pi.asia
02.04.12, 19:39
Pamiętacie zakończenie Sagi o Wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego? Geralt i Yennefer odchodzą ze swojego świata i budzą się gdzieś. Nie bardzo wiedzą gdzie.
A może obudzili się w.....? I co było dalej?
Oto moja propozycja:
Geralt otworzył oczy drażnione przez powieki grą światłocienia. Zobaczył nad sobą liście. Zobaczył ciężkie od jabłek gałęzie. W klatce piersiowej czuł ból, ogień pulsujący w miejscach, gdzie wniknęły zęby wideł. Gardło paliło pragnieniem.
- Yen... - wyszeptał spękanymi wargami. - Yen.... pić....
Zapachniało bzem i agrestem. Zobaczył burzę czarnych włosów i zatroskane fiołkowe oczy. A potem poczuł smak. Kwaskowaty, rzeźwiący chłód soku z jabłek. Uśmiechnął się z trudem, krzywiąc usta z bólu.
- Też to pamiętam - czarodziejka bezbłędnie rozszyfrowała uśmiech. - Długo czekałam na możliwość rewanżu, wiedźminie. Zjedz kawałek jabłka.
Powietrze nad nimi nagle zafalowało, skłębiło się, załopotało. Yennefer zerwała się, wyciągając w górę wyprężone palce, wykrzykując zaklęcia. Z góry, z poszumem i świstem, spływało coś potężnego. Geralt początkowo myślał, że gryf. Ale tonie był gryf. Gryfy nie miały oślepiająco białych skrzydeł. Gryfy nie ubierały się na biało. I - co najważniejsze - gryfy nie odbijały zaklęć czymś, co wyglądało jak błyskawica z uchwytem. Mimo bólu usiłował wstać, szukając miecza.
- Nie radzę - warknął przybysz, lądując obok nich. - Do kary za kradzież może dojść paragraf za czynną napaść na funkcjonariusza!
Wiedźmin zakrztusił się ostatnim kawałkiem jabłka.
- Kradzież?! - Yennefer opuściła ręce, oczy jej zabłysły. - Jaka, do cholery, kradzież? Chodzi o te kilka jabłek? O te psiuny?
- Mniejsza z tym, o co chodzi - skrzydlaty funkcjonariusz nie przejął się złością czarodziejki. - Wynocha stąd, i to już!
- Co?! - Yennefer była bliska furii. - Nigdzie nie pójdziemy! Dopiero tu przyszliśmy! On - wskazała obandażowaną pierś Geralta - on jest ranny!
Geralt wreszcie poradził sobie z jabłkiem, które utkwiło mu w gardle.
- Przestań, Yen - mruknął. - To nie ma sensu. Musimy iść. Coś jeszcze? - zwrócił się do Skrzydlatego.
- Tak - Skrzydlaty wyprostował się z godnością i wyrecytował: - Będziecie w pocie czoła pracować na chleb, a ty, kobieto, w bólach rodzić będziesz.
- Rozum ci chyba odjęło! - Yennefer aż pobladła z wściekłości. - Ja??? Rodzić?!
- Wiem, co mówię. W bólach rodzić będziesz! - wycedził zimno Skrzydlaty. - A teraz wynocha!
Czarodziejka zbladła jeszcze bardziej, a w jej oczach pojawiło się coś bardzo dziwnego. Bez słowa, nagle spokorniała, patrzyła na Skrzydlatego. A potem pochyliła głowę. Bardzo nisko.
- Rozumiem - szepnęła. - Rozumiem i... dziękuję.
Podeszła do wiedźmina, objęła go, przytuliła się lekko.
- Geralt? Możesz chodzić?
- Yen... - wiedźmin odchrząknął, w piersi zatętnił ból. - Zaraza, Yen, mam wrażenie, że mi żeber ubyło...