pi.asia
16.04.12, 20:56
Powstało dzisiaj, w warzywniaczku. Miłego czytania.
- Kjersti?! Co to za imię?
- Norweskie.
- Norweskie?
- Norweskie, może szwedzkie, na pewno skandynawskie.
- No nie, Witek, nie mów, że spotykasz się z Norweżką! - Michał odchylił się w fotelu i z niedowierzaniem patrzył na przyjaciela. Witek od pewnego czasu zachowywał się dziwnie. Po pracy gnał prosto do domu, wykręcił się od cotygodniowych meczów siatkarskich rozgrywanych z kolegami, nawet ubłagał szefa, by ten nie wysyłał go w delegację. Zasłaniał się sytuacją osobistą, a że wszyscy w firmie byli przekonani, że Witek żadnej rodziny nie posiada, więc domysłom, pytaniom i plotkom nie było końca. Sam zainteresowany konsekwentnie milczał.
Michał też milczał – i obserwował. Znał kumpla od kilku lat, ale w takim stanie jeszcze go nie widział. Witek był lekko roztargniony, jakby się zakochał, ale nikt nie widział go z kobietą. Czasem ukradkiem wpatrywał się w komórkę, ale telefon nigdy nie dzwonił. Gdy wyszło na jaw, że rzucił palenie, Michał nie wytrzymał.
- Masz kogoś? - spytał prosto z mostu, wchodząc do firmowej kuchni. Witek, zaskoczony znienacka, omal nie wywalił na stół kubka z kawą.
- Skąd taki pomysł?
- Nie odpowiadaj pytaniem na pytanie! - rozzłościł się Michał. - Nie jesteś sobą, na nic nie masz czasu, rzucasz palenie. Wnioski nasuwają się same. Ponawiam pytanie: masz kogoś?
- W zasadzie... w zasadzie tak – przyznał Witek.
- To znaczy?
- Panie Michale, szef pana wzywa – do kuchni zajrzała asystentka Jola. Michał zgrzytnął zębami i wyszedł. W progu odwrócił się do Witka.
- Stary, dziś zabieram cię na piwo. Dość mam tych twoich tajemnic.
* * *
Kjersti spała, skulona na fotelu, owinięta puszystym pledem, gdy obudził ją jakiś hałas. Bez pośpiechu wstała, przeciągnęła się, ziewnęła i wyszła na balkon. Tam uświadomiła sobie, że jest rozczochrana jak nieboskie stworzenie, więc potrząsnęła głową, aby włosy się ułożyły. W całym ciele czuła jeszcze senne odrętwienie. Wróciła do kuchni napić się wody i przelotnie zerknęła na zegar. To zerknięcie było w zasadzie zbędne – godzinę powrotu Witka wyczuwała idealnie i bez zegara. Ostatecznie byli razem już prawie dwa miesiące. Dziwny to był związek. Na pozór – zupełnie absurdalny. Pochodzili z odmiennych środowisk, posługiwali się różnymi językami, ich upodobania kulinarne były krańcowo różne – a jednak przylgnęli do siebie i obdarzyli gorącym uczuciem. Kjersti nie musiała rozumieć słów Witka – wystarczał jej ton jego głosu i wyraz oczu. Gdy ona mówiła do niego w swoim ojczystym języku, przytulał ją i całował, bezbłędnie wyczuwając, czego oczekuje. Nie była w stanie zrozumieć, jak mogła żyć, zanim go poznała.
Rozejrzała się po mieszkaniu. Jego mieszkaniu, ale teraz także i jej. Do powrotu Witka pozostała mniej więcej godzina. Po chwili namysłu weszła do sypialni i wsunęła się pod kołdrę. Zaczeka na niego w łóżku.
* * *
Tymczasem w pubie Michał usiłował wydobyć z Witka powód jego zdziwaczenia. Szło opornie. Fakt, że zaczął brutalnie obcesowym pytaniem „to ona czy może on?” Dowiedziawszy się, że „ona”, odetchnął z ulgą, ale informacja, że „ona” ma na imię Kjersti i jest Norweżką, wprawiła go w osłupienie.
- Skąd ją wytrzasnąłeś?
- Spotkałem... tak, spotkałem. Po prostu.
- I?
- I... i mieszka u mnie.
Osłupienie Michała jeszcze wzrosło.
- Stary, czy ty w ogóle słyszysz co mówisz? Spotkałeś Norweżkę i tak po prostu wprowadziła się do ciebie?
- Nawet dość chętnie – Michał uśmiechnął się leciutko. - Michał, co się tak dziwisz, jest wolność, każdy robi to co chce. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że mam Kjersti.
- Rozmawiacie, oczywiście, po angielsku?
Witek powoli upił łyk piwa, jakby zastanawiając się co powiedzieć.
- Ona nie zna angielskiego.
- No to jak rozmawiacie?!
- Nie rozmawiamy. To znaczy mówimy do siebie, ale trudno to nazwać rozmową. W zasadzie to można powiedzieć, że rozumiemy się bez słów.
- Wnioskuję – Michał nie krył ironii – że w łóżku musi być świetna?
Nieoczekiwanie Witek parsknął śmiechem. Michał poczuł rosnącą irytację.
- Co cię tak bawi?!
- Twoje pytanie. Tak, muszę przyznać, że jest świetna. Na swój sposób. W zasadzie mogę powiedzieć, ze żadna kobieta nie dała mi tego, co Kjersti.
Tym razem Michał dostrzegł w oczach Witka jakiś złośliwy błysk. On się ze mnie nabija, pomyślał.
- Żeby ci tylko czegoś nie zabrała! Skąd wiesz, że w tym momencie nie okrada ci mieszkania? Jak ona w ogóle wygląda?
- Ruda, zielone oczy. Szczupła, zgrabna, długie nogi. A kradzież nie leży w jej charakterze. Zresztą w tym momencie zapewne śpi. Dobra, stary, kończ to piwo, i kończ to przesłuchanie. Idziemy, widzę, że muszę ci ją pokazać.
* * *
Tym razem ocknęła się z poczuciem, że coś jest nie tak. Wygramoliła się spod kołdry i rozejrzała. W mieszkaniu było pusto. Wewnętrzny zegar bił na alarm – Witek spóźniał się już prawie dwie godziny. Nie zdarzyło się to jeszcze nigdy, więc serce Kjersti ścisnęło się bolesnym przeczuciem. Wybiegła na balkon, z którego widać był fragment ruchliwej ulicy – tędy zawsze wracał do domu. Słońce ukośnym promieniem odbiło się w szybie jakiegoś samochodu i zaświeciło jej prosto w oczy. Oślepiona, podeszła do barierki zbyt blisko, wychyliła się zbyt mocno....
* * *
- Kjersti? Kochanie? Kjersti? Kjersti!
W głosie Witka zabrzmiała nutka paniki. Michałowi, który spodziewał się witającej ich w przedpokoju rudowłosej piękności, udzielił się niepokój przyjaciela. W mieszkaniu nie było nikogo. Witek miotał się po pomieszczeniach, zaglądając do szaf i pod meble, co było dosyć dziwne.
- A jednak cię okradła i zwiała, co? Dobrze, że przynajmniej drzwi zamknęła za sobą, bo by jeszcze ktoś inny skorzystał.
- Zwariowałeś? Nie miała klucza! Cholera, co ja w ogóle gadam. Rany boskie, balkon!
Dzwonek do drzwi przerwał mu w pół słowa. Witek rzucił się otwierać. Na korytarzu stała smukła dziewczyna z niepewnym wyrazem twarzy, w ręku trzymała spory plastikowy pojemnik z kratką z przodu.
- Dzień dobry... przepraszam, ja tu mieszkam niedaleko... czy panom przypadkiem nie zginął kot? Rudy, puszysty?
- O Jezu – wymamrotał Witek – Tak, właśnie wróciłem z pracy, a jej nie ma, bo to ona... pani ją znalazła? Gdzie była? Jak...
- Spadła mi prawie pod nogi. Z pańskiego balkonu – głos i rysy dziewczyny wyraźnie stwardniały. - Proszę pana, jak się ma kota, to balkon trzeba zabezpieczyć. Tym razem skończyło się na strachu, ale następnym razem kot może nie mieć tyle szczęścia!
Witek nie słuchał. Otwierał kratkę zamykającą pojemnik i wyciągał ze środka nastroszoną kotkę. Przytulił ją do siebie, coś szepcząc w puszyste futerko.
- Śliczna jest – głos dziewczyny złagodniał. - Jak ma na imię?
- Kjersti.
- Kjersti?! - milczący w totalnym osłupieniu Michał wreszcie odzyskał głos.- To jest Kjersti? Mówiłeś, że to Norweżka!
- Ja tylko powiedziałem, że imię ma norweskie. To jest rasowa kotka, norweska leśna. Tak stwierdził weterynarz. Znalazłem ją na ulicy, dwa miesiące temu. Jest kochana, ale nie znosi dymu, dlatego rzuciłem palenie. Boże, jak ja się pani odwdzięczę?!
- Mówiłeś, że jest świetna w łóżku! - Michał wyrzucił z siebie to zdanie, zanim uświadomił sobie jego niedorzeczność. Witek poczerwieniał, a dziewczyna parsknęła śmiechem.
- Proszę pana, tak się składa, że spanie z kotem to naprawdę ogromna przyjemność. Mam dwa, więc wiem co mówię. Też są świetne w łóżku. Zaprosi mnie pan na kawę? - zwróciła się do zmieszanego Witka.- Jestem Krystyna.
- Miło mi – Witek ujął podaną dłoń, przytrzymując kotkę jedną ręką. - A ten grubianin to mój kolega, Michał.
- Tylko nie grubianin – obruszył się Michał. - Zrobiłeś mnie w balona i tyle. Kjersti! Norweżka! Ruda z zielonymi oczami, jasne! Smukła i zgrabna! O, a teraz warczy!
- Co to