marszałka, gdy brał do ręki miniaturę.
       - I co, Brunfellus? Istna różyczka, prawda? – w głosie króla pojawiła się gryząca ironia.
       Z portreciku patrzyły na marszałka poważne oczy. Okrągłą, nieładną twarzyczkę okalały włosy o nieokreślonym kolorze. Małych ust o bladych wargach nie rozjaśniał najmniejszy uśmiech, a całość tchnęła spokojną rezygnacją. Z wszelką pewnością nie była to dziewczyna, na którą zwróciłby uwagę królewski syn. Bogowie, co robić – przemknęło marszałkowi przez myśl. Kolor twarzy króla wskazywał na to, że najjaśniejszy pan zaraz walnie berłem o tron. Łups!!!
      Nagły huk i trzask zabrzmiały w sali tronowej jak wystrzał. Król z niesmakiem spojrzał na złamane berło, odrzucił je w kąt i z impetem zwrócił się do posłów.
       - Czy stary Lithops naprawdę wyobraża sobie, że wyda córkę za mojego syna? Taką brzydulę?! Wolne żarty! Malarza trzeba było pewnie upić, bo na trzeźwo nie chciał malować, co?
       W grupie posłów dało się słyszeć cichy, lecz groźny pomruk. Brunfellus uznał, że pora zacząć działać.
       - Miłościwy panie – zaszeptał w okolicę królewskiego ucha. – racz odprawić posłów do ich komnat. Mam pomysł, jak wybrnąć z tej kabały.
           
           * * *
           
       Król chodził po swej komnacie, już bardziej zrezygnowany, niż wściekły. Marszałek czekał.
       - No i co, Brunfellus? – zagaił wreszcie najjaśniejszy pan. – co mam robić? Ja i Lithops byliśmy takimi, o, pędrakami, gdy uroczyście przyrzekliśmy sobie, że w przyszłości pożenimy nasze dzieciaki. Słowa dotrzymać trzeba. Ale.... mój syn....
        Marszałek wiedział, w czym rzecz. Młodziutki królewicz był – jak wszyscy mężczyźni tego rodu – zbójecko wręcz przystojny. I z tej swojej urody – jak wszyscy mężczyźni tego rodu – korzystał bez ograniczeń. Pod warunkiem, że dziewczyna była ładna. I chętna. Takich w pałacu nie brakowało. Brunfellus nie mógł pojąć, jakim cudem następca tronu wśród tylu miłostek i flirtów znajduje czas na polowania, turnieje, naukę, a nawet na jedzenie. Faktem jest, że do pałacowej jadalni przybywał na śniadanie codziennie z innej części dworzyszcza. I to wypieszczone, wygłaskane królewiątko ożenić z takim szarym i nijakim dziewczęciem? Niedorzeczność. Jak mu w ogóle pokazać portret przyszłej narzeczonej?
      - Najlepiej nie pokazywać mu portretu – mruknął pod nosem.
      - Co tam mamroczesz, Brunfellus? – król przerwał wędrówkę po komnacie.
      - Nie pokażemy mu portretu – marszałek nabrał odwagi. - Królewicz jest na polowaniu, wróci jutro. Nic nie wie o poselstwie z Ramdopów. Pogada się z posłami, niech zaciekawią go opowieścią o dziewczęciu obiecanym mu na żonę pół wieku temu. Sam będzie chciał jechać zobaczyć tę.... obiecankę.
      - I zwieje z powitalnej uczty na sam jej widok. Zaraza, gdyby jego matka żyła, może by znalazła jakąś radę!
      - Ale pojedzie, a to najważniejsze. A tam, na miejscu, to już ja coś wymyślę.
           
           * * *
           
      - Jak to „nie macie”? Co to znaczy? Przyjeżdżacie do mnie i nie macie portretu księżniczki? Pewnie zapomnieliście zabrać! Albo zgubiliście po drodze!
      Król zerknął na zaperzonego syna, potem na marszałka. Brunfellus miał twarz jak z kamienia. Władca przeniósł spojrzenie na posłów. Stali przed tronem, w przepisowej odległości, podpierając się wzajemnie. Wyglądali kiepsko.
      - Racz wybaczyć, panie – wymamrotał najstarszy z posłów, z bandażem na głowie. – Zbóje nas napadli, skrzynię z darami skradli, miecze cudnej roboty i uprzęże nabijane kamieniami....
      - I portret tej waszej sikorki też zabrali? – królewicz obrzucił posłów drwiącym spojrzeniem. - Ładnieście bronili, nie ma co. Dobrze, żeście samej księżniczki nie wieźli, ani pantofelek by po niej nie został!
      - Trzech nas poległo, panie – obandażowany jeszcze niżej pochylił głowę. – ot, rany ciężkie wynieślim z tej walki...
      Drugi z posłów, z ręką owiniętą chustą, zakrztusił się, zaparskał. Obandażowany chwycił go w pół i zasłonił mu dłonią usta.
      - Ten nieszczęśnik ma żebro złamane – powiedział. – Krwią pluje od wczoraj, ale napierał się, by stanąć przed królewskim obliczem.
      - Niech idzie do komnat – Brunfellus zareagował błyskawicznie. – Zaraz wam przyślę medyka. A wy mówcie dalej.
      Poseł snuł swą opowieść o dobrej, mądrej i łagodnej księżniczce. Marszałek przyglądał mu się z uwagą. Zuch chłop, pomyślał. W lot złapał całą intrygę, bez protestów dał się – za sowitą opłatą – poturbować pałacowej straży, rolę napadniętego przez zbójców gra wyśmienicie. Idzie mu jak z płatka. Ten drugi, młodszy, omal nie zepsuł wszystkiego, ale królewski syn, na szczęście, niczego nie dostrzegł.
      - Ha, nie ma co strzępić jęzorów po próżnicy – zdecydował się wreszcie królewicz. – Portretu nie ma, trzeba pojechać, zobaczyć tę waszą księżniczkę. Ojcze, każ przygotować wszystko do drogi.
      Audiencja była skończona. Król wstał, odprawił posłów, spojrzał na syna.
      - Esteradzie, jesteś moją największą dumą. I jedyną nadzieją tego królestwa. Spraw się dobrze. Pojedzie z tobą Brunfellus. Wyruszacie za dwa dni.
      Po tych słowach król Esterus Thyssen z rodu Thyssenidów, pan Poviss i Koviru, wyszedł z sali. Wychodząc rzucił Brunfellusowi spojrzenie pełne niewysłowionej ulgi.
           
           * * *
           
      Uczta trwała w najlepsze. Stary książę Lithops przyjmował Esterada iście po królewsku. Na stole piętrzyły się pieczone pawie, bażanty, paszkoty i kwiczoły. Stały misy pełne pasztetów i dziczyzny. Pod stołem psy ogryzały zrzucone kości, spało też kilku biesiadników, którzy przebrali miarę w piciu. A pić było co. Z najdalszych zakątków pałacowej piwnicy wyciągnięto omszałe beczułki, antałki i gąsiory. W kącie rzępoliła grupa minstreli, ale nikt ich nie słuchał. Esterad siedział jak na szpilkach. Z jego lewej strony, oddzielony jednym pustym krzesłem, rozpierał się na tronie stary Lithops. Po prawej stronie królewicz miał marszałka Brunfellusa. Księżniczka jeszcze się nie pojawiła. Zaciekawienie młodego Thyssena rosło, tym bardziej, że nikt nie chciał mu nic powiedzieć o przyszłej narzeczonej. Każdy zagadnięty tylko się uśmiechał i pod byle pretekstem pryskał z zasięgu wzroku. Teraz trwała uczta na cześć księżniczki – a jej wciąż nie było.
      - Nie ma brzydkich kobiet, tylko wina czasem brak! – wrzasnął ktoś z drugiego końca stołu, wznosząc na przekór własnym słowom puchar pełen wybornego d’Arce Beige z Touissant.
      Lithops zmarszczył brwi. Zanim jednak zdążył wskazać straży biesiadnika, ten duszkiem opróżnił puchar i z hukiem zwalił się pod stół, na dowód, że wina jest wystarczająco dużo, a może nawet zbyt wiele.
           
           * * *
      • pi.asia Re: Pachnący groszek - opowiadanie 14.03.12, 19:16
        - Proszę cię ostatni raz. Przecież to żaden wstyd. Nie masz pojęcia, ile dziewcząt przychodzi do mnie po glamarye.
        Siedząca przed zwierciadłem dziewczyna spojrzała na mówiącą i na trzymane w ręku pudełeczko.
        - Nie, Ardisia. Glamarye to tania sztuczka. A ja... ja nie chcę. Chcę być sobą, bez żadnych czarów.
        - To młody, przystojny mężczyzna, tacy jak on zwracają uwagę przede wszystkim na urodę.
         - Wiem, Ardisia. Dlatego mówię „nie”. Nie chcę, żeby interesował się mną jakiś rozpieszczony, zadufany w sobie królewicz, tylko dlatego, że wysmarowałam się magicznym pachnidłem.
         Czarodziejka patrzyła ze współczuciem na nieładną twarzyczkę o szarych oczach i włosach nieokreślonego koloru. Księżniczka nie uznawała makijażu. Po długich namowach zgodziła się zaledwie na odrobinę jasnej pomadki na ustach. Efekt był mizerny. Równie mizernie prezentowała się jej szczupła figurka w szarej jedwabnej sukience, naszywanej perełkami. Dziewczyna nie zezwoliła nawet na tak niewinne oszustwo, jak włożenie za stanik zwiniętych batystowych chusteczek. Uczciwa do szpiku kości, pomyślała Ardisia. Słodka, mądra, czuła i gotowa do poświęceń. Brakowało jej tylko urody. Albo przynajmniej odrobiny chęci , by pomóc naturze. Wszelkie próby przekonania księżniczki napotykały na zdecydowany opór.
         - Trudno – Ardisia uśmiechnęła się do dziewczyny. – Jeśli jesteś gotowa, idziemy.
         W oczach księżniczki pojawił się cień lęku.
         - Ardisia – szepnęła. – Idź pierwsza.
         - Nie wiem, czy dobrze robisz – czarodziejka wzruszyła ramionami. – Chodźmy, czekają na ciebie już stanowczo zbyt długo.
         Wyszły z komnaty i, szeleszcząc jedwabiem, poszły do sali biesiadnej. Przodem Ardisia du Travaille, w ciemnozielonej sukni, przybranej nieco jaśniejszą koronką, ze szmaragdami na rękach i szyi, z zieloną opaską na gęstych lokach ciemnorudych włosów. Za nią szła niewysoka dziewczyna o bladej buzi, szarych oczach i równie szarej sukni z białymi kropeczkami pereł. Patrząc na nią, mało kto dałby wiarę, że to ukochana jedynaczka księcia Lithopsa, władcy Ramdopów i Bojlinów, księżniczka Zuzanna Eleonora Kristine, zwana pieszczotliwie Zuleyką.
             
             * * *
             
         Gdy herold ogłosił przybycie księżniczki, Esterad miał już zdrowo w czubie. Odwrócił się tak gwałtownie, że strącił łokciem kilka cennych pucharków. Zanim Brunfellus zdołał go powstrzymać, zanurkował pod stół. Macając wokół w poszukiwaniu naczyń, zerknął równocześnie na wchodzącą kobietę. I zamarł. Takiej niewiasty jeszcze nie widział. Stąpała śmiało, z wysoko uniesioną głową. Suknia kusząco opinała zgrabny biust, jedwab spódnicy pozwalał się domyślać kształtu długich, smukłych nóg. Wyobraźnia królewicza pracowała na pełnych obrotach. Klęcząc pod stołem wśród ogryzionych kości, gapił się na wchodzącą. Kobieta w zielonej sukni doszła do pustego krzesła obok tronu Lithopsa i zrobiła coś zupełnie nieoczekiwanego. Usunęła się, robiąc miejsce szaroodzianemu dziewczęciu, które szło za nią, a które Esterad wziął za służącą. Książę Lithops wstał, ujmując dłoń dzieweczki.
         - Panowie – zwrócił się do Brunfellusa. – Przedstawiam wam moją najukochańszą.... gdzie, u licha, jest Esterad?!
         - Zbyt wiele dobrego wina, panie, zbyt młoda, słaba głowa – marszałek wymierzył pod stół tęgiego kopniaka. Trafił, bo usłyszał jęk, ale spod stołu nic nie wyszło. – Trzeba będzie, panie, prezentację odłożyć do jutra. Raczcie wybaczyć, księżniczko....
         - Jego ojciec był taki sam – Lithops parsknął śmiechem. – Jak nie było dziewek, brał się za antałek. Widzisz, córeczko, kto późno przychodzi, sam sobie szkodzi.
         Esteradowi opadła szczęka. Z niedowierzaniem wpatrywał się w szarą księżniczkę, machinalnie rozcierając pośladek, kopnięty przez marszałka. Wciąż na czworakach, miażdżąc kolanami resztki jedzenia i ogryzki, zaczął wycofywać się w kierunku wyjścia. Nie zauważył, że jeden z psów, ogryzających gnaty pod stołem, uważnie go obwąchał i w sposób jednoznaczny zadarł łapę. Nie zauważył, że spadają na niego odpadki, zrzucane przez ucztujących. Przy samym końcu stołu niechcący potrącił wyjątkowo dorodnego ogara. Pies warknął i wyszczerzył zębiska. Esterad odruchowo rzucił się w tył, i oparł rękę na brzuchu śpiącego biesiadnika, tego samego, który wrzeszczał o braku wina i chwilę później zleciał z krzesła. Mężczyzna jęknął, a zawartość jego żołądka gwałtownie wydarła się na zewnątrz i barwną strugą wylądowała na kaftanie Esterada. Nieszczęsny królewicz poderwał się do góry, wyrżnął głową o blat i łagodnie opadł z powrotem na posadzkę. Dla niego uczta już się skończyła.
             
             * * *
             
        - Brunfellusie! Ona jest brzydka! – jęknął po raz kolejny Esterad.
        Marszałek patrzył z troską na młodego Thyssena. Królewicz był blady, pod oczami miał sine cienie, a na głowie potężnego guza, pozostałość po minionej nocy, która miała być nocą zaręczyn, a była nocą rozczarowań i kompromitacji.
        - Dziewki kuchenne u mojego ojca są ładniejsze! – skarżył się królewicz.
        - Ćśśśś.... te ściany mogą mieć uszy – Brunfellus rozejrzał się po komnacie i przysunął zydel bliżej łoża, na którym leżał królewicz.
        - Ja mam się z nią ożenić? Z nią? Przecież to niedorzeczność! – złościła się jedyna nadzieja królestwa Koviru i Poviss. - Moja żona ma być najbrzydszą królową w historii?! Nie wracam do domu. Ucieknę na wyspy, wstąpię do piratów!
        - Mylisz się – stwierdził sucho marszałek. - Najbrzydsza królowa w historii to była Halżbieta, żona króla Casima z Vavelikowego Wzgórza. Garbata, z krzywymi zębami i kulawa na prawą nogę. Urodziła Casimowi dwanaścioro dzieci.
        - O nie! – przeraził się Esterad. – dwanaścioro dzieci.... obowiązki małżeńskie.... bogowie, dlaczego urodziłem się synem króla?!
        - Casim też desperował – zauważył marszałek. – Ale uległ dla dobra kraju. Małżeństwo z córką władcy sąsiedniego mocarstwa gwarantowało mu pokój. A poza tym... zawsze mógł się pocieszyć w ramionach co ładniejszych dwórek.
        - Jedyna pociecha – mruknął Esterad.
        Obaj zamilkli, pogrążeni w myślach. Brunfellus nie wspomniał królewiczowi o dalszej części legendy. O tym, że król Casim pokochał swą Halżbietę tak bardzo, iż nawet kronikarze podkreślali ten fakt w swych księgach. Jak to oni pisali? „Miłował ją ponad ludzką miarę”. Nie wspomniał o tym, że Casim nigdy nie zdradził królowej. I o tym, że Halżbieta stała się dla króla najbliższym przyjacielem i najserdeczniejszym powiernikiem. Zresztą – to była tylko legenda. O Vavelikowym Wzgórzu krążyło wiele legend. Zdaniem marszałka prawdziwa była tylko jedna – ta o smoku, mieszkającym w pieczarze pod Wzgórzem.
        - A ... a ta druga? – odezwał się nagle Esterad.
        - Jaka druga? – nie zrozumiał marszałek.
        - Ta ruda, co szła przed księżniczką?
        - A, ona.... Ardisia du Travaille – Brunfellus lekko skrzywił usta. – Czarodziejka.
        - Ogień, nie kobieta – rozmarzył się królewicz. – taką mieć w łożnicy.... tylko by iskry szły....
        - Ciszej! – syknął marszałek. - Te ściany mogą mieć uszy!
             
             * * *
               
          Ściany istotnie miały uszy. Ardisia du Travaille słyszała każde słowo, ukryta w tajemnym przejściu tuż przy komnacie królewicza. Teraz przechadzała się po ogrodzie, opracowując własny plan. Po godzinie wiedziała co robić. Zuleykę, skarżącą się na ból głowy, napoiła eliksirami. Gdy dziewczyna głęboko zasnęła, czarodziejka poszła do Lithopsa powiedzieć mu, że księżniczka jest chora, śpi i na wieczorną ucztę na pewno nie zejdzie.
             
        • pi.asia Re: Pachnący groszek - opowiadanie 14.03.12, 19:29
          Esterad siedział w miękkim fotelu przed kominkiem, wpatrzony w dogasające głownie. Myślał o rudej czarodziejce. Ani Ardisia, ani księżniczka nie pojawiły się na uczcie, a on, nauczony doświadczeniem poprzedniego wieczoru, pił mało, niecierpliwie czekając, aż czarodziejka wejdzie na salę. Nie doczekał się. Tuż po północy grzecznie przeprosił Lithopsa i wrócił do swej komnaty. Tkwił w niej od dwóch godzin, ale sen nie nadchodził.
          Skrzypnięcie drzwi było lekkie jak westchnienie. Jak kroki kobiety, która weszła, a raczej wpłynęła do komnaty. Esterada owionął ciężki, słodki zapach piżma, sprawił, że serce zabiło mu mocniej, a krew załomotała w skroniach. Odwrócił się.
          Czarodziejka wyglądała dokładnie tak, jak w jego marzeniach. Tyle, że była ubrana. Jeszcze ubrana. Otulona prostym czarnym płaszczem bez żadnych ozdób, a mimo to oszałamiająco piękna. Rude loki miała wysoko upięte, a usta pociągnięte cynobrową pomadką. W zielonych oczach czaił się niepokojący blask. Patrząc w oczy Esterada, czarodziejka zdjęła płaszcz. Królewicz z trudem przełknął ślinę. Kobiety, z którymi miał dotychczas do czynienia, nosiły najwyżej białe majtki obszyte tasiemką. Czasem i tego nie. Teraz miał przed sobą kobietę w czarnym, atłasowym gorsecie, pończochach i pantofelkach na wysokich obcasach, kobietę o figurze bogini, kobietę, która nie rumieniła się i nie spuszczała oczu.
          Czarodziejka nie dała mu czasu do namysłu. Kocim krokiem zbliżyła się do królewicza, chwyciła kołnierz jego koszuli, i rozdarła ją gwałtownie, orząc paznokciami skórę na piersi Esterada. Jęk bólu stłumiła namiętnym pocałunkiem. Potem pchnęła go na łoże, wyszarpując pasek ze spodni z taką siłą, że pękła srebrna klamra. Bez zbędnych ceregieli zdarła królewiczowi spodnie.
          Esterad leżał bojąc się poruszyć. Ogłupiały i oszołomiony, patrzył na kobietę, której pragnął, a która prawie go nie zauważała, zajęta wyłącznie jego ciałem. Ściślej – niewielkim, acz znaczącym fragmentem jego ciała. Czuł jak dłoń o długich palcach i cynobrowych paznokciach sunie po jego brzuchu, czuł jak dociera do celu. Pieszczota sprawiła mu rozkosz tak nagłą i dogłębną, że jęknął, zagryzając wargi aż do krwi. Nie był jednak w stanie powstrzymać tego, co stało się – dobrze wiedział – zdecydowanie za wcześnie.
          - Już?! – czarodziejka wysoko uniosła brwi. W jej głosie zabrzmiała szydercza nutka. – po królewskim synu spodziewałam się więcej opanowania.
          Wspięła się na łoże, obejmując Esterada nogami w czarnych pończochach. Uniosła ręce i wyjęła szpilki z ciasno upiętych włosów. Ogniste loki rozsypały się na nagich ramionach. Czarodziejka przeciągnęła się leniwie, wolno oblizała wargi koniuszkiem języka. Królewicz patrzył na nią z lękiem. Jako dziecko widział w zwierzyńcu przywiezioną z zamorskiej krainy czarną panterę. Miała takie same miękkie ruchy, takie same zmrużone zielone oczy, i drapieżny błysk w ich głębi. Czuł rosnący strach. I – ku swemu zdumieniu – równie szybko rosnące pożądanie. Pożądanie, którego nie chciał i z którym walczył co sił. Ale wybór nie należał już do niego. Nie tym razem. I nie następnym.
          Daleko na wschodzie niebo zaczynało szarzeć, gdy czarodziejka wreszcie uwolniła swą ofiarę. Niedbale zarzuciła na ramiona czarny płaszcz, stojąc w drzwiach odwróciła się i spojrzała na Esterada.
           - Ładny jesteś, królewiczu – powiedziała z wyraźnym przekąsem. – Dziewki w twoim pałacu pewnie na wyścigi rozkładają przed tobą nogi. Te ładniejsze. Bo te brzydsze nie mają szans. Brzydkich nawet nie dostrzegasz, zajęty wyłącznie własną osobą. I budowaniem własnego, męskiego egoizmu.
            Nie odpowiedział.
           - Nie odpowiadasz – Ardisia podeszła bliżej. – I słusznie. Nie wiesz, co powiedzieć. Cóż ty możesz wiedzieć o kobietach? O dziewkach owszem, trochę może i wiesz. Ale z prawdziwą kobietą nie umiesz sobie poradzić. Nawet jeśli jest piękna. Wiedz, że z brzydką postępuje się jeszcze trudniej. Ale za to nagrody, którą możesz dostać, nawet sobie nie wyobrażasz. Ba, nawet nie podejrzewasz, że jakaś nagroda istnieje. Jedź do domu. Nic tu po tobie. Wróć, jak staniesz się mężczyzną. O ile w ogóle się nim staniesz. Szczerze mówiąc, wątpię, czy kiedykolwiek to nastąpi.
           Gdy wyszła, Esterad z jękiem wypuścił powietrze z płuc. Leżał zmięty i wyczerpany, tam, gdzie go zostawiła. Nie czuł jednak błogości i sennego rozleniwienia, jakie ogarniało go zawsze po miłosnej nocy. Czuł się brudny, zdeptany i poniżony. Zadrapania na piersi piekły, ale stokroć bardziej piekła zraniona słowami czarodziejki męska duma. Podobne upokorzenie przeżył pod stołem w sali biesiadnej, gdy nieprzytomny mężczyzna zwymiotował mu wprost na ubranie. Kaftan mógł jednak zdjąć i wyrzucić. A teraz....
           Dowlókł się do okna, szarpnął okiennice. Do pokoju wdarł się rześki chłód przedświtu. Esterad wziął głęboki oddech, ale nie poczuł się lepiej. Obrzucił spojrzeniem komnatę, ledwie widoczną w odblasku dogasających na kominku głowni. Wyglądała jak pobojowisko, pole walki, na którym poniósł sromotną klęskę. Pościel na łożu była wygnieciona, na podłodze leżała podarta koszula. Białe płótno znaczyły kropelki krwi. W powietrzu wisiał ciężki zapach piżma, zmieszany z wonią potu i rozgrzanych ciał. Znów zobaczył zmrużone oczy czarodziejki, usłyszał jej drwiące słowa, smagające go jak batem, poczuł paznokcie drące mu skórę. Zdjęty nagłym lękiem dopadł do drzwi, otworzył je i wybiegł w ciemną czeluść korytarza. Biegł na oślep przed siebie, byle dalej, odprowadzany zdziwionymi spojrzeniami pałacowych strażników. Nawet nie zauważył, kiedy znalazł się w ogrodzie. Uciekał, jakby gonił go demon.
          Albo czarna pantera.
               
               * * *
               
          O tej porze lubiła swój ogród najbardziej. Skryty w półcieniu, zdawał się drzemać. Dopiero później zaczynał się pysznić barwami, kusić i wabić aromatem tysięcy kwiatów. Teraz, lśniący kropelkami rosy, był jak obietnica, jak zapowiedź przyszłego piękna, ukrytego jeszcze
          w pąkach i pod liśćmi.
          W najdalszym zakątku ogrodu rosły jej ukochane kwiaty. Wiosną najwcześniej rozwijały się fiołki, potem spośród liści wychylały się białe dzwoneczki konwalii. Starą kamienną altankę porastał bluszcz. Po drewnianej kracie wspinał się pachnący groszek, rozwijający pierwsze pastelowe kwiaty o kształtach motylich skrzydełek.
          Na ziemi przed altanką ktoś leżał. Młody, nieprzytomny, półnagi mężczyzna. W pierwszej chwili chciała zawrócić, lecz wiedziona ciekawością i jakąś inną, nie do końca zrozumianą siłą, uklękła obok leżącego. Widziała go po raz pierwszy. Esterad Thyssen, pomyślała, królewicz, którego wybrano mi na męża. I który moim mężem zapewne nie zostanie nigdy...
          Nie wyglądał na rozpieszczonego, zadufanego w sobie bufona. Wyglądał żałośnie. Pierś przecinały mu czerwone krechy zadrapań, z rozbitego czoła sączyła się krew. Na ustach zastygł wyraz bólu i udręki. To akurat nie jej nie zdziwiło. Gdyby był szczęśliwy, nie biegałby – jak przypuszczała – nocą po ogrodzie i nie wpadłby po ciemku na altankę, rozbijając głowę.
          Delikatnie wyjęła mu z włosów kilka listków. Powinnam stąd iść, pomyślała, obudzić Ardisię, wezwać służbę, medyka, zanieść go do pałacu....
          Nie ruszyła się z miejsca. Patrzyła na urodziwą, lecz bladą i ściągniętą cierpieniem twarz. Na cienie pod oczami i kropelkę krwi na przygryzionej wardze. Ogarnęło ją współczucie i jakieś dziwne rozrzewnienie. Ponownie wyciągnęła rękę i batystową chusteczką zaczęła ścierać krew płynącą z rany na czole.
               
           
          • pi.asia Re: Pachnący groszek - opowiadanie 14.03.12, 19:35
            Najpierw poczuł zapach – a może dotyk? A może jedno i drugie równocześnie. Delikatny, subtelny, pełen słodyczy aromat i równie delikatne dotknięcie. Z bardzo daleka dobiegał cichy, kojący głos. Głos, który mówił, że na pewno wszystko będzie dobrze, że niczego nie musi, absolutnie niczego...
              Muszę, pomyślał, muszę koniecznie. Muszę dowiedzieć się....
            Z trudem rozchylił spierzchnięte wargi.
            - Co tak pachnie? – zapytał.
            Nad nim zabrzmiał dźwięk, jakby ktoś rozsypał szklane dzwoneczki. Otworzył oczy i uniósł się na łokciu. Klęcząca obok dziewczyna zanosiła się perlistym śmiechem.
            - Gro... groszek... – wykrztusiła wreszcie i otarła oczy. – królewiczu, jesteś niezwykły. Znalazłam cię nieprzytomnego, z rozbitą głową, a ty... ty pytasz o... o... – zająknęła się i znów parsknęła śmiechem – o pach...nący.... groszek....
            Patrzył na nią w oszołomieniu, nie mogąc sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek wcześniej ją widział. Nie była pięknością, ale promieniował z niej wyraźny, choć trudny do określenia urok. Twarz miała zaróżowioną, włosy prześwietlone słońcem tworzyły wokół zgrabnej główki jasną aureolę. Jej szara sukienka była mokra od rosy, w dłoni trzymała zakrwawioną chusteczkę. I zanosiła się śmiechem. Co dziwne, ten śmiech nie sprawiał mu przykrości. Był szczery i zaraźliwy. A przecież śmiała się z niego. Wiedziała kim jest, a mimo to się śmiała....
             - Jak masz na imię? – zapytał, próbując nadać głosowi surowe brzmienie.
             - Zuzanna. Ale możesz mówić do mnie „Zuleyka” – odpowiedziała dziewczyna. I znów wybuchnęła śmiechem.
             Esterad opadł z powrotem na mech. Bogowie, jaki ze mnie idiota, pomyślał. Wracać, natychmiast wracać do Koviru. Wyjechać z tego przeklętego pałacu, w którym nic nie wychodziło tak, jak chciał. Tam, w domu, spokojnie przemyśleć to wszystko. Ale najpierw....
             Znów się podniósł. Zuleyka, patrzyła na niego, kręcąc z niedowierzaniem głową, wciąż jeszcze roześmiana. Miękko wziął ją za rękę, wyjął spomiędzy drobnych paluszków zakrwawioną chusteczkę.
             - Księżniczko - szepnął. – Czy zechcesz oprowadzić mnie po ogrodzie? Jeszcze nie miałem okazji go zobaczyć. Pokaż mi, jak wygląda ten przeklęty groszek!
                 
            * * *


                 * * *
                 
              Z bramy pałacu wyjechała na trakt kolumna jeźdźców. Świtało. Konie szły raźnym kłusem. Jeden z jeźdźców, dosiadający karego rumaka, ociągał się, marudził, oglądał za siebie, patrząc w okna pałacu, błyszczące w porannych zorzach. Nagle zawrócił konia i pogalopował z powrotem w kierunku dworzyszcza. Tuż przed bramą ściągnął wodze, wierzchowiec zachrapał, zatańczył, zatupał na trakcie.
            - Zuleykaaaaa! – zawołał jeździec. – Wrócę do ciebie! Czekaj na mnie po wrześniowym nowiu!
            Księżniczka stała w oknie z twarzą rozjaśnioną szczęściem. Kary rumak na drodze rzucał łbem, przysiadał na zadzie.
            - Bywaj zdrowa! – krzyknął znów jeździec. – Wrócę! Wrócę na pewno!
            - Myślisz, że naprawdę wróci?
             Zuleyka odwróciła się od okna i spojrzała na pytającą. Bogowie, pomyślała Ardisia, to nie ta sama dziewczyna. Oczy księżniczki lśniły jak gwiazdy. Policzki okrywał lekki rumieniec, na ustach błąkał się uśmiech.
            - Nie, Ardisia – odezwała się, a w jej głosie zabrzmiała jakaś nowa nutka. – ja nie myślę, że wróci. Ja jestem tego absolutnie pewna.
            Znów spojrzała na drogę. Kary rumak galopował już z powrotem, ścigając znikającą za zakrętem grupę. Przy siodle widniała maleńka jasnoróżowa plamka. Z tej odległości nie było widać, co to takiego. Ale ona wiedziała.
            Bukiecik pachnącego groszku.
            • yoma Re: Pachnący groszek - opowiadanie 14.03.12, 20:00
              Brawo. Najtężsi pisarze padają jak muchy na scenach erotycznych, a tu proszę smile Dawaj jeszcze.
              • pi.asia Re: Pachnący groszek - opowiadanie 14.03.12, 20:09
                O rany, toż to czysta pornografia wink uczyłam się od Grabińskiego i Żukrowskiego wink i nie mam nic więcej w zapasie wink
                • yoma Re: Pachnący groszek - opowiadanie 14.03.12, 20:20
                  Bu, a ja się zaczęłam rozsmakowywać smile
                  • dorcia1234 Re: Pachnący groszek - opowiadanie 14.03.12, 21:38
                    pi.asia
                    powiem krótko
                    jeśli popełnisz kiedyś coś większego to ja pierwsza polecę do księgarni i zakupię
                    to są moje klimaty
    • saga55-5 To ja zapytam tak : 14.03.12, 22:48
      Prowadzisz warzywniak, dom, malujesz pięknie, piszesz - masz jeszcze jakieś talenty w zanadrzu ? wink
      To ja Cie zapytam KIEDY Ty to wszystko zdążysz robić ?
      Zadziwiasz mnie smile
      • pi.asia Re: To ja zapytam tak : 15.03.12, 20:12
        No bez przesady, każdy prowadzi jakiś dom, i każdy pracuje. Malowanie uskuteczniam częściowo w domu, częściowo w pracy jak nie ma klientów. W tym czasie mogę wymyślać opowiadania ale ostatnio się rozleniwiłam i nie chce mi się myśleć wink Za to planuję co wpiszę na Zakątku wink

        A co do talentów - taki dowcip mi się przypomniał:
        W biurze matrymonialnym pracownica mówi do klienta
        - Mam dla pana świetną kandydatkę.Piękna, inteligentna, pisze wiersze, maluje, świetnie tańczy, śpiewa i gra na fortepianie.
        - Dobra, wystarczy - mówi klient. - Wad aż nadto. Ma jakieś zalety?
    • andy3458 Re: Pachnący groszek - opowiadanie 14.03.12, 23:43
      Asia - znowu pójdę przez Ciebie spać o 2ej w nocy. Dobrze że dzisiaj nie mam dyżuru w pracy. big_grin
      • pi.asia Re: Pachnący groszek - opowiadanie 15.03.12, 20:13
        andy3458 napisał:

        > Asia - znowu pójdę przez Ciebie spać o 2ej w nocy. Dobrze że dzisiaj nie mam dy
        > żuru w pracy. big_grin

        Oj, ale to zabrzmiało wink że przeze mnie nie sypiasz... niedługo się dowiem, że ja Ci spać nie daję wink a potem zaczną się plotki na nasz temat wink
    • rychu20 Re: Pachnący groszek - opowiadanie 16.03.12, 14:24
      Piękny groszek. A nawet dwa groszki. Bo mieć groszek, a nie mieć groszka to dwa groszki.
    • elzbieta.24 Re: Pachnący groszek - opowiadanie 19.03.12, 09:20
      Wiedziałam że dzisiaj książki do kolejki brać nie muszę.Poproszę o jeszcze .Twoje opowiadania są jak super deser na koniec dnia.Szkoda że tak mało.
Pełna wersja