pi.asia
22.08.12, 21:00
Upał jak diabli, człowiek ledwo na nogach stoi, oczami wyobraźni widzi wyłącznie wodę, wchodzi Blondyna z córką (lat 10) i zaczyna dyskusję z dzieckiem:
- co będziesz jadła na obiad?
- nic
- jak to nic? nie można nic nie jeść, zrobię kalafiora, będziesz jadła?
- nie
- no to może fasolkę, będziesz jadła?
- nie
- czemu nie? przecież zawsze lubiłaś fasolkę...
Nie zdzierżyłam, powiedziałam kobiecie, że w taki upał dziecku po prostu nie chce się jeść (zresztą była godz. 12, do obiadu dobre dwie godziny), i że niezjedzenie jednego obiadu na pewno nie skończy się anemią. Nie wiem czy dotarło. Ale mnie wkurzyła, bo dziecko wyraźnie wiedziało czego chce, a matka namolnie swoje.
Inna sprawa - mam śliwki. Akurat dzisiaj były trzy odmiany: zielono-żółta ulena, różowo-liliowy opal i fioletowa węgierka dąbrowicka. Wszystkie w cenie 2,5 za kilo, wszystkie opisane.
Wchodzi klientka:
- kilo tych śliwek poproszę
- tych czyli których?
- no tych po 2,50
- wszystkie są po 2,50, których mam dać?
- no tych dobrych....
Akurat te trzy odmiany wszystkie są pyszne. Mogę zrozumieć, że baba albo nie umie czytać, albo niedowidzi, ale chociaż kolory mogłaby rozróżniać!!!