pi.asia
21.03.12, 20:11
Mój pies Kłopot to przyjaciel całego świata.
Chodząca, wcielona łagodność i pogoda ducha.
Rasowy to on nie jest, ot, taki sobie terierkowaty kundelek. Jak ktoś mnie pyta o jego rasę, to odpowiadam "owczarek jurajski"

Gdy w domu pojawiła się maleńka Duszka, Kłopot obwąchał ją i ułożył się naprzeciwko niej, mordę opierając na łapach i wpatrując się w koteczkę wzrokiem pełnym uwielbienia i zachwytu. Wspólne zabawy to był istny kabaret!
Ale kilka lat wcześniej zrobił coś, za co podziwiam go do tej pory.
Moi rodzice mieli stary domek na wsi - taki drewniany letniaczek. Przed domkiem rosła plątanina śnieguliczek, piwonii, migdałków, bzu i jaśminowca. W tym gąszczu uwiła sobie gniazdo pokrzewka.
Gdy je odkryliśmy, w gnieździe był cztery pięknie opierzone, dorodne pisklaki. Byliśmy TACY dumni - w końcu to splendor dla gospodarza - gniazdo trzy metry przed wejściem do domku! (pod daszkiem ganku było jeszcze gniazdo kosa, a na belce dachowej urzędowały kopciuszki)
I oto w słoneczne popołudnie przed domkiem nagle się zakotłowało - wrzask, trzepot, harmider! Przyleciało stado szpaków - kilkadziesiąt sztuk - i obsiadło wszystkie drzewa i krzaki. Aż się gałęzie trzęsły, aż czarno było. Kilka minut zamieszania - i stado poleciało dalej. A ja pognałam skontrolować sytuację w "naszym" gniazdku. I zamarłam - gniazdko było puste...
Nie będę cytować tego, co powiedziałam na temat tych p......ych szpaków. Wiedziałam jedno -
zeżarły nasze pisklaki. Nawet się nie zastanawiałam, czy szpak jest aż tak drapieżny względem innych ptaków. Sprawa była jasna - przed nalotem pisklaki były, po nalocie już nie.
Rozżalona na prawa przyrody zawołałam Kłopota, żeby iść na spacer i nie patrzeć na osierocone gniazdko. Pies leżał na trawniczku parę metrów dalej i nie przyszedł na wezwanie. Zawołałam ponownie. Merdnął ogonem i spojrzał na mnie z miną "jestem zajęty, wybacz, nie przyjdę". Przednie łapy miał szeroko rozłożone na boki, a między nimi coś, co go tak zafascynowało, że nawet perspektywa spaceru przy tym była nieciekawa.
Podeszłam. Pies zamerdał radośnie i nosem wskazał mi to coś, co obserwował - to był pisklak. Żywy!
Złapałam pisklaka i wsadziłam do gniazdka. Ufff, jeden już na miejscu. Czyli szpaki nie zeżarły piskląt, może tylko wytrząsnęły niechcący z gniazdka? Trzeba poszukać, czy nie ma jeszcze jakiegoś żywego!
Zanurkowałam pod śnieguliczki. O bogowie. Szara ziemia, zasłana suchymi, szarymi liśćmi. Konia z rzędem temu, kto w takim środowisku znajdzie szarego ptaszka! Ja na pewno nie. Ale warto spróbować.
Pełzłam na czworakach, a koło mnie Kłopot. W pewnej chwili pies wszedł głębiej między krzaki i merdaniem powiadomił mnie, że jest tam coś ciekawego. Wytężyłam wzrok - jest!!!
Drugi pisklak wylądował w gniazdku.
Trzeciego pies mi wskazał robiąc klasyczną myśliwską stójkę - pokazywał ptaszka nosem i oczami, od czasu do czasu zezując na mnie i znów kierując wzrok na znaleziony obiekt.
Po czwartego wczołgał się pod gałęzie i wyniósł go w otwartym pysku, pełznąc tyłem, bo zawrócić się nie dało.
Własnym oczom nie wierzyłam. Młody psiak, mający trochę więcej niż rok, sam z siebie ratował wytrząśnięte z gniazda sieroty, znalazł wszystkie i żadnego nie uszkodził!
Dostał furę smakołyków, potężną porcję pieszczot i pochwał i widać było jak bardzo jest z siebie dumny. Co jakiś czas wbiegał pomiędzy krzaki, by sprawdzić stan obecny - ale wtedy do akcji wkraczała dorosła pokrzewka, odstawiając przedstawienie pt. "O ja biedna mam chore skrzydło latać nie mogę zaraz spadnę" i odciągając psa od drogocennego gniazda. Nie wiedziała, że gdyby nie ten pies, to jej gniazdo nie byłoby takie drogocenne....
Następnego dnia nie było w nim ani jednego pisklaka. Wyprowadziła wszystkie w nieznanym kierunku.
Ale dzięki mojemu Kłopotkowi miała co wyprowadzać.